Strona 1 z 612345...Ostatnia »

Od czego zacząć? #1

Czasem znajomi pytają się mnie, co bym im polecił dobrego z SF na dzień dobry? Czasem mówią, że coś tam widzieli i coś kojarzą, ale najczęściej znajomość tematu ogranicza się do laserów w kosmosie, czasem kojarzą nazwę Star Wars, rzadziej Star Trek. A przecież świat SF to nie tylko gwiazdy, nie tylko kosmos. Skoro jednak wiele razy doradzam znajomym z czym zapoznać się, by mogli się wciągnąć w fantastyczne światy i różne wizje losów ludzkości, to mogę też zrobić to na swoim blogu. Pamiętaj tylko drogi czytelniku, lista pozycji które będę polecał nie zawsze będzie czysto obiektywna, jak każdy fan dowolnej rzeczy mam swoje preferencje jak i antypatie. Od czego zacząć? będzie dłuższym cyklem wpisów na blogu, bo materiału jest sporo, zarówno z książek, seriali czy filmów.
Tak więc zaczynamy od seriali.

Star Trek The Next Generation

Star Trek: The Next Generation logoPierwszy w kolejności i zarazem najważniejszy jest Star Trek: Następne Pokolenie. Drugi serial ze świata tworzonego od ponad 40 lat (pierwszy odcinek wyemitowano w 1966r.) o przygodach dzielnej załogi śmiało przemierzającej kosmos tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Ma w sobie wszystkie dobre cechy oryginału, a przyprawiony został bardzo dobrymi efektami specjalnymi, które mimo upływu lat (pilot TNG miał premierę w 1985 roku) nadal są przyjemne dla oczu. Dlaczego warto sięgnąć po ten serial? Ze względu na pozytywną wizję przyszłości ludzkości G. Roddenberego. Ze względu na wyśmienitych aktorów jak Patrick Stewart (kpt. Picard), Brent Spiner (Data) oraz na godzinnych występach John de Lancie, który stworzył niezapomnianą postać omni-potężnego Q. Ważnym atutem serialu jest klamra kompozycyjna, która zamyka w sobie przygody załogi Enterprise D. Oczywiście nie ma róży bez ognia, niektórych może zrażać teatralność odcinków, szczególnie w pierwszym sezonie. TNG nie cierpiał też na nadmiar środków, ale mimo to warto obejrzeć i zignorować te płócienne tła i gumowe maski by zobaczyć w serialu coś więcej. Po Następnym Pokoleniu fani ST mogą zobaczyć jeszcze 3 dodatkowe seriale i kilka filmów.

Stargate SG-1

Stargate SG1 logoGwiezdne Wrota to zupełnie inny serial niż przedstawiony wcześniej TNG. SG to lekki przygodowy serial SF, który doskonale został poprowadzony przez Richarda D, Andersona (znanego szerzej z roli MacGyvera) wcielającego się w rolę pułkownika O’Neill. Cóż można więcej napisać, ludzie na Ziemi odnajdują pradawne urządzenie, które pozwala przemieszczać się na inne planety niemal natychmiast, stworzone zostają małe grupki badawcze, które dosyć szybko odnajdują nie tylko cuda starożytnych technik oraz nowych przyjaciół, ale też wrogów, którzy chcą zniszczyć Ziemię. Wszystko to zakrapiane przyzwoitymi efektami oraz sarkastycznym humorem (szczególnie polecam tu odcinek 4×06 Window of Opportunity). Niestety i ten serial nie ustrzegł się cierni, ale pojawiają się one znacznie później, bo dopiero wraz z odejściem RDA, gdzie zamiast zakończyć serial na 8 sezonie, z całkiem przyzwoicie dokończonymi wątkami, twórcy postanowili pociągnąć go dalej z nowymi aktorami (w tym Benem Browderem i Claudią Black, którzy zagrali świetne rolę w Farscape o którym za chwilę, tu jednak ich postacie nie przypadły mi do gustu – głównie przez Browdera, który próbował stworzyć kopię postaci granej przez RDA zamiast kogoś bardziej zbliżonego do Crichtona). Jednak pomijając dwa ostatnie sezony (które też jakoś zostały zakończone filmem Arka Prawdy) jest to pozycja, którą wypada znać. Stargate doczekał dwóch kontynuacji serialowych Atlantis i Destiny, niestety obie zakończyły swój żywot przedwcześnie i nie wiadomo czy widzowie kiedyś poznają zakończenie losów bohaterów (jest to wina stacji telewizyjnej, która wraz ze zmianą nazwy z Sci-Fi Channel na SyFy, zmieniła podobnie swój profil programowy).
Na koniec dwie małe uwagi. Po pierwsze przed rozpoczęciem serialu należy zobaczyć film Stargate z 1994, który choć w kilku miejscach rozchodzi się z serialem, to jednak zawiera w sobie najważniejsze elementy fabuły na której bazuje serial. No i sam serial zaczyna się rok po wydarzeniach z filmu.
Druga uwaga dotyczy pilota, który w ostatnich latach doczekał się remasteringu poprawiającego efekty i dźwięk, ale niestety wprowadzającego przy tym cenzurę zmieniającą kategorię wiekową od której można go oglądać. Osobiście zalecam wersję oryginalną.

Farscape

Farscape logoJedyny nie amerykański serial, który znajduje się na tej pierwszej liście. Farscape produkcji Australijskiej (jak pamiętny film Mad Max) opowiada przygody ziemskiego astronauty, który przypadkowo wciągnięty w tunel podprzestrzenny trafia w zupełnie wyjątkowe miejsce pełne niezwykłych istot i olbrzymich żywych statków kosmicznych zwanych Lewiatanami… No i od razu podpada rządzącym tą częścią kosmosu. Teraz razem z grupką byłych więźniów musi uciekać by ocalić swoje życie. A jego śladem podąża nieustępliwy Scorpius. Podobnie jak prezentowany poprzednio Stargate opiera się a lekkiej przygodowej fabule, choć humor obecny w tym serialu jest nieco innego kalibru. Serial doczekał się filmowego zakończenia i jak na razie żadnego spinoffu.

Babylon 5

Babylon 5 logoBabylon 5 to dziecko Michael Straczynskiego, powstałe w złotym okresie dla seriali SF (połowa lat 90-tych,). Opowiada historię stacji kosmicznej Babylon 5, ostatniej nadziei ludzkości na pokój, ulokowanej w samym środku niespokojnego wszechświata. Gdzie różne nacje knują intrygi, walczą o dominację, zarówno przy użyciu przebiegłych ambasadorów jak i brutalną siłą. Największym atutem serialu jest spójna historia bohaterów (rozplanowana już na początku), brak bieli i czerni (świat to niemal same szarości), a także nowatorskie wykorzystanie (jak na tamte czasy) grafiki komputerowej. Kto choć raz obejrzy serial już nigdy nie zapomni kreacji stworzonych przez Jerry’ego Doyle (Garibaldi), Andreasa Katsulas (G’Kar) czy Petera Jurasik (Londo) jak i wielu innych.

Jako ciekawostkę warto dodać iż w internecie krążą plotki jakoby Straczynski miał zgłosić swój projekt do Paramountu i nakręcić go pod logiem Star Treka, ale stacja odrzuciła jego pomysł. By niedługo potem wystartować ze swoją stacją kosmiczną (Deep Space Nine)…

Battlestar Galactica

Battlestar Galactica logoOstatni serial na dzisiejszej liście, będący równocześnie najmłodszym z nich wszystkich. Za projekt odpowiadał Richard D. Moore, który mieszał swoje 3 grosze również w Star treku TNG i DS9. Jako najmłodszy serial wyróżnia się na tle pozostałych wyśmienitymi efektami specjalnymi, doskonale zaprezentowanymi bitwami z udziałem myśliwców, spójnie poprowadzoną fabułą oraz najcięższym klimatem. Moore nie żałował w prezentowaniu słabostek ludzkości, okrucieństwa, seksu, ale też i heroicznych czynów. Serial, podobnie jak oryginał sprzed 30 lat, opowiada losy resztek ludzkości, która przetrwała śmiertelny atak swoich „dzieci” (Cylonów) na swój świat. Flota cywilnych jednostek skupiona w około ostatniego ocalałego okrętu Battlestar Galactica, szuka mitycznej 13 kolonii ludzkości – Ziemi. Ich cieniem podąża flota Cylonów, pragnąca zniszczyć to co zdołało im uciec. Czy serial ma minusy? Oczywiście, ale większość z nich jest tak subiektywna (np. finałowe rozwiązanie niektórych spraw), że nie warto ich tu przytaczać.

Tak właśnie wygląda pierwsza lista tytułów. Jak pewno wszyscy zauważyli, na początku zaznaczyłem, że SF to nie tylko podróże przez gwiazdy, no cóż jeśli chodzi o telewizję, to głównie jednak podróże kosmiczne są tym co chcą oglądać widzowie. Nawet Stargate, który z początku opierał się na zwiedzaniu planet bez podróży statkami w końcu się ich dorobił, dorobił się też kilku ładnych potyczek z ich udziałem… Ale nie ma się czego bać, bo w telewizji pojawiły się seriale, które w ogóle nie wyruszały w przestrzeń kosmiczną, np. SeaQuest DSV (no prawie, bo i ten okręt w końcu trochę kosmosu zwiedził) gdzie akcja umiejscowiona jest w ziemskich głębinach oceanicznych w niedalekiej przyszłości. SeaQuest nie trafił na pierwszą listę ale nie dlatego, że jest kiepskim serialem, ale dlatego iż ilość miejsc na liście została przeze mnie ograniczona do 5 seriali i jednym z głównych kryteriów wyboru seriali była ukończona linia fabularna, a tego niestety brakuje SeaQuestowi.

Bring in the the Klingons #1

Po dłuższej przerwie spowodowanej nagłym zanikiem czasu (nie w tę stronę zagięła się ta czasoprzestrzeń ;)) powracam do swojego bloga. Na dobry początek coś na poprawę nastroju.

Bring in the the Klingons 1

Bring in the the Klingons 2

Bring in the the Klingons 3

Bring in the the Klingons 4

Bring in the the Klingons 5

Bring in the the Klingons 6

Bring in the the Klingons 7

Bring in the the Klingons 8

Bring in the the Klingons 9

Bring in the the Klingons 10

Wygraj Wojnę Starka

Wojna StarkaOstatnio mocno skurczyły mi się zasoby czasu i choć mam kilka rozpoczętych notek, to nijak nie mogę ich dokończyć. Jednak przeglądając dziś czeluście internetu i zastanawiając się dlaczego sporo osób wchodzi na bloga szukając informacji o Wojnie Starka, znalazłem odpowiedź na ten dylemat. Po pierwsze, jak pisałem w grudniu zeszłego roku, Fabryka Słów wydała teraz w lutym pierwszy tom trylogii Hemry’ego (podpisując go pseudonimem Jack Campbell). Po drugie w internecie pojawiły się konkursy (a na pewno jeden) w których można wygrać ową książkę.

Więc nie przeciągając dłużej, na stronie Konflikty Zbrojne jest szansa wygrania jednego z trzech egzemplarzy Wojny Starka. Wystarczy odpowiedzieć na trzy bardzo proste pytania (gdyby ktoś miał problem z nimi, to przy okazji notki o Trylogii można znaleźć wszystko co trzeba wiedzieć). Konkurs trwa od 7 do 21 lutego.

Przy okazji, jak można przeczytać na blogu tłumacza Hemry’ego, Roberta J. Szmidta, oddał on do wydawnictwa tłumaczenie siódmego tomu Zaginionej FlotyBeyond the Frontier: Dreadnaught (choć tak po prawdzie to pierwszy tom pierwszego spinoffu Zaginionej Floty). Kontynuacji przygód legendarnego Black Jacka, tym razem już jako admirała, sprawdzającego jacy to obcy znajdują się za terenem kontrolowanym przez Syndykat i jak bardzo zagrażają ludziom. Tymczasem kolejne tomy w oryginale ukażą sie jeszcze w tym roku, Beyond the Frontier: Invincible już pierwszego maja, a The Lost Stars: Tarnished Knight (pierwszy tom drugiego spinoffu) ma trafić do księgarni na początku października.

Gantz (2011)

GantzGantz, japoński, dwuczęściowy film SF na podstawie mangi autorstwa Hiroya Oku. Jest to kolejny przykład z ostatnich lat, iż nie tylko Amerykanie w swoim Hollywood mogą nakręcić przyzwoity film SF z dobrymi efektami specjalnymi. Ziemię atakują kosmici i tylko Gantz z grupką wybrańców może ich powstrzymać.

Dwójka zwykłych nastolatków, Kei Kurono i Masaru Kato, wracając metrem do domu pomaga pijanemu bezdomnemu uniknąć śmierci pod kołami pociągu, jednak im samym nie udaje się umknąć nadjeżdżającego wagonu metra. Kiedy wydaje się, że główni bohaterowie umierają tragiczną śmiercią, ci budzą się w pustym mieszkaniu, gdzieś w Tokio. Poza nimi obecnych jest w nim jeszcze kilka osób i osobliwa czarna kula. Każdy z obecnych opowiada historię jak to chwilę wcześniej umierał, a potem znalazł się w tym pokoju. Gdy nikt nie zna poprawnej odpowiedzi, dlaczego się znalazł w takim dziwnym położeniu, Gantz (bo tak zowie owa kula) daje im zadanie do wykonania oraz broń, którą mogą się posłużyć. A zadanie bohaterów jest całkiem proste: zabić kosmitów, zanim ci zabiją ich. Za każde wykonane zadanie, bohaterowie dostają punkty, gdy uzbiera się 100 punktów można wybrać albo wskrzeszenie innych uczestników gry, albo powrót do normalnego życia. Z czasem okazuje się, że zadania postawione przez Gantza wcale nie są takie proste, bohaterowie mają trudność w ich wykonaniu i sam Gantz wcale nie ułatwia życia bohaterom, zmieniając zasady w trakcie gry…

Druga część Gantza, Idealne rozwiązanie, komplikuje tą względnie prostą fabułę. Świat przestaje być czarno-biały. Obcy, z którymi Gantz każe walczyć bohaterom, posiadają wiedzę i o Gantzu i o zadaniach, które powierza swoim wybrańcom. Próbują go znaleźć i zniszczyć. Do tego wszystkiego sam Gantz zaczyna szwankować…

Gantz: Efekt transportuDo fabuły jeszcze wrócę, bo wymaga ona jeszcze kilku zdań opisu, zacznę od najprzyjemniejszych aspektów filmów. Efekty specjalne, podobnie jak to miało miejsce przy Space Battleship Yamato, jest to jedna z najlepiej zrealizowanych rzeczy w filmie, szczególnie w pierwszej części. Zarówno animacja przenoszenia postaci przez Gantza (zob. dołączony zrzut), jak i sceny walk zrealizowane są na wysokim poziomie. Widać, że realizatorzy dopieścili ten aspekt. Podobnież broń i efekty wystrzałów z niej. W pierwszej części filmu nie ma się do czego przeczepić, natomiast w drugiej jest nieco gorzej, wzrosła ilość efektów, co negatywnie odbiło się to na ich jakości. Widoczne to jest szczególnie podczas pościgu przez Tokio, gdzie słaba jakość komputerowo naniesionych postaci momentami rzuca się w oczy. Ale trzeba przyznać, że sceny walk w drugiej części również prezentują przyzwoity poziom realizacji efektów.

Po efektach, kolejną prostą sprawą jest gra aktorska, a ta podobnie jak w SBY, jest typowa dla japońskich produkcji. Główny bohater, Kei Kurono, nie ma większej szansy na zdobycie sympatii europejskiego widza, szczególnie gdy na początku poznajemy go jako stereotypowego japońskiego nastolatka, choć z czasem się zmienia, to jednak wciąż za bardzo odstaje od europejskiej wizji młodego człowieka. O wiele większe szanse na wzbudzenie sympatii ma drugi bohater, Kato, jednak jego postać bardzo szybko zostaje poprowadzona jako drugoplanowa i wręcz zmarginalizowana, mimo całego drzemiącego w niej potencjału.

GantzZostała jeszcze kwestia muzyki. Szczerze wam napiszę, ta nijak nie została w mojej pamięci, zresztą rzadko zostaje, co tak naprawdę świadczy, że nie została źle dobrana do akcji, nie stała się ważniejsza od filmu do którego została podłożona. Jedynie motyw odgrywany przez Gantza na rozpoczęcie każdej misji wart jest wspomnienia, odgrywany jakby puszczany ze zdartej płyty gramofonowej, zostaje w pamięci.

Wartym osobnego akapitu jest jeszcze broń, którą pokazano w filmie (również w anime i pewno w mandze też). W pierwszej chwili wygląda jak plastikowe zabawki, zdecydowanie przerośnięte, nieporęczne, niemal typowy projekt dla kiepskiego SF. Jednak gdy dochodzi do ich użycia, stają się znacznie bardziej interesujące, szczególnie lag powstały między strzałem a trafieniem w cel. Bohaterowie naciskają spust i nic, i nic, i nic i bum, niemal jak po trafieniu granatnikiem. Wydaje się, że nie ma pocisku, jednak efekt po znacznym opóźnieniu jest przerażający, szczególnie przy pierwszych strzałach. Tego jeszcze w SF nie grali. Oczywiście były różne rodzaje broni działającej z opóźnieniem, ale chyba jeszcze nie było takiej broni, która po prostu posiada przerwę między strzałem a efektem jak pokazana w Gantz. I nie jest to pocisk, bo na trafionym celu nie ma śladu aż do końcowej reakcji, nie jest to też „lot” bo cel może się przemieścić po „trafieniu” i dopiero potem następuje reakcja. Jest to o tyle interesujące, że mimo wystrzelenia i trafienia, przeciwnik przez pewien czas pozostaje w pełni sprawy i wciąż może walczyć.

Gantz: Karta postaci Kei KuronoI tak powracam do fabuły, początkowo to miał być nawet dłuższy akapit, ale po głębszym przemyśleniu muszę stwierdzić, że fabuła jest typowa dla przygodówek, mamy dobrego bohatera i hordy złych, stopniowo wzrastający poziom trudności i głównego bossa na końcu. Nic szczególnego, choć pozwala bardzo przyjemnie spędzić kilka godzin. Muszę jednak zaznaczyć, że finał filmu, będący happy endem, jest słabszy od finału anime, która kończy się wielką niepewnością, co do losów Kei Kurono. Trzeba jednak uwzględnić, że anime w całości ma o wiele smutniejszy przekaz – nie ma wskrzeszania bohaterów, jeszcze bardziej przewrotny Gantz – większa nieprzewidywalność anime, pozytywnie wpływa na odbiór dzieła.

Gantz: Perfect AnswerPowinien ostrzec ewentualnych przyszłych widzów anime, skierowane jest ono do starszej widowni, jest pewna ilość scen nagości jak i gore, które wymusiły cenzurę niektórych scen podczas emisji w telewizji (wersja DVD, jest nieocenzurowana). W filmie choć też pojawiają się sceny nagości to jednak są to tylko podteksty, krwi również jest sporo, jednak znowu bez dosłowności – film jest przeznaczony głównie na rynek kinowy, a tam przeważają młodsi widzowie.

Podsumowując, Gantz5/6, za bardzo dobre efekty i przyjemną fabułę przygodówki. Gantz: Perfect Answer4/6, słabsza ocena za widoczne niedociągnięcia w efektach oraz wymuszony happy end. Gantz Anime4/6.

The Harry Iron – To The Stars

To The StarsTym razem na blogu znalazło się miejsce dla książki Thomasa C. Stone, autora raczej nie znanego jeszcze na polskim rynku. Pierwszą książką trylogii o Harrym Ironie jest tom Ku Gwiazdom, gdzie ludzkość w niedalekiej przyszłości rozpoczyna eksplorację kosmosu.

Początek XXII wieku, za pasem planetoid odkryto tunel prowadzący do innych systemów gwiezdnych. Różne korporacje organizują ekipy badawcze, które mają udać się w tunel, sprawdzić co jest po drugiej stronie i wrócić z informacjami czy nowo odkryty teren nadaje się do kolonizacji lub eksploatacji przez korporacje. Do jednej z takich ekip udaje się dostać młodemu Harrisonowi i wraz z nią udaje się na Magellanie w podróż w nieznane. Po pewnych problemach z przejściem przez tunel, Magellan wychodzi z drugiej strony tunelu nad planetą wyglądającą na niemal idealną dla potrzeb ludzkich kolonistów. Na niej ziemscy podróżnicy odkrywają dwie inteligentne rasy. Prymitywnych aborygenów i dziwną, zaawansowaną rasę, która zwie się Prawdziwymi. Załoga Magellana oba spotkania przypłaca stratami w swoim składzie, jednak gdy w końcu udaje im się zwrócić uwagę Prawdziwych na siebie, ci po krótkotrwałym zainteresowaniu Ziemianami, ignorują ich dalszą obecność. Wszyscy są zszokowani zaistniałym biegiem wydarzeń, wszyscy z wyjątkiem dowódcy wyprawy, Fagana, który wydaje się wiedzieć więcej niż ujawnia przed załogą. Harry staje przed trudnym zadaniem odkrycia motywacji Fagana i równoczesnym uratowaniem pozostałych członków wyprawy.

Fabuła choć wydaje się sztampowa, prezentuje w sobie kilka interesujących zagadnień. Sam pomysł względnie „prymitywnej” eksploracji kosmosu przez ludzkość w swoich małych stateczkach z ograniczonym czasem misji, jest bardzo interesującym tematem na książkę (i nie tylko). Co widać po sukcesie Odysei Kosmicznych i niedocenionym acz bardzo ciekawym serialu Defying Gravity. Ludzie wyruszający w niegościnny kosmos w swoich delikatnych skorupkach, gdzie od śmiertelnej próżni oddziela ich tylko cienka ściana poszycia. Jest to temat, który przy obecnym poziomie rozwoju programów kosmicznych na Ziemi, przyciąga uwagę czytelnika/widza swą realnością. Równie interesującym tematem jest spotkanie rasy na tyle rozwiniętej, że traktujących ludzi jako nie wartych kontaktu i uwagi zwierzęta. Nie tylko ignorując obecność ludzi, nie tylko nie interesując się ich pochodzeniem, ale wręcz traktowaniem ich jak insekty, które można wyeliminować bez najmniejszych skrupułów w przypadku wejścia obcym w drogę. Motyw młodego Harry’ego, który musi walczyć o swoje miejsce w załodze, przechodzić testy a następnie udowodnić swoją przydatność też jest pozytywnym aspektem książki. Przez moment przypominało to „Grę Endera”, gdzie również pojawia się podobny motyw szkolenia. Niestety tutaj potraktowany nieco po macoszemu, niby coś jest, ale zdecydowanie zbyt skromnie opisane.

Jednak te kilka pozytywnych aspektów fabuły nie równoważy błędów i niedociągnięć popełnionych przez autora w książce. Po pierwsze, tymi najbardziej irytującymi błędami są podania czasów lotów, a więc i odległości. Przez długi czas w SF twórcy (zwłaszcza filmowi i telewizyjni) przywiązywali mniejszą uwagę do takich szczegółów, jak właśnie czas pokonywania odległości w kosmosie, widać to nawet w Star Treku, gdzie czasem ta sama prędkość pozwala na pokonanie tej samej odległości w różnym czasie. Jednak w książkach autorzy bardziej przywiązywali uwagę do takich szczegółów, najlepszym przykładem w tej dziedzinie jest autor obecnie chyba najlepszej space opery, David Weber, u którego minuta świetlna to ~18 mln km i okręt potrzebuje odpowiednio długiego czasu na jej pokonane. Tymczasem u Stone’a podróż z Ziemi do tunelu trwa aż 15 miesięcy, podczas gdy lot po drugiej stronie od tunelu do orbity w około planety to ledwo doba, ale już w odwrotną stronę podróż ma zająć mniej niż godzinę. Podobnie czas lotu na planetę i z powrotem wydaje się być zbyt krótkim jak na odległość i zastosowany napęd. Jest to błąd, który w dzisiejszych czasach nie powinien się zdarzać, autor powinien sobie ustalić odległości obiektów przed pisaniem.

Po drugie, niedociągnięcia dotyczące zachowań bohaterów i ich losów. Sam sposób badania planety, nieprzygotowanie bazy na miejscu lądowania. Całkowity brak przewidywania wydarzeń przez dowódcę, którego autor próbuje kreować na osobę przewidującą i z planem. Niby wie co może spotkać go na planecie, ale nie przygotowuje żadnego planu na wypadek pozostawienia kogoś na planecie. Nawet gdy już jedna osoba zostaje tam zostawiona, nie zostawiają jej zapasów, radia, nic co można by wykorzystać do przetrwania w niegościnnym środowisku, co mogło by poinformować statek matkę o lokalizacji i stanie pozostawionych na planecie.

Po kolejne to relacje między bohaterami, między głównym bohaterem Harrym a Kathleen, Z jednej strony mamy wręcz uczucie jak między zakochanymi nastolatkami, z drugiej strony relacja ta spłycona zostaje do kilku uścisków i jednej sceny seksu, niezbyt interesująco pokazanej, a przecież autor miał wyjątkową możliwość pokazania zachowania ludzi w stanie nieważkości.Zresztą sam motyw nieważkości wydaje się czasem autorowi uciekać, bohaterowie latają po statku, ale gdy przychodzi do interakcji z otoczeniem, to zupełnie jakby powracała grawitacja, bohaterowie wpadają wgłąb krzeseł, przedmioty szurają po nawierzchni itp. Podobnie spłycenie ma miejsce wśród bohaterów drugoplanowych, szczególnie widoczne jest to u Blane’a, młodego komputerowca, który może podłączyć się do dowolnej maszyny. Autor twierdzi, że to geniusz, ale w samej książce jakoś tego nie widać.

Podobnie kiepsko wykorzystano motyw rozwiniętej cywilizacji obcych, najpierw autor sugeruje, że Prawdziwi są bardzo rozwinięci i nikt w galaktyce ich nie interesuje, jako partnerów do rozmów. Rozwiniętych na tyle, że tworzą sobie rezerwat na planecie i przeszczepiają tam gatunki z innych planet, mają inteligentny statek, nawet napęd nadświetlny. Rozwiniętych na tyle, że aż popadli w dekadentyzm i jedyną rzeczą utrzymującą ich przy życiu są ich inteligentne systemy, jak właśnie okręt. Tylko po to, by po chwili zdementować całą sprawę, a ową rasę przedstawić jako kosmicznych piratów, żerujących na innych rasach z którymi weszły w kontakt.

Krótko podsumowując, kilka ciekawych, lecz słabo rozwiniętych pomysłów autora, nie są wstanie poprawić słabego odbioru książki. To The Star da się przeczytać bez większych trudności, czytelnik może poczuć nawet sympatię do bohaterów, ale kilka razy ma się wrażenie, że autor nie przemyślał dokładnie fabularnych konsekwencji czynów bohaterów. W książkach przygodowych jest to częste i nie przeszkadza w przyjemnym odbiorze materiału, tu jednak autor mierzy w space operę, w której takich błędów powinno się wystrzegać, np. cudowna materializacja zniszczonego wyposażenia, jest nie do przyjęcia. Na obronę oddaję autorowi fakt, iż jest to jego pierwsza książka, daje to pewną nadzieję co do następnych książek, jednak obecnie nie mogę ocenić książki na więcej niż 3/6.

Gdyby ktoś był zainteresowany książką, wersja elektroniczna dostępna jest obecnie za darmo na amerykańskim Amazonie. Przeznaczona jest na sztandarowy produkt Amazona, czytnik Kindle, ale można ją kupić i czytać również nie posiadając owego urządzenia, przy użyciu programu Kindle for PC.

Strona 1 z 612345...Ostatnia »