Strona 1 z 1112345...10...Ostatnia »

Bring in the the Klingons #7

I po raz kolejny trochę uśmiechu z otaczającej nas fantastyki.

Bring in the the Klingons 61

Bring in the the Klingons 62

Bring in the the Klingons 63

Bring in the the Klingons 64

Bring in the the Klingons 65

Bring in the the Klingons 66

Bring in the the Klingons 67

Bring in the the Klingons 68

Bring in the the Klingons 69

Bring in the the Klingons 70


Od czego zacząć? #2

Stanisław LemŻycie różne płata figle, od pierwszego wpisu minął szmat czasu. Ale jak się powiedziało A, to wypada powiedzieć zarówno B jak i mam nadzieję C. W poprzednim odcinku przedstawiłem seriale od których warto zacząć przygodę z fantastyką naukową. W tym odcinku skupię się na książkach i tylko jednym autorze, ale za to jakim! Stanisław Lem polski pisarza znany na całym świecie, choć część tego świata podejrzewała go o bycie całą komórką KGB, a LEM to tylko tajny akronim. W Polsce nie trzeba go przedstawiać. Każdy musiał się z nim gdzieś zetknąć, choćby w szkole gdzie jego Bajki robotów są lekturą.

Bibliografia Lema jest potężna wystarczy tylko wspomnieć, że Agora wydała nie tak dawno kolekcję Lema, przeszło 65 tomów, a i tak to nie wszystkie jego dzieła. Część z nich doczekała się ekranizacji, lepszych lub gorszych. Ale nie będę tu o nich wspominał, bo ekranizacja rzadko kiedy jest lepsza od książki. No ale wracając do książek, dziesiątki są do wyboru każdy może polecić inna, moja piątka za chwilę poniżej. Najpierw powiem jednak czemu wśród nich nie ma np. Solarisa. Tytuł znany zapewne wszystkich dzięki ostatniemu remake’owi amerykańskiego z Clooneyem. Solaris nie jest zły, ale też nie jest dla wszystkich. Jeśli ktoś szuka sensu istnienia, tematu bardziej metafizycznego, to będzie książka dla niego. Jednak jeśli ktoś szuka takich tematów w SF, to z reguły ma już za sobą sporo innych książek o podobnym temacie. Tymczasem chcę pokazać 5 tomów od których warto zacząć przygodę z Lem. Później można sięgać po „cięższe” tomy jak Solaris, Fiasko czy inne Głosy Pana.

1. Niezwyciężony

Niezwyciężony to powieść z gatunku twardej fantastyki naukowej, opowiada ona przygodę załogi krążownika klasy drugiej Niezwyciężony, który poszukuje bliźniaczej jednostki, a przy okazji odbywając misję badawczą planety Regis III. Jak się okazuje planeta Regis została spustoszona przez maszyny, które także przeszły interesującą ewolucję. Dla mnie Niezwyciężony jest jedną z najlepszych powieści jakie miałem okazje czytać. Nie ma tu zbędnych rozmyślań nad sensem istnienia, choć na przykładzie ewolucji maszyn i ten wątek jest tu jakoś wpleciony. Trzeba także zauważyć, że powieść pierwszy raz ujrzała światło w 1964 roku. Warto zwrócić uwagę na opis statku kosmicznego i jak wizja tych statków ewoluowała przez lata. Z długich ostro zakończonych pocisków jak właśnie Niezwyciężony do choćby kształtów Star Trekowego Enterprise. Tak jak dziś już nikt nie wyobraża sobie by statek wyglądał właśnie jak pocisk, tak wówczas wizja statków w innym kształcie mogła być tylko i wyłącznie fantastyką.

2. Powrót z gwiazd

Drugą powieścią Lema, którą mogę szczerze polecić to Powrót z gwiazd, powstała nieco wcześniej niż Niezwyciężony. Tym razem akcja nie opuszcza Ziemi, grupa astronautów wraca z długiej misji na Ziemię. Dla nich, ze względu na dylatację czasu przy prędkościach podświetlnych, minęło ledwo 10 lat, na Ziemi zaś przeszło 127 do tego nastąpiła olbrzymia zmiana w społeczeństwie. Załoga Prometeusza miała nadzieję powrócić jako bohaterowie, tymczasem nie tylko nikogo nie obchodzi ich powrót co wręcz społeczeństwo uważa ich misję za całkowicie nie potrzebną. Społeczeństwo całkowicie zostało pozbawione cech pozwalających na agresywne zachowanie. Betryzacja, bo tak nazywa się ten proces, miała niestety też skutki uboczne, ludzkość straciła zdolność do podejmowania ryzyka, do rozwoju, do podboju kosmosu. W tym świecie stara się odnaleźć bohater z XX wieku.

3. Dzienniki gwiazdowe

Dzienniki gwiazdowe to zbiór opowiadań o przygodach słynnego podróżnika Ijona Tichego. Ciężko byłoby opisać co się w nich dzieje, nie dość że wraz z kolejnymi wydaniami ewoluowały i odpadały różne z podróży, to jest ich sporo, a każda podróż to inny problem, który łączy właśnie Tichy. Problemy mniej lub bardziej poważne, jak pytanie czy wyrzucenie śmieci na jakieś skale to akt wandalizmu czy dzieło boże. Albo jak można współpracować ze sobą z rożnych dni. Warto sięgnąć po książkę właśnie ze względu na tę mieszaninę poważnych tematów jak i bardzo luźne podejście do tematu, które pozwala na inny punkt widzenia.
Tu warto nadmienić, że w 2007 roku nasi zachodni sąsiedzi wyprodukowali serial o przygodach Ijona właśnie z jego Dzienników gwiazdowych. Dosyć niewiarygodne, że Niemcy z swoim ordungiem dali radę przenieść ducha polskiego nieładu z Dzienników.

4. Kongres futurologiczny

8 Światowy Kongres Futurologiczny to właściwie jedna z podróży Ijona Tichego. Tichy przybywa to jakiejś południowej republiki bananowej na zjazd ludzi, którzy będą rozprawiać nad przyszłością. Niestety kongres zostaje celem ataku terrorystycznego przy użyciu różnego rodzaju środków chemicznych. Ciężko ocenić które z wydarzeń dzieją się naprawdę, a które to tylko złudzenia wywołane środkami narkotycznymi. Całą sprawę komplikuje jeszcze hibernacja Tichego i jego wizja przyszłości, gdzie środki chemiczne kierują zachowaniem ludzi. Ale czy to prawda czy sen, to już każdy czytelnik ocenia sam.

5. Katar

Właściwie po poprzednich 4 książkach, każdy powinien już sam zdecydować po jakie kolejne dzieło sięgnąć. A wybór jak wspominałem jest duży. Można np. sięgnąć po zbiór esejów jakim jest Summa technologiae i przekonać się jakie poglądy miał autor na różne tematy i na dobrze oceniał przyszłość, przeszło 50 lat temu! Jednak ja polecę jeszcze jedną książkę o temacie jakże banalnym: Katar. Krótka powieść detektywistyczna o byłym astronaucie na tropie z pozoru niepowiązanych zgonów. Ale ponieważ nie wypada na pierwszej stronie zdradzać kto zabił, także więcej nie napiszę, zapraszam do lektur, bo naprawdę warto.

Cykl Star Carrier

Star Carrier - Pierwsze uderzenieJakiś czas temu dzięki uprzejmości Sebastiana z popkulturka.eu miałem możliwość zapoznania się z najnowszą serią Iana Douglasa Star Carrier. Seria opowiada o losach marynarzy i pilotów myśliwców skupionych na lotniskowcu międzygwiezdnym USNA America, jak również towarzyszącym jej okrętom, w ich heroicznej walce o przetrwanie Ziemian.

Fabuła serii nie jest jakaś zaskakująca, jak to bywa w space operach. Ludzie rozpoczęli podbój kosmosu, w międzyczasie przeszli przez wyniszczającą wojnę – nazwijmy ją domową, bo brali w niej udział tylko ludzie, później trafili na obcych, potem kolejnych. I wreszcie stanęli przed ultimatum, albo przestaną się rozwijać i przyłączą się do Imperium, albo znikną z kart gwiezdnej historii. Ludzie z początku nie traktują jakoś poważnie ultimatum, między jego wystawieniem a jakąś formą jego realizacji mijają dekady. Ale z czasem zagrożenie staje się coraz bardziej realne i tu właśnie pojawia się lotniskowiec i Trevor „Piachu” Gray . No i w sumie to co najważniejsze, kosmiczne walki w tym również bratobójcze walki w wojnie domowej ludzkości.

Pozostawię w tyle fabułę i przejdę to tego co mi się w serii podoba i tego wręcz irytuje. A zacznę od tych gorszych spraw, by potem pokazując plusy pomóc o nich zapomnieć i jednak pozwolić ludziom sięgnąć po tę serię. ;)

Star Carrier - Środek ciężkościNajbardziej irytującym aspektem serii jest powtarzalność tekstów przez autora. Nie jest to jakiś wyjątek wśród autorów, ma to oczywiście za zadanie zwiększenie objętości tomu, ale dobre podejście do tego zagadnienia jest ważne. Weźmy takiego Webera, u którego często początek tomu to niemal kalka z poprzedniego, ale najczęściej z punktu widzenia innego bohatera. Natomiast Douglas ma tendencję powtarzać całe fragmenty, w sumie tylko po to by przypomnieć czytelnikowi podstawowe i niezbyt istotne tła bohaterów czy historii. Np. nie trzeba co tom przypominać, że główny bohater jest z ruin i że był „prymitywem” (czyli człowiek bez dostępu do nowoczesnej technologi), to jest wystarczy raz napisać i będzie się pamiętać. Tak samo jak nie ma sensu przypominać, że główny bohater zmienił doktrynę walki w kosmosie. Ok, w drugim tomie, gdzie zmiana doktryny zaszła wręcz trzeba, ale w trzecim, czwartym i piątym, gdzie stanowi już normę? Czytelnik nie mógł tego zapomnieć w kilka tomów, to nie 10 letni serial z 200 lub więcej odcinkami, gdzie widz może zapomnieć wydarzenia z jednego odcinka. Wyobrażacie sobie by twórcy SG-1 co odcinek przypominali jak Teal’c zdradził fałszywych bogów i przyłączył się do Ziemian? Albo by w Star Trek Voyager co odcinek przypominali jak Voyager dostał się na drugi koniec galaktyki? A tu jednak Douglas na to serwuje co tom. Przez co można często przeskakiwać całe akapity i zupełnie nic się traci z fabuły.

Innym problemem są obcy, z jednej strony duży plus za ich różnorodność, ich odmienność. Obcy którzy myślą inaczej, inaczej się komunikują, mają inne podejście do życia. Ale mimo to technologicznie nie ustępują ludziom, nie rozwijają się. Ich taktyka, niby inna, a jednak wszystko i tak sprowadza się do tego, kto silniej uderzy i szybciej. Autor niby ratuje się tu strachem przed rozwojem panów galaktyki, ale wydaje się to nie możliwe by wszystko stawało na etapie ledwo ponad zdobycie własnego układu gwiezdnego. W trakcie pokoju, nawet jeśli jest się ograniczonym powinno się jednak spodziewać większego rozwoju.
Niby mamy różne rasy, różne potrzeby, a jakoś nie potrafią koegzystować. Są do tego zmuszani przez właśnie panów imperium. Z jednej strony to minus, którego autor przez 5 tomów nawet nie zaczął tłumaczyć, ale pozostawiam mu tu cienką nic zaufania, że jednak postara się to odpowiednio poprowadzić.

Kolejnym minusem jest taktyka walki w kosmosie. Użycie myśliwców i prędkości pod świetlnych jest świetne, ale z drugiej unikają proste aspekty tych walki, choćby to wprowadzenie piasku, który blisko prędkości C jest tak niszczycielski, ze zadziwia tak rzadkie jego używanie oraz fakt, że druga strona nie ma odpowiednika w swoim arsenale. Do tego, ja osobiście przy wojnie na wyniszczenie, jaką toczą ludzie w tej serii, nie wahałbym się na używanie tej broni w każdym starciu. A tu autor unika walk z jego użyciem za wszelką cenę, wręcz szukając nawet argumentów przeciw jego stosowaniu.
Star Carrier OsobliwośćRazem z rozwojem broni, jest problem z rozwojem technologicznym Ziemian. Po 3 tomie mamy przerwę w wydarzeniach na naście lat. Z jednej strony mamy przeskok technologiczny, latamy szybciej, lepiej, lepiej walczymy, ale nie ma uzasadnienia to w wydarzeniach w książkach. Brakuje informacji dlaczego nastąpił postęp. Nie wiem przejęta technologia, przełom naukowy, cokolwiek. A tu nic nie ma, po prostu tysiące lat świetlnych zamiast rok lata się dni. Nie mówię nie takim zmianom, ale dajmy czytelnikowi powód dlaczego. Weber w swojej wojnie w Honorverse ma całą całe dywizje badaczy, ukryte kompleksy i przełomy wprowadza stopniowo. Co więcej stare często występuje równo z nowym i to nowe musi się dostosowywać. Tu tego brakło. I jest to duży minus, bo gdyby zamiast 1/3 nie ważnych powtórzeń autor dał przykład tego rozwoju, przebudowy statków to czwarty tom byłby dwukrotnie lepszy niż jest.

Przedostatnim minusem jest tunel czasoprzestrzenny przenoszący wydarzenia blisko miliard lat wstecz. Tunel – OK. Podróż w czasie – OK. Ale dlaczego jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Czemu zmiana wydarzeń w przeszłości w żaden sposób nie zmienia teraźniejszości? Dlaczego kosmici rządzą miliard lat temu, kierują wydarzeniami w teraźniejszości, a jednak w żaden sposób nie wykorzystują tę przewagi. Wydaje mi się, że ten pomysł genialne wyglądał na szkicu. Imperium galaktyczne, którego granice rozciągają się nie tylko w przestrzeni ale i w czasie. Ale próba rozbudowy tego na kartach powieści się nie powiodła. Pytanie czy autor będzie wstanie to pociągnąć czy też będzie próbował to zatuszować wprowadzając nowych obcych?

Ostatni aspekt, który mnie razi to sztuczna inteligencja. W pierwszych tomach pomysł autora o ich ograniczeniach, o pomocy ludziom tam gdzie już ludzki mózg nie daje rady odpowiednio szybko przetwarzać informacji (jak walki w kosmosie) czy wręcz ludzkie ciało nie wytrzymuje (sondy, czy autopilot). Naprawdę nie można złego słowa powiedzieć. Mamy sztuczną inteligencję, ale nie opuszcza ona sztywnych ram bycia maszyną. Pomaga ludziom robić wszystko szybciej, lepiej dokładniej, a jednocześnie nie ma ona znamion samostanowienia. I nagle na scenę wkracza Konstantin. Sztuczna inteligencja na księżycu, która nie tylko jest samoświadoma, to jeszcze zaczyna tworzyć plan rządzenia ludzkością. Wszystko co było było wcześniej mówione, niszczy taka jednak AI. Tworzy nową religię, a ludzie to kupują, tworzy plan walki, wirusy. Wszystko to czego ludzie się obawiali, wszystko przed czym autor przestrzegał w pierwszych tomach nagle zaczyna istnieć w tym świecie. I co więcej nikt nie widzi w tym żadnych problemów. Bardzo przepraszam, ale skąd ta zmiana? Co dalej Bolo czy inne automatyczne myśliwce? Ludzkość boi się mitycznego imperium, ale istnieje ryzyko że ich własna wersja SkyNetu ich wkrótce ograniczy.

Nie są to oczywiście wszystkie bolączki serii, ale te które jednak się pamięta po czytaniu. Przejdźmy teraz do aspektów, które plusują w serii, będzie co prawda krócej niż z minusami, acz plusy mocne.

Star Carrier OtchłańPo pierwsze walki kosmiczne. Przenoszenie myśliwców w przez lotniskowce, zrzucanie ich minuty świetlne od celu, rozpędzanie się do blisko C. A następnie lot w ciemno na przeciwnika, nim światło dotrze do niego i go ostrzeże o nadciągającym zagrożeniu. Świetny motyw, świetnie wykorzystany. Motyw totalnie nienadający się do filmów czy telewizji, więc właściwie nie znany. Ale naprawdę o takich walkach można czytać. Najpierw atak małych lekkich i szybkich myśliwców. Prosta broń, która dzięki prędkości osiąga zabójczą skuteczność. A potem ewentualnie klasyczne walki dużych okrętów, które docierają na pole walki z opóźnieniem związanym z wolniejszymi przyśpieszeniami. Motyw, który autor najlepiej wykorzystał w pierwszym i piątym tomie. W pierwszym bo nowość w podejściu do walki, w piątym, bo następuje tu bratobójcza walki ziemian, a więc walka bez jakiś niespodziewanych zagrań, które muszą obrócić bieg wydarzeń na korzyść bohaterów.
Kolejny plus serii to przewijające się aspekty 400 letniej historii ludzkości. Wojny domowe, nowe podziały, nowe sojusze. Do tego całość na tyle nieszczegółowo opisana oraz posiadająca dostatecznie podłoże w dzisiejszych wydarzeniach, że jest jak najbardziej prawdopodobna. Izolacja Hegemonii Chińskiej, czy Teokracji Islamskiej. Czy sojusz Północnej Ameryki z Unią Europejską. Do tego Rosja niby razem z Zachodem, a jednak wciąż osobno. Wszystko możliwe, szczególnie jak spojrzymy na to co się ciągle dzieje w XXI wieku.

Za to pojawienie się Białej Konwencji mówiącej o ograniczeniach religijnych. Zgadzam się, że religia jest pewnym problemem w historii. Że fanatycy przyczyniają się do wojny czy problemów społecznych. Ale nie wierzę, że ludzkość pozwoliła by sobie stłumić poglądy religijne prawem, do tego stopnia, że mówienie o religii stałoby się przestępstwem. Nie wyobrażam sobie, by ktoś dał radę takie prawo przeforsować, ani tym bardziej je egzekwować. Oczywiście technologia, która pojawia się w serii, mogłaby pozwolić na taką kontrolę, ale kto by się zgodził na jej posiadanie. Przecież Orwell i jego rok 1984 powinien był ludzkość przed tym uprzedzić.

Star Carrier - Ciemna materiaKolejnym aspektem plusującym książki są peryferia i ta część ludzkości, która z wyboru lub konieczności wyrzekła się technologii, a jednocześnie nie jest jej totalnym przeciwnikiem. Duży plus, że jednostki z peryferiów są właściwie naszymi odpowiednikami (naszymi, czyli ludzkości z początku XXI wieku). Dzięki nim możemy obserwować zmiany jakie zachodzą w społeczeństwie przez te setki lat. Mamy punkt odniesienia. Dzięki temu autor nie musi wprowadzać np. zahibernowego bohatera, który nam te zmiany będzie pokazywał (jak zrobił to Hemry, w Zaginionej Flocie).

Na koniec pozytywnych rzeczy w książkach, kilka smaczków. Pierwszy z nich tyczy się napędu stosowanego w serii. Jest to napęd Alcubierre’a. Polegający na zaginaniu przestrzeni wokoło obiektu. Rzadko stosowany napęd w space operach, ale jest on mocno inspirowany serialem Star Trek.

Kolejny smaczek, to lokalizacja planety Wolkan. Niemal identycznej planety do Ziemi, gdzie nie ma potrzeby terraformingu by ludzkość mogła tam żyć. Jej lokalizacja jest identyczna z tą serialową – 16 lat świetlnych od Ziemi w układzie 40 Eridani.. Jest to miłe puszczania oczka do fanów.

No i krótkie podsumowanie pierwszych pięciu tomów:
Pierwsze uderzenie – 4/6 za powiew nowości w space operze.
Środek ciężkości – 4/6 za utrzymanie tego powiewu świeżości.
Osobliwość – 3/6 za przekombinowanie obcych, za mieszanie podróżą w czasie.
Otchłań – 4/6 za powrót na dobre tory, bez jakiś imperiów rozciągających się w czasie, za walki, za nowych obcych.
Ciemna Materia – 3,5/6 i tu choć wojna domowa ciągnie w górę, tak w prowadzenie obcych, dla których jesteśmy jak jakiś błahy owad, które się nie widzi do samego końca aż się go zdepcze jest motywem ciągnącym ocenę w dół. Więcej prawdopodobna konieczność przyśpieszonego rozwoju z możliwością sojuszu z wrogiem, który chce obecnie naszej eksterminacji, która najpewniej nastąpi w następnych tomach też nie ciągle oceny w górę (acz mam nadzieję, że się mylę).
Więc czy mogę polecić serię? Nie jest to seria, mimo początkowego wrażenia, która pomysłami będzie znacznie wyróżniać na tle innych kosmicznych oper. Acz ma sporo wartych uwagi pomysłów. Ciekawych i interesujących obcych, jest też uniwersalny translator, na szczęście mocno kulejący. Problemy zaczynają się gdy autor zaczyna wprowadzać zbyt potężnych kosmitów. Ale to jest problem który dotyka wszystkich (Ori, Q, Borg, Replikatory), a mamy tu jeszcze początkową sytuację, gdzie autor może się obronić, odpowiednio prowadząc historię, a nie zmieniając niepokonanych żałosne namiastki tego co pokazano na początku. Więc wciąż warto sięgnąć po serię.

Star Carrier – Ciemna materia

Star Carrier - Ciemna materiaToudi: Nie tak dawno premierę miał piąty tom cyklu o Ziemskim lotniskowcu America. Dzięki uprzejmości Sebastiana, czytelnicy forum mają okazję zapoznać się z recenzją tego najnowszego tomu. Dwa pierwsze również dostępne są w zasobach poletka, po kolejne zapraszam na stronę autora. Sam cykl ma swoje wzloty i upadki, pozostaje mi wkrótce zaprosić czytelników do własnego tekstu o cyklu. A teraz oddaję głos koledze.

Sporo się działo w poprzednim tomie, jednak przez cztery miesiące zapomniałem równie dużo. Na szczęście dzięki specyficznemu pisaniu powieści dało się szybko odrobić straty. Autor wtrąca często drobne streszczenia fabuły, aby uzasadnić takie a nie inne działanie bohaterów lub wytłumaczyć skomplikowaną sytuację polityczną czy też na froncie. Taktyka taka często powtarza się w przypadku opisów sprzętu, statków i konkretnych sytuacji. Nie powiem, aby to była zła rzecz, ale gdyby czytać powieści jedną po drugiej można doświadczyć Déjà vu. Podczas czytania tomu V w kilku miejscach miałem ochotę przekartkować kilka stron, nie dlatego, że akcja akurat zwolniła, ale właśnie dlatego, że dany temat autor już przerabiał – na dodatek na początku tej książki. Gdyby skrócić powieść o streszczenia, mogłaby ona mieć o 100 stron mniej.

W poprzednim tomie „Otchłań” autor przeskoczył z akcją do przodu o dwadzieścia lat. Dowiedzieliśmy się, że Imperium Sh’daar nie zrezygnowało z poskromienia rasy ludzkiej i przygotowało mały rewanż. Tymczasem niedaleko Ziemi pojawiła się nowa osobliwość, która świadczy o udziale zupełnie innej obcej i bardzo potężnej rasy.

Piąty tom cyklu „Star Carrier” rozpoczyna się od badania tajemniczej otchłani, którą autor przedstawił w poprzednim tomie. Ale to wcale nie tajemniczy obcy stojący za anomalią są głównymi aktorami tej powieści. Ian Douglas wprowadza do cyklu nową rasę, niebędącą dotychczas stroną w konflikcie, za to okazują się niezwykle groźną dla Ziemian. Problem stanowi nie tylko odmienna fizjonomia obcych, brak możliwości porozumienia się z nowym gatunkiem, ale również zrozumienie inteligentnego gatunku o naturze czysto drapieżnej. Grdoch wcale nie zamierzają kontaktować się z ludźmi, a tym bardziej nie chcą porzucać terenów łownych.

Piąta część cyklu zalicza lekki spadek. Po pierwsze nastawiłem się na kontynuację wątku z nową cywilizacją, która w niedalekiej okolicy Ziemi „buduje” swoją osobliwość – raczej nie jest to przypadek. Co prawda o tym wątku wiele się mówi w powieści, ale są to czyste rozważania natury teoretycznej. Zamiast tego flota Ziemi skupia się na wewnętrznej wojnie, a później na finałowej rozgrywce z nowo napotkaną rasą Grdoch. Być może taki krok został podyktowany chęcią odetchnięcia od ciągłych spięć z Imperium Sh’daar, ale osobiście nie uważam, aby został on już wypalony – w temacie Sh’daar oraz ur-Sh’daar zostało jeszcze wiele do powiedzenia, a zamknięcie tematu w kolejnej powieści nie wydaje się być prawdopodobne z powodu zbyt wielu otwartych wątków.

Niemniej wydaje się, że wprowadzenie Grdoch, którzy niemal zdominowali cały tom, miało być otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju. Nowa obca rasa stanowi wielkie wyzwanie dla ludzi, nie tylko dlatego, że wydaje się być bardziej zaawansowana, ale także ze względu na kompatybilność genetyczną, pozwalającą Grdoch korzystać ze światów podobnych Ziemi, a także konsumować jego zasoby. Są zatem naturalnym zagrożeniem dla rodzinnego świata ludzi i bliźniaczo podobnej planety Vulcan (tu całkiem zabawne nawiązanie do Star Treka).

Dużą zaletą tego tomu jest ukazanie wewnętrznych problemów Ziemi. Wcześniej autor jedynie go zarysował opisując pobieżnie strukturę Konfederacji oraz sytuację pomniejszych państw. Skupił się oczywiście głównie na funkcjonowaniu poszerzonej wersji USA – czyli USNA. Tym razem Douglas pogłębia pęknięcia w ziemskim sojuszu i doprowadza do jego rozpadu na dwie konkurujące ze sobą frakcje. Historia tego krótkiego konfliktu przypomina nieco wszystkie filmy akcji ostatnich dekad – niestety prezentując taki sam poziom merytoryczny. Z tymże miejsce złych Rosjan lub Chińczyków zajmuje pazerna Genewa, chcąca przejąć kontrolę nad wszystkimi zasobami wojskowymi i potajemnie skapitulować przed potężnymi Sh’daar, co w rezultacie oznacza oddanie prawa do samostanowienia, zrezygnowania z kształtowania własnego losu, przekształcenia Ziemi w dominium zależne od obcych. Oczywiście USA nie mogą na to pozwolić z pobudek czysto patriotycznych. Wywiązuje się krótka wojenka, która przenosi się na orbitę Ziemi, a niedługo także w głąb systemu. Najbardziej bawią zmagania autora polegające na odwróceniu sojuszy – tym razem Stany zawierają abstrakcyjny sojusz z Rosją, Chinami i Teokracją Islamska przeciwko podłej Federacji Europejskiej. W tym miejscu poniosło autora i to nieźle, ale z drugiej strony trudno przewidzieć, co przyniesie tak odległa przyszłość. Rzecz jasna Amerykanie zawsze wygrywają – tym razem również za pomocą naiwnego fortelu (na Ziemi) i standardowo pokazowi zmasowanej siły (na orbicie Vulcana). Duch wolności zawsze przetrwa!

Wtłoczenie zbyt wielu wątków do tej książki i rozwiązanie ich w naiwny sposób to największa wada powieści. Gdy dorzucimy do tego nową, całkowicie obcą rasę Grdoch, stylizowaną na drapieżców z ich niesamowicie zbieżnym podobieństwem do ziemskiego ekosystemu wyjdzie komiczny epizod tego dobrego cyklu sf. Nie rażą już nawet płaskie wizerunki większości postaci bez konkretnego systemu wartości. Tym razem czar dobrego hard science fiction ustąpił ogromnemu zdumieniu, które pojawiło się u mnie już niemal na początku powieści, pomimo że duch cyklu ciągle był obecny to nie mogłem przestać się dziwić nowym rozwiązaniom autora.

Pomimo wielu rozczarowań „Ciemna materia” broni się aspektem naukowym i nawet (czego często nie przyznaję) teologicznym. Douglas rozwija różne teorie naukowe i prezentuje w dość uproszczonej wersji tak, aby każdy czytelnik mógł zrozumieć. Wielokrotnie nawiązuje do pracy Einsteina i Hawkinga, ukazując możliwe sposoby stosowania teorii do rozwoju technologii przyszłości. Z kolei w aspekcie teologicznych skupia się na teoriach rozwoju wierzeń w bóstwa, które mogły stworzyć wszechświat – zwanych tutaj Gwiezdnymi Bogami.

Mam nadzieję, że więcej na ten temat pojawi się w kolejnym tomie przy okazji poznawania Obcych z Rozety. Autor zostawił niezły smaczek na końcu książki w formie epilogu.

Jedna z grup głoszących silną zasadę antropiczną, to znaczy teorię, że wszechświat został zaprojektowany w taki sposób, sugerowała, że skrajnie zaawansowani technologicznie obcy mogli stworzyć ten wszechświat wraz z przyjaznymi życiu stałymi, prawdopodobnie w momencie, gdy ich wszechświat zaczynał umierać.
Jeśli Obcy z Rozety byli tak potężni…
Alexander Koenig, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, nagle poczuł się bardzo malutki.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Crux

CruxPo przeczytaniu „Nexusa” miałem bardzo mieszane uczucia. Musiałem poświęcić kilka dni na poukładanie myśli i ponowne prześledzenie fabuły. I „Nexus”, choć sprzeczny z moim poglądem na przyszłość ludzkości, wydał mi się bardzo wiarygodny, tak bardzo, że dałem mu +4/6. Z „Cruxem” tego problemu już nie mam. Oczywiście poświęciłem kolejnych kilka dni na ponowne prześledzenie fabuły, ale będąc już zaznajomiony z wizją Naama, łatwiej było mi przejść nad tym do porządku dziennego – a oczekiwałem czegoś ekstra. I co najlepsze – jego druga powieść jest po prostu rewelacyjna! To typowy mind-blowing.

Po upublicznieniu Nexusa 5 w sieci, ludzie zaczęli z niego korzystać. Niektórzy dla zabawy, inni dla prywatnych celów, lub też dla dobra ludzkości – do pracy nad postępem nauki. Niestety większość ludzi zastosowała go z pożytkiem dla siebie, z naciskiem na manipulację innymi.

Nowa powieść Naama jest bardziej złożoną historią niż „Nexus”, złożoną z pięciu niezależnych na pozór wątkach, które splatają się dopiero w finale. Powieść to udane połączenie hard science fiction z elementami politycznego thrillera. „Crux” to pewnego rodzaju fenomen światowy, ponieważ autor tworzy na jego potrzeby swój własny gatunek. Trudno jest go określić, tak samo jak niemożliwe jest ustalenie na dzień dzisiejszy czy jego wizja jest faktycznie możliwa (pomimo jego wielkiej wiedzy na tym polu). Niemniej zdecydowanie wplata w powieść niesamowitą dawkę napięcia i kreuje wydarzenia, jakich do tej pory nie czytałem. Jego wizja jest niezwykle realistyczna, postacie wiarygodne, akcja toczy się w sposób możliwy do ogarnięcia i przystępny dla przeciętnego czytelnika (nawet gdy opowiada o wydarzeniach niemalże z bajki wyjętych).

Pomimo, że jego wizja wydaje się być bardzo autorska, to w treści można naleźć wiele odwołań do wydarzeń historycznych – np. obozy koncentracyjne, dziś bardzo często odnajduje się odwołania do nazizmu, jako wielkiego zła, ponadto nawiązanie do świata przedstawionego przez Orwella w „1984” jest aż nazbyt oczywiste – przy tego typu tematyce, trudno się jednak nie zbliżyć do klasyka. Tak samo można odnaleźć nawiązania do twórczości Lema czy Dicka. Ale to również fikcja, jak ta z wizji Naama. Dlatego dzięki wielkie dla autora za umieszczenie na końcu książki posłowia, w którym oddziela fikcję z książki od aktualnego stanu wiedzy, tym samym pokazuje, co jest niemożliwe, a co… być może… w niedalekiej przyszłości nas czeka.

Postacie nakreślone przez Naama w „Nexusie” powracają. Właściwie to nie mam zastrzeżeń do nikogo ze starej obsady. Sam i Kade wypadają wiarygodnie, aczkolwiek jest ich teraz dużo mniej niż przedtem – to z uwagi na podział powieści na liczniejsze wątki i dorzucenie nowych postaci. I tym razem znowu mamy szeroki wachlarz postaci. Naam przykleił większości konkretne łatki i nawet pomimo faktu, że wiele z nich ewoluuje pod wpływem wydarzeń, co jest żywym dowodem na to, że historia posuwa się w czasie, to jednak postacie do końca stoją po swojej stronie barykady. Zachowanie takie postaci można wywnioskować choćby znając poprzedni tom, ponieważ Naam zaserwował tam już podobne rozwiązanie. Pomimo, że napisał swoje postacie bardzo wiarygodne, to jednak przewidywalne do szpiku kości. Jedni są źli i walczą z postępem, inni chcą go za wszelką cenę udostępnić wszystkim. Jak sam pisze „Nieśmiertelność jest na wyciągnięcie ręki, a wraz z nią życie pełne modernizacji”. Naam ujmuje to w bardzo porosty sposób, który akurat do mnie przemawia – możemy tkwić w skostniałym i konserwatywnym świecie na siłę hamując postęp, albo rozwijać się i zmieniać świat tak jak chcemy – pod siebie. Patrząc na to, co się dzieje teraz na globie – trudno nie przyznać mu racji.

Wspomniałem wcześniej, że Naam stworzył swój własny gatunek. Ja z kolei obeznany z gatunkiem scifi oraz nie stroniący od hard science fiction mam ogromny problem z jego powieściami. Z uwagi na fakt, że nikt do tej pory tak dogłębnie nie rozwodził się nad pomysłem rozwoju ludzkości i następnym etapem istnienia człowieka, być może warto pomyśleć nad utworzeniem zupełnie nowego gatunku. Być może transhuman scifi?

Drugi tom z tego cyklu to powieść pod każdym względem nowatorska. Jest w niej prawie wszystko czego oczekiwałem po przeczytaniu poprzednika. Zabrakło jednak akcji w akcji, i bardziej nieobliczalnych postaci. Ale mimo wszystko jestem zadowolony z takiego stanu. Ramez Naam stworzył świat, który ma ogromny potencjał. Zostawienie otwartych wątków sugeruje, że będzie kolejna część.

Nigdy z taką trudnością nie przyszło mi polecać książki. Pomimo faktu, że mnie się bardzo podobała, to jest z nią jeden ból – aby przeczytać „Cruxa” trzeba również znać „Nexusa”. Nie ma innej drogi. Zaskakuje jednak z jakim zadowoleniem sięgam po kolejne książki wydawnictwa Drageus. Rozpoczynając od rewelacyjnej serii „Star Carrier„, a potem genialnego „Red Rising” – „Nexus” i „Crux” okazały się niczym nieodstającymi powieściami.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Strona 1 z 1112345...10...Ostatnia »