Space Battleship Yamato (2010)

Space Battleship YamatoKońcówka ostatniego milenium, jeśli chodzi o filmy i seriale SF, należała do Ameryki Północnej. Najlepsze filmy wychodziły z Hollywood, najlepsze seriale również kręcono na zachodnim wybrzeżu ameryki północnej, albo właśnie w Hollywood, albo w Vancouver. Jednak nowe tysiąclecie jest o wiele mniej szczęśliwe dla produkcji zachodniej półkuli, za to wschodnia powoli i po cichu zdobywa rynek. Zaczęło się od australijskiego Farscape, nieco później Rosjanie pokazali światu swoje możliwości w Przenicowanym Świecie i Czarnej Błyskawicy, a rok temu Japończycy zekranizowali anime o kosmicznym pancerniku Yamato (niektórzy mogą znać jego zachodnią adaptację: Star Blazers). Niestety podobnie jak rosyjskie filmy, Yamato nie trafił do polskich kin, z wielką szkodą dla polskiego widza fantastyki, bo są to pozycje warte obejrzenia.

Space Battleship YamatoCały pomysł opiera się na serialu z lat 70-tych pod tym samym tytułem. Na przeciw ludzkości staje potężny przeciwnik, Gamilas i sama Ziemia staje w obliczu zagłady. Jedyną nadzieję jest Yamato, odremontowana pełnomorska jednostka (pomalowana nawet czerwoną ochronną farbą, poniżej „linii zanurzenia”), przystosowana do walki w kosmosie. Choć sam koncept wydaje się być dziwny (co znając upodobania Japończyków, nie powinno nikogo dziwić), to wizualnie sprawdza się naprawdę dobrze. Szczególnie wysoko kalibrowe działa główne, które zarówno wyglądają dostojnie jak i sieją ładne spustoszenie.

W roku 2194 w okolicy Marsa pojawił nieznany wróg i niemal od razu zaczął zrzucać pociski kinetyczne na Ziemię. Pięć lat później resztki ludzkości schowały się pod ziemią. Niegdyś piękna błękitna planeta, skażona jest radioaktywnością. Ludzie utracili już wszelką nadzieję i biernie czekają na koniec. W 2199 na orbicie Marsa, to co zostało z floty ludzkości stacza ostatni i przegrany bój z Gamilas. Tymczasem na Ziemi rozbija się kapsuła zawierająca wiadomość dla ludzi, że mają jeszcze szansę. Ale zawsze jest jakieś ale, nadzieja znajduje się około 150 tysięcy lat świetlnych od Ziemi, planeta Iskandar w Wielkim Obłoku Magellana. W misję ostatniej szansy wyrusza pancernik Yamato, przygotowywany do tej pory jako Arka…

Yamato na IskandarzeKiedy ponad rok temu, internet obiegły pierwsze zapowiedzi filmu, wszyscy od razu porównywali urywki filmu do Battlestar Galactiki. I jak się okazało częściowo mieli rację, ale o tym trochę dalej… Efekty zarówno animacji jednostek jak walk w kosmosie stoją na wysokim poziomie. Widok startującego Yamato zapiera dech w piersiach, podobnież przelot w atmosferze planety Iskandar. Podobnie jeśli idzie o scenografię, bardzo przyjemne wnętrza okrętu, idealnie pasują do jednostek operujących w kosmosie – twórcy najnowszego Star Treka powinni się uczyć od od swoich zaoceanicznych sąsiadów – mostek, jadalnia, hangar i co najważniejsze, okręt posiada areszt, więc nie trzeba niepokornych wyrzucać za burtę w kapsułach ratunkowych.

Cosmo ZeroJak już wspomniałem, Space Battleship Yamato porównywano do BSG, i rzeczywiście SBY czerpie pełnymi garściami z dobrego przykładu BSG. Wśród najbardziej rzucających się w oczy zapożyczeń jest między innymi start myśliwców Gamilas. Podobnie jak Raidery Cylonów, nie potrzebują one pilotów (są oni już częścią jednostek) i podobnież jak ich odpowiedniki z BSG, są transportowane na kadłubie statku matki, nie w hangarach, czy wyrzutniach, przez co ich wystrzelenia wygląda, jakby chmara owadów nagle poderwała się do lotu. Kolejnym podobieństwem jest atak na stanowiska obrony Gamilas na Iskandarze. Podobieństwo do chyba najlepszej sceny batalistyczne w historii seriali SF jest zbyt duże, by mogło być przypadkowe. Spadający z orbity Yamato, podobnież jak Galactica w 3×04 Exodus (2) działa pobudzająco na wyobraźnię widza. Nim przejdę do minusów, wspomnę jeszcze tylko o myśliwcu głównego bohatera, Cosmo Zero, którego wygląd jak i możliwości pozwolą mu walczyć o miano najlepszego w swojej klasie, wśród takich jednostek jak Viper z BSG, Hammerhead z SAAB czy X302 z SG.

Niestety miło całej sympatii do japońskiej produkcji, nie ustrzegła się ona błędów. Poza wręcz standardowym problem dla produkcji SF, czyli dźwięku w kosmosie, najbardziej irytującym było przekazywanie steru Yamato, między sternikiem a operatorem broni, za każdym razem kończyło się ono dziwnym trzęsieniem całej jednostki. Mimo iż kilka sekund wcześniej sternik z innego powodu puszczał ster i nic takiego się nie działo. Zupełnie innym problemem jest kształt Yamato. O ile wzorowanie się na największym pancerniku w historii pozwoliło zachować okrętowi majestatyczny wygląd, o tyle dziwne dodatki zapowiadały problemy. Dodatkowy mostek pod pokładem, bez jakiejkolwiek osłony, z góry zapowiadał tragicznie swój koniec i tak też zabrał ze sobą część załogi.
Największym problemem filmu jest upływ czasu. Już na samym początku widz dowiaduje się ile czasu zostało Ziemi do wymarcia, jak daleką podróż musi odbyć załoga Yamato, tymczasem nie dostaje żadnej informacji ile owa podróż potrwa, czy też ile tego czasu upłynęło między kolejnymi „skokami”. Co więcej, dwa pierwsze skoki, które wykonał Yamato, nie zabrały go nawet z układu Słonecznego. A należy pamiętać, że podróż ma się odbyć do sąsiedniej galaktyki.

Jak już wspomniałem, nieamerykańskie filmy podbijają kino SF i jest to jeden z tych filmów, które należy obejrzeć. Myślę że 5/6 nie będzie w żaden sposób krzywdzące dla filmu. Na wysoką ocenę wpływa również finał, ale by nie psuć oglądania zainteresowanym, oznaczam jako spoiler.

[Spoiler zaznacz, żeby przeczytać]Końcówka filmu sugeruje, że nie będzie kontynuacji, a przynajmniej nie z Yamato w roli głównej. Trzeba przyznać, że finał twórcy wykonali z dużym hukiem. I choć rozmowa bohaterów lekko przynudza i przeciąga finał, to warto zaczekać. Ostateczne rozwiązanie Gamilas i poświęcenie Kodai, zakańcza sukcesem misję Yamato.[/spoiler]

I jeszcze na zachętę, trailer:

Dodaj komentarz