Oś czasu – Ostateczny cel

Ostateczny celOstatni tom trylogii Johna Birminghama, w którym wielonarodowa grupa marynarzy z XXI wieku znacząco zmienia bieg Drugiej Wojny Światowej. Jest rok 1944, Alianci rozpoczynają wielką ofensywę na frontach Europy i Pacyfiku. Sowieci również wracają do gry i to w całkiem zaskakującej sposób.

Jest maj 1944 roku, Alianci rozpoczęli wielką ofensywę w Europie, wykorzystując do tego pełną paletę nowych zabawek, od F-86 Sabre, po Kałasznikowy. Kawaleria zamieniła swoje konie na helikoptery. Całość operacji wspiera oczywiście HMS Trident, zapewniając olbrzymią przewagę rozpoznania, której nadal nie są wstanie dorównać współczesne urządzenia. Resztki Luftwaffe zostają zmiecione z nieba Europy. Ośrodki badań nad nowoczesną technologią zlokalizowane we Francji zostają przejęte przez komandosów lub zniszczone w dokładnych bombardowaniach. W tym samym czasie, z San Diego wyrusza najpotężniejsza i najnowocześniejsza flota jaką widział ten świat. USS Hillary Clinton została naprawiona i jest obecnie jedynym lotniskowcem zdolnym przenosić współczesne samoloty odrzutowe A-4 Skyhawk, W około Big Hill zebrano 4 współczesne lotniskowce, olbrzymie desantowce zbudowane na wzór USS Kandahar i spora ilość jednostek osłony, w tym zupełnie nowe niszczyciele rakietowe. Do floty dołączyć ma jeszcze podwodniak HMAS Havoc, który prowadzi rozpoznanie w pobliżu japońskich wysp macierzystych. Kiedy wszystko wygląda, że już nic nie może zagrozić Alianckim operacjom, do wojny powraca Rosja rzucając na fronty niewyobrażalne ilości sprzętu i ludzi. Nie tylko rozpoczyna gwałtowny przemarsz głąb Rzeszy, ale również przeprowadza inwazję na Japonię, której flota wypłynęła na południowy Pacyfik, by powstrzymać zespół admirała Spruance. Ale niespodziewany powrót do gry, to nie jedyna niespodzianka jaką Stalin zaplanował dla świata. Po otoczeniu wojsk Rzeszy w okolicach Łodzi, na miasto zostaje zrzucony pierwszy ładunek atomowy. Świat zamiera w przerażeniu, gry realna staje się możliwość podbicia całej Europy i Azji przez komunistów.

Przy poprzednich tomach zwracałem szczególną uwagę, że ważnym tematem serii są problemy społeczne i przyśpieszenie zmian przez przybyszy, podobnie jest i w tym tomie, choć temat ten zostaje przesunięty na dalszy plan. Akceptacja kapitan Halabi, ciemnoskórej, muzułmańskiej kobiet, nadal jest sporym problemem na Wyspach, mimo gorącego poparcia udzielanego jej przez Churchilla. Podobne problemy dotykają generała Jonesa, który mimo wielu zasług dla ludzi współczesnych, dla wielu ciągle jest tylko niggrem. Trzeba jednaj przyznać, że poprawa jest widoczna, szczególnie w Australii. Innym powiązanym problem była nieczułość przyszłościowców na zadawane cierpienie. Jak się okazało, dwa lata wojny i pokaz bezwzględności w wykonaniu Japończyków na ludności tak cywilnej jak i wojskowej Australii i Hawajów, pozbawił emocji również współczesnych. Szczególnie znaczący okazał się tu pokaz brutalności na Hawajach, gdzie po odbiciu wysp stwierdzono iż siły okupacyjne zabiły dziewięćdziesiąt procent ludności cywilnej i wszystkich żołnierzy. Przez takie wydarzenia, współcześni nie mają żadnych oporów przed stosowaniem taktyki spalonej ziemie, dosłownie spalonej. Przed uderzeniami piechoty i pancerniaków, tereny bombardowane są z pomocą napalmu i innych bomb zapalających. W znieczulicy przerośli nawet ludzi z przyszłości, którzy wojnę z globalnym terroryzmem prowadzili blisko dwadzieścia lat.

Yokosuka MXY7 OhkaO rozwoju uzbrojenia za wiele z tego tomu dodać się nie da. Wszystkie strony wprowadziły na szeroką skalę odrzutowce, broń pancerna uległa poprawie, pociski rakietowe są w użyciu, zwłaszcza u Aliantów, którzy mieli olbrzymie fory w tej sprawie. W sprawie technologii warta uwagi jest Japonia, która po cichutku produkowała sterowane bomby Ohka, dla swoich Kamikaze, przepraszam dla Tokkotai, gdyż samo określenie kamikaze było dla Japończyków obrażające. Ale dlaczego warte jest to uwagi? Ponieważ nikt nie wiedział jak olbrzymią ilość tych jednostek posiada Japonia, ani że pominięto (dzięki wiedzy o przyszłości) wiele mniej udanych projektów, które miano wdrażyć przed pojawieniem się ostatnim typów 42,43 i 44. Obecnie Japonia dysponowała olbrzymią ilością niemal naddźwiękowych (Ohka rozwijała prędkość około tysiąca kilometrów na godzinę) pocisków sterowanych o zasięgu około 250 km. O więc pocisków zdolnych zaatakować przeciwnika z odległości większej niż cokolwiek innego do tej pory, również na tyle szybko, że cele dla bomb właściwie nie miały czasu na obronę, o czym przekonała się bardzo dotkliwie rosyjska flota. Dzięki zaskoczeniu jakie przewidywał plan pierwszego użycia tej broni, flota admirała Spruance, nawet przy wsparciu jednostek admirała Kolhammera, miała nikłe szanse na przetrwanie tego spotkania. Na szczęście dla pozytywnej strony konfliktu, sytuację zmienił powrót ZSRR do wojny.

Znacznie bardziej interesującą sprawą tego tomu jest taktyka jaką zastosowały wszystkie cztery strony w tej końcówce wojny, oraz polityka jaką chciały tą taktyką wprowadzić. O Japonii i ich cichym (w przygotowaniu, głośnym w użyciu) planie już pisałem. Jeśli chodzi o Aliantów, to ich plan na Europę był konwencjonalny, wykorzystać Anglię jako przyczółek i z niego atakować kontynent i Rzeszę. Dzięki olbrzymiej przewadze jaką dawał Trident, bardzo szybko uzyskaną całkowitą przewagę w powietrzu, również dzięki wykorzystaniu na szeroką skalę helikopterów, bardzo szybko przerzucano wojska tam, gdzie są potrzebne, znacznie ułatwiło to też ewakuację rannych. Patton ze swoimi pancerniakami pchał front co raz bardziej w głąb Rzeczy. Na Zachodzie w kilka dni po D-Day, Niemcom zostały tylko lokalne punkty oporu, co prawda bardziej niebezpieczne dla Aliantów niż wyraźnie wytyczony front, jednak osamotnione i otoczone przez siły wroga. Gdy front zachodni właściwie nie istnieje, do wojny powracają Sowieci, rzucając na front wschodni milionowe siły, rozbijać w pył niemieckie dywizje strzegące bezpiecznej granicy, w tym samym czasie Sowieci wykonują powietrzne desanty na południową Francję, Włochy, Bałkany oraz rozpoczynają desant morski na japońskie wyspy macierzyste. Niemcy szykują się do odparcia Rosjan, zbierając siły pod Łodzią i w tym momencie świat przeżywa pierwszy szok. Rosjanie jako pierwsi zrzucają Bombę A, właśnie na Łódź. Podczas gdy świat zwalcza pierwszy szok faktu, że to Stalin wygrał wyścig, a jego wojska kontynuują natarcie, Niemcy serwują światu drugi szok, na linii Odry tworzą front z broni chemicznej o długim czasie działania. Tworzą nad Odrą prawdziwą Ziemię Niczyją, żadna strona nie jest wstanie jej przejść. A gdzie Alianci i ich projekt Manhattan? Mieli przecież znacznie większą przewagę nad resztą, zarówno w ludziach jak i technologii, tymczasem o ich bombie nic nie słychać.

B-52 StratofortressJak się okazuje, projekt Manhattan ma się lepiej niż dobrze. Przy użyciu B-52 Stratofortress zrzucają nie jedną, nie dwie, ale trzy bomby na… Berlin domagając się bezwarunkowej kapitulacji państw Osi. Robiąc przy okazji wszystko co się da, by nie rozdrażnić Stalina, który prawie opanował już dwa kontynenty i jest blisko skierowania luf przeciw swoim „sojusznikom”. Przy okazji całkowicie ignorując rady Kolhammmera w sprawie wroga, z którym już raz przyszło mierzyć się w lodowatym uścisku przez blisko pół wieku. Ale do polityki jeszcze wrócę, na razie powrócę do teatru wojny na Pacyfiku w pobliżu Japonii. Po zniszczeniu Rosjan i utracie elementu zaskoczenia nad Amerykanami, Yamamoto i jego flota szykuje się do obrony wysp, jednak w pobliże jego pancernika Yamato podpływa HMAS Havoc i dostaje rozkaz zatopienia floty przeciwnika, podczas gdy jest to jedyna siła zdolna w obecnym momencie ograniczyć zapędy Stalina z jego programem atomowym i tylko podstęp admirała Kolhammera oraz trzeźwość umysłu admirała Yamamoto ratuje świat przed „Ostatnim brzegiem” (On the Beach – książka Nevila Shute z 57′, oraz dwie ekranizacje), choć Tokio nie znajduje się na liście uratowanych.

Polityka, właściwie najważniejszy temat trzeciej książki serii. Niestety mam negatywne odczucia do linii polityki jaką prowadzi główny gracz, czyli Stany Zjednoczone Ameryki. O ile trzymanie w sekrecie osiągnięć projektu Manhattan jak najbardziej popieram, zwłaszcza gdy w szachu chciano trzymać Stalina i jego bandę, to już jego użycie jest w moim odczuciu zupełnie negatywne. Zrzucenie bomb na właściwie już rozgniecioną Rzeszę, nijak nie wpłynęło na wynik tej potyczki. Sam Himmler, gotów był do bezwarunkowej kapitulacji siłom Aliantów, tylko by ratować to co zostało z jego narodu. W naszej rzeczywistości bomby zrzucono na przegrywającą Japonię, ale nie pokonaną Japonię. Pokaz siły miał uchronić Aliantów przed wykrwawieniem się przy zdobywaniu wysp. Tu pokaz siły nijak nie osiągnął tego celu. Również ignorowanie ostrzeżeń o możliwościach ZSRR i kierownictwa tego kraju, negatywnie pływa na ocenę polityki Roosevelta. Gdyby nie „bunt” Kolhammera, kolejne atomówki niemal na pewno spadły by na Londyn i Canberrę. Ale pomijając kwestie gry na atomówki, bo tu stawki są inne i mogę nie rozumieć do końca tych posunięć, to pozostaje fakt likwidacji Yamamoto, w sytuacji gdy jest (biorąc pod uwagę posiadaną przeze mnie wiedzę i treść książki) najlepszy sojusznik jakiego Alianci mogliby pozyskać, również czasowo zagrana w momencie, gdy Japonia nie miała już wyjścia wzięta między młot i kowadło. A przecież Roosevelt i admirał King znali historię, a mimo to pozwoli by górę wzięły emocje za Hawaje. Zachowanie tych ludzi, siedzących tysiące kilometrów od miejsc walk wzbudza we mnie negatywne uczucia, a przecież to oni powinni na zimno kalkulować sytuację. Jestem co prawda świadom, że gdyby Rosjanie nie przystąpili ponownie do walk, to Yamamoto prawdopodobnie rozniósłby w pył flotę inwazyjną Aliantów, jednak nie mogę go winić za bycie dobrym w swoim fachu, w końcu jest Wielkim Admirałem i jego zadaniem jest pokonanie wrogów, nie ich wybór.

Rozpisałem się, a przecież opisuję najsłabszy tom trylogii. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć, najsłabszy nie znaczy zły, jest tylko słabszy od dwóch poprzednich. Samo zakończenie wojny i wątki z tym związane, jak widać powyżej, prezentują bardzo przyzwoity poziom, nawet jeśli wzbudzają negatywne uczucia. O gorszym odbiorze książki decydują głównie kwestie, których nie ma w książce. Po pierwsze ponad rok przerwy w wydarzeniach. Ja rozumiem, że na frontach powstała stagnacja, gdy każda ze stron próbowała zyskać przewagę na przeciwnikiem, jednak sprawa Hawajów powinna zostać dokładniej opisana, a nie (jak ma to miejsce w trylogii) przeskoczona. Okupacja i odbicie powinno się znaleźć w tym lub poprzednim tomie. I to raczej w tym, bo Wybór celów zakończył się doskonałym cliffhangerem. Nie wiem czy autor nie mam ochoty czy pomysłu na ten porządne rozwinięcie tego wątku, może bał się bardzo trudnego tematu ludobójstwa. Nie wiem jaki był powód, w każdym razie, mocno się zawiodłem brakiem rozwinięcia tego motywu.

Podobny zawód, choć na szczęście znacznie mniejszy, poczułem w sprawie komandora Daniela Black, współczesnego męża reporterki z XXI wieku, Julii Duffy. I nawet nie chodzi o ich problemy małżeńskie, ale o fakt iż zginął między tomami i to jeszcze jakąś bezsensowną śmiercią w wypadku. Cóż mam wrażenie, że to wręcz kpina z czytelnika, zrobić wpierw bohatera, którego czytelnik polubi a potem cichcem go zlikwidować w sposób nic nie wnoszący do fabuły.

Jak pisałem jest to znacznie mniejszy zawód niż te nieszczęsne Hawaje, ale jest to też wina Birminghama, który zrobił wszystko by w Osi czasu nie pojawił się bohater, lub grupa bohaterów z którą czytelnik mógłby i chciałby się utożsamiać. Ten fakt równoważy wszystkie swoje pozytywy i negatywy. Brak takiego przodującego bohatera stał się odczuwalny właśnie w Ostatecznym celu, gdzie momentami, aż się prosiło by stał się nim np. książę Harry, kapitan Halabi z HMS Trident, czy kapitan Willet z HMAS Havoc. Błędne wrażenie, iż taki bohater się pojawi sprawiła pani Duffy, z którą na samym początku obserwujemy desant kawalerii powietrznej. Jednak piszę, że brak takich postaci równoważy swoje negatywy. Właśnie ich brak pozwala spojrzeć na inne problemy opisywane przez autora: rasizm, tłamszenie kobiet, nawet tak unikany przez autora problem jak ludobójstwa, to wszystko staje się ważniejsze, gdy czytelnik nie kibicuje konkretnym postaciom i ich losom w tym całym wojennym zamęcie.

Nim jednak przejdę do podsumowania, pozostanie ostatnia kwestia, którą poruszę ze względu na swój patriotyzm. Polska i jej udział w wojnie. Przy okazji poprzedniego tomu, miałem przyjemność wspomnieć o Dywizjonie 303, który zasłynął się w obronie Wielkiej Brytanii podczas Bitwy o Anglię. Tym razem mam znacznie smutniejsze wieści. Można powiedzieć, że autor wręcz znęcał się na Polską. Myślę, że wpływ na to miały materiały, jakie stały się jawne po upadku Żelaznej Kurtyny, gdzie tereny polski miały się stać atomowym frontem ewentualnej wojny między NATO a państwami Układu Warszawskiego. Zniszczenie Łodzi było pierwszym ciosem zadanym przez Birminghama, kolejnym było skażenie zachodnich terenów, na linii Odry, a później jeszcze na doprawkę zniszczenie Berlina, które choć nie dotyka Polski bezpośrednio, to w połączeniu z Łodzią i chemią uczyniło pewno większą część terenów Polski niezdatnymi do życia. Jednym zdaniem, wyszliśmy na tym gorzej niż w Jałcie. Jednak sam fakt takiego potraktowania tych terenów nie wpływa źle na ocenę całości, ponieważ nie bardzo widzę możliwość innego rozwiązania tych kwestii (może z wyjątkiem Berlina).

Kończąc Trylogię Oś czasu, Ostateczny cel dostaje tylko 4/6, głównie za Hawaje, choć polityka Roosevelta też ma wpływ na obniżenie oceny tomu.

2 myśli nt. „Oś czasu – Ostateczny cel”

  1. Mały błąd USA to Stany Zjednoczone Ameryki bez Północnej. Widzę, że tez tom 3 srednio Ci podszedł. Niestety Polska oberwała i to porządnie w tej wersji historii. Moim zdaniem autor trochę zaszalał z zrzucaniem atomic. Trochę jak w RTS-ach. I tak wspominając jeszcze cała serię zastanawiam się na ile przeniesienie się w przeszłość statku miałoby wpływ na historię. Przecież nawet jeśli ma on baze danych o bombie A, to nie znaczy, że ludzie to zbudują.

    1. Dzięki, poprawione.

      A co do podróży w czasie, gdyby taką podróż odbyły konwencjonalne okręty z bibliotekami, to wiele by to nie dało, jedynie niewielką pomoc, co do ilość ładunku głównego i ilości ładunku konwencjonalnego, potrzebnego do zainicjowania reakcji. Byłaby to wiedza oczywiście przydatna, ale wiele nie zmieniająca. Natomiast na okrętach atomowych są technicy zajmujący się reaktorem, z wiedzą co zrobić, by nie zmienić ich w bomby, a więc równocześnie z wiedza, jak zrobić z nich bomby (może to nie do końca trafne porównanie, bo reaktory projektuje się by nie wybuchały, ale mam nadzieję, że widać o co mi chodzi). Więc są to ludzi z wiedzą wręcz idealną dla pierwszych twórców bomb.

      A co do atomówek w książce, jestem całkowicie przekonany, że Berlin był błędem, niedźwiedź już nie spał, należało mu zadać cios, a nie bać sie, że się obudzi. Moskwa, albo ośrodki oznaczone przez tego ze specnazu powinny być celami tych bomb.

Dodaj komentarz