Trylogia Wojna Starka

Stark's WarTym razem miałem przyjemność przeczytać trylogię autorstwa Johna G. Hemry, bardziej znany polskim czytelnikom jako autor Zaginionej Floty (która ciągle czeka w kolejce by zagościć na tym blogu) pod pseudonimem Jack Campbell. Tym razem fabuła przenosi nas niedaleko zarówno w czasie – gdzieś pod koniec XXI wieku, może początek XXII, jak i w przestrzeni – miejscem akcji jest kolonizowany księżyc.

Stark’s War (Wojna Starka)

Kryzys powstały pod koniec wieku dwudziestego doprowadził do upadku niemal wszystkich mocarstw ekonomicznych/politycznych/militarnych. Jedynie Ameryka wyszła z tego obronną ręką, nie tylko zachowując swoje dotychczasowe posiadanie, ale stając się jedyną siłą zdolną decydować o losie planety. Pozostałe państwa nie będąc wstanie przeciwstawić się Amerykanom, a raczej ich amerykańskim korporacjom, postanawiają szukać szansy poza planetą, kolonizując Księżyc. Oczywiście działanie to nie jest akceptowane przez Amerykę, która wysyła na Księżyc wojsko, które ma odbić amerykańską ziemię z rąk najeźdźców. Wśród żołnierzy znajduje się sierżant Stark. Atak przez zaskoczenie początkowo przynosi pozytywne rezultaty i Księżyc szybko przechodzi pod Amerykańskie panowanie. Jednak po kilku miesiącach kontratak pozostałych sił zmuszą siły amerykańskie do wycofania się w obręb własnej, niewielkiej koloni. Ambicja i idąca w parze z nią niekompetencja oficerów amerykańskich bardzo szybko przeobraża sytuację na Księżycu w wojnę pozycyjną, gdzie żadne ze stron nie jest wstanie przebić się przez obronę drugiej…

Stark’s Command (Dowództwo Starka)

Stark's CommandPo nieudanym planie generała Meechama śmiałego ataku na wrogie linie, który miał doprowadzić do przełamania impasu, a zakończył się masakrą jednej trzeciej amerykańskich sił i zmusił sierżantów pod przywództwem Starka do ratowania resztek sił ofensywnych, Stark obejmuje dowództwo nad całością amerykańskich sił na Księżycu, a z zawodowej kadry podoficerskiej tworzy zalążek nowego korpusu oficerskiego. Ale zlikwidowanie problemu niekompetentnych oficerów to nie jedyne wyzwanie z którym musi zmierzyć świeżo wybrany głównodowodzący bazą księżycową, koalicja pozostałych państw nadal próbuje odzyskać księżyc tylko dla siebie, a zwierzchnicy Starka na Ziemi zrobią wszystko by odzyskać kontrolę i to w taki sposób, by reszta świata nie dowiedziała się dlaczego tę kontrolę utracili. No i są jeszcze cywilni koloniści, a do tej pory wojskowi i cywile nie dogadywali się zbyt dobrze. Czy Stark i przyjaciele poradzą sobie z nowymi wyzwaniami?

Stark’s Crusade (Krucjata Starka)

Stark's CrusadePo uporaniu się podstawowymi zagrożeniami dla kolonii, Stark dowiaduje się, że nie tylko system zarządzania wojskiem jest wypaczony, ale również skorumpowani politycy grają tak jak im zagrają korporacje i nie cofną się przed niczym, byle tylko nie musieć odpowiadać za swoje czyny. Początkowy mały bunt wysuniętej placówki wojskowej zamienia się stopniowo w duży ruch chcący zmienić ład panujący w kraju. W międzyczasie dowództwo i politycy planują stłumić rodzący się ruch oraz odbić księżyc z rąk buntowników, tym razem korzystając nawet z pomocy wcześniejszych wrogów. Jednak po raz kolejny daje o sobie znać niekompetencja klasy oficerskiej i to buntownicy, których próbowano zniszczyć stają się ostatnią szansą na przetrwanie dla potężnej Ameryki.

Tak pokrótce prezentuje się fabuła trylogii. Sporym pozytywem książki jest pokazanie możliwej drogi rozwoju taktyki na polu bitwy i to nie tylko w oczach futurysty ale oficera, który część nadchodzących zmian pewno mógł zaobserwować osobiście i zorientować się w jakim kierunku owe zmiany podążą. Rozwój taktycznej kontroli nad jednostkami pozwolił nie tylko na orientację gdzie znajduje się każdy indywidualny żołnierz, ale także wręcz na kierowanie każdym z osobna. Co prawda mamy tu opis sytuacji przegięcia w drugą stronę, gdzie próbuje się wręcz stłamsić indywidualizm i samodzielność jednostek na rzecz centralnie sterowanych działań. Co jak wiemy z historii nie ma prawa funkcjonować na szerszą skalę. Historia i jedno z praw Murphy’ego, iż nie ważny jak dobry plan został stworzony, nie przetrwa on kontaktu z wrogiem, prowadzi nieubłaganie do spektakularnej klęski, której ani propaganda, ani doświadczeni ludzie na końcu łańcucha rozkazów nie będą wstanie naprawić. Poza kiepskim wykorzystaniem centralnie sterowanych posunięć taktycznych, system ten daje też inne, ciekawsze możliwości. Każdy żołnierz może zapoznać się z sytuacją na polu bitwy i odpowiednio zareagować, można lepiej skoordynować posunięcia całych grup. Jednak taka możliwość jest dziwnie słabo wykorzystywana, aż do zmiany dowództwa.

Ale rozwój taktyki ma też negatywne skutki dla bohaterów. „Starzy” oficerowie bardzo często fałszowali obraz w podglądzie taktycznym, szczególnie gdy ten szedł nie ich myśli, co wywoływało tylko większy chaos na polu bitwy. Z kolei bardzo dobre i długie wyszkolenie kadry podoficerskiej, oraz nowoczesne wyposażenie tejże grupy ograniczyło znacząco ich liczebność. Piechota USA została ograniczona do trzech (sic!) dywizji w łącznej sile kilkunastu tysięcy ludzi. I siła tych trzech dywizji wystarcza by USA mogła dyktować warunku reszcie świata. Oczywiście piechota posiada wsparcie cięższego sprzętu, który jednak nie jest specjalnie ochoczo wykorzystywany w bezpośredniej walce, gdyż straty w drogich jednostkach negatywnie odbijają się na karierach oficerów (ale o tym nieco później). Wszystkie te czynniki prowadzą do sytuacji, gdzie szeregowy żołnierz się liczy, jego życie jest nic nie znaczące dla wyniku kampanii mimo iż bez niego całą kampania obyć się nie może.

Jak wspominam wyżej taktyka prowadzenia walk jest interesującą wizją wizją przyszłości, ale przecież nikt nie będzie czytał militarnej SF tylko dla przewidywań jak będzie wyglądać pole bitwy za sto lat, ważni są też na nich gracze, znaczy się bohaterowie. A ci prezentują się dosyć standardowo. Grupa sierżantów, która zna się na swojej robocie jak należy, czyli wręcz stereotypowa grupa. Jest to częściowo wyniki systemu awansów w wojsku, gdzie ograniczona ilość podoficerów i uproszczenie systemu rang, wymusza bardzo wolne przesuwanie się po szczeblach kariery. Przykładowo awans z szeregowego na kaprala w czasie krótszym niż 5 lat uważany jest za duży sukces żołnierza. Cóż, pewno gdyby do końca trylogii zostali w swoich rolach, nic by ciekawego nie zrobili, a czytelnik nie mógłby czuć do nic innego niż typowa sympatia z góry przypisana do funkcji. Jednak autor stawia bohaterów przed wyzwaniami znacznie przewyższającymi ich dotychczasowe wymagania. Sierżanci muszą wypełnić pełny łańcuch dowodzenia odizolowanej placówki. Ludzie którzy dowodzili dotąd drużyną muszą dowodzić plutonem, brygadą, czy wreszcie całą placówką. Wyzwań jest sporo, szczególnie iż poprzedni zarządcy stworzyli olbrzymią ilość luk, których nie widać póki nie wystąpią problemy (jak praktycznie niechroniona elektrownia, niezbędna do funkcjonowania kolonii). Bohaterowie radzą sobie różnie. Nie wychodzą jednak poza ramki przewidywalności, nie wystawiają na próbę zaufania pokładanego w nich przez czytelnika. Głównemu bohaterowi też nie da się nic zarzucić, jakąś historię posiada i to taką, która jakoś tam wpływa na jego losy, jednak brakuje nieco głębi w pozostałych postaciach. W większości przypadków nie wiemy nic o ich przeszłości, ani motywacji. Choć częściowo można to tłumaczyć pewną formą społeczeństwa kastowego, to jednak wciąż to są ludzie, którzy mają kilkanaście lat służby i szereg kampanii za sobą.

Gdy już wspominam o bohaterach, którzy muszą się sprawdzić w nowych rolach, to choć przez całą trylogię dopisuje im spore szczęście (może z wyjątkiem jednego szeregowego Murphy, który jak tylko został przez lekarzy poskładany do kupy, to po najbliższej akcji ponownie wymagał interwencji chirurgów), to jednak nie są to postacie wszechwiedzące. Gdy pierwszoliniowy piechociarz Stark zostaje dowódcą, to nie przyswaja z miejsca wiedzy o tym jak kierować flotą, artylerią czy pancerniakami, tylko pozostawia kierowanie tymi grupami ludziom, którzy w danej dziedzinie siedzą lata. Tyle, że teraz oni muszą nie tylko stwierdzić czy dany rozkaz jest sensowny, ale też go wydać.

Czy są jakieś ujemne strony trylogii? No tak, główne założenie o konkursowej niekompetencji oficerów jest zdecydowanie przesadzone, ale z drugiej strony autor jest tego świadom. Na ową skazę charakteru bohaterów miały wpływ losy samego autora, który zaczął pisać Wojnę gdy kończył służbę w marynarce i przeniósł na papier częściowo własne odczucia z wojska. Zapewne ma w tym coś racji, bo w 2000 roku US Navy nie miał się kto przeciwstawić, a przewaga technologiczna na pewno wpływa na rozluźnienie dyscypliny i umieszczanie na odpowiedzialnych stanowiskach ludzi, którzy w czasie wojny nigdy nie dostali by takich funkcji. Brak wyzwań, duża rotacja i przekonanie o posiadaniu znaczącej przewagi może doprowadzić do obniżenia umiejętności części kadry oficerskiej, ale nie całej, nie od szeregowego porucznika po każdego admirała. I jak pisałem autor jest świadom swojego przegięcia i gdyby przyszło mu dziś pisać trylogię to znalazło by się w niej paru kompetentnych jednostek (co można zaobserwować we wspomnianej na początku Zaginionej Flocie).

Niestety w całej trylogii widzę też jeszcze jeden problem, problem stosunków sił i kryzysu. Z dzisiejszego punktu widzenia (przecież wcale nie tak odległego od czasu pisania książki, bo ledwo 10 lat), nie umiem sobie wyobrazić by mała armia w sile kilkunastu tysięcy ludzi, choćby nie wiem jak dobrze uzbrojona i wyszkolona, zdołała stłamsić siły np. Chin czy Indii. Nawet gdyby uznać, że starzy sojusznicy USA (Europa, Australia) nie przeszkadzaliby w tej dominacji to i tak jest to dosyć nieprawdopodobne. Jednak gdyby nawet założyć, że USA uzyskała miażdżącą przewagę w powietrzu i na wodzie nad resztą świata, to jak wytłumaczyć podbój kosmosu przez pozostałe kraje? Co prawda autor za bardzo nie rozwija tematu, ale można wyciągnąć wnioski iż na orbicie Ziemi znajduje się kilka stacji kosmicznych i to całkiem sporych. Do tego albo należących do wielu krajów, albo będących względnie niezależnych jak ongiś Szwajcaria, bo w treści pojawiają się niezależni piloci, promy przemytnicze itp. motywy. Co sugeruje iż Stany nie panują jednak tak bardzo nad światem jakby ich propaganda twierdziła… Ponieważ jednak, jak już wspomniałem, autor milczy na ten temat, nic poza własnymi domysłami o słabości USA mi nie pozostaje.

Poza problemem oficerów i trochę zbyt płytkimi postaciami drugoplanowymi, książki nie posiadają większych problemów. Jest to krótka trylogia, którą czyta się bardzo dobrze. No i co ważniejsze prezentują ciekawe podejście do problemu prowadzenia walki przy użyciu nowoczesnych technik.
Stark’s War
4/6
Stark’s Command
4/6
Stark’s Crusade
4/6

Ps. Z informacji, które można znaleźć w internecie wynika iż Fabryka Słów na przyszły rok planuje wydać w Polsce pierwszy tom Trylogii.

Aktualizacja 26.12.2012: Ponieważ dużo osób trafia do mnie szukając informacji o drugim tomie mającym zostać wydanym w Polsce przez Fabrykę Słów. Dowództwo Starka ma trafić do księgarń 22 lutego 2013 roku. Na razie brak informacji o trzecim tomie.

Aktualizacja 17.12.2014: Od pewnego czasu, cała trylogia jest dostępna w naszym kraju.

7 myśli nt. „Trylogia Wojna Starka”

  1. Kolejna pozycja polecona prze Toudiego trafia na moją listę. Patrzac jednak na opis fabuły i Twoją recenzje zanosi się jednak na klasyczna pozycję środka. Nie najgorszą i nie najlepszą. Żli są żli dobrzy dobrzy Ci co mają byc głupi tacy się okazuje, a nasz główny bohater ratuje sytuację. W sumie to Campbell, więc też nie oczekuje czegoś pokroju Diuny. Pozdrawiam

    1. Wojna Starka jest pierwszą próba pisarska autora, więc wiele trzeba mu wybaczyć. A pozycja jest lekka (krótka) i przyjemna, w sam raz by chwilę odpocząć od ciężysz pozycji jak np Diuna. ;)

      Również pozdrawiam i częściej zapraszam.

  2. Dlatego mówie, a raczej piszę, że jest to książka „środka”. Ani super rewelacyjna ani bardzo zła. Dziękuje za zaproszenie, i zapewniam, ze wizytuje często, nie zawsze zostawiam ślad. Teraz przebywam na wygnaniu z Phoenixa, wiec może częściej.

  3. Wiem. Widziałem. Po masie gówna jakim mnie obrzucono i to nie słusznie, jednocześnie nie dając prawa do obrony jakoś speclanie nie chce mi się tam wracać jak narazie. Może kiedyś.

  4. Witam :>
    Po pierwsze informacja o wydaniu książki przez Fabrykę Słów okazała się dobra. Książeczka wygląda fantastycznie, jak z resztą wszystkie ich publikacje.
    Ale do rzeczy: książka składa się z prologu i trzech części. Całość ma 341 stron. Większość akcji dzieje się na Księżycu, z małymi wyjątkami gdy główny bohater ma retrospekcje i wraca na Ziemię, aby unaocznić czytelnikowi jak to się stało, że został wojskowym. Bohater jest całkiem dobrze napisany, ale jest niestety jedyną ciekawą postacią. Inne pojawiają się jak z kija i zwykle są mało wyraźne. Nie mówiąc już o oficerach, którzy od początku przedstawiani są jako tępaki i idioci. Łatwo się domyślić o czym tytułowa wojna będzie… Bo przecież bezimienni „obcokrajowcy” są na Księżycu jakby z… chciałoby się powiedzieć z kosmosu wzięci. A ich rola głównie ogranicza się klepania Amerykanów po tyłkach.
    Książkę czyta się bardzo nierówno. Na początku jest w miarę ok, potem jakaś bitwa na Księżycu, a po niej setki kartek, których mogłoby nie być. Przeleciałem tak bez namiętności 300 stron i dopiero zaczął się najciekawszy moment. Ale trwał chyba tylko kolejnych 20 stron i na koniec uraczono mnie krótkim zakończeniem, w wyniku którego Stark otrzyma dowództwo (jak mówi tytuł drugiej książki). Proste do przewidzenia.
    Dało się odczuć, wręcz wyczytać z kartek, że to pierwsza książka autora. Łatwo wyczytać pomiędzy wierszami co się stanie później. Mimo wszystko będę czekać na kolejne dwa tomy, bo nie lubię zostawiać niedokończonych serii. Tym bardziej, że to tylko trylogia. Ale czy sięgnę po cykl Zaginiona Flota… Tego jeszcze nie wiem.

Dodaj komentarz