Star Carrier – Ciemna materia

Star Carrier - Ciemna materiaToudi: Nie tak dawno premierę miał piąty tom cyklu o Ziemskim lotniskowcu America. Dzięki uprzejmości Sebastiana, czytelnicy forum mają okazję zapoznać się z recenzją tego najnowszego tomu. Dwa pierwsze również dostępne są w zasobach poletka, po kolejne zapraszam na stronę autora. Sam cykl ma swoje wzloty i upadki, pozostaje mi wkrótce zaprosić czytelników do własnego tekstu o cyklu. A teraz oddaję głos koledze.

Sporo się działo w poprzednim tomie, jednak przez cztery miesiące zapomniałem równie dużo. Na szczęście dzięki specyficznemu pisaniu powieści dało się szybko odrobić straty. Autor wtrąca często drobne streszczenia fabuły, aby uzasadnić takie a nie inne działanie bohaterów lub wytłumaczyć skomplikowaną sytuację polityczną czy też na froncie. Taktyka taka często powtarza się w przypadku opisów sprzętu, statków i konkretnych sytuacji. Nie powiem, aby to była zła rzecz, ale gdyby czytać powieści jedną po drugiej można doświadczyć Déjà vu. Podczas czytania tomu V w kilku miejscach miałem ochotę przekartkować kilka stron, nie dlatego, że akcja akurat zwolniła, ale właśnie dlatego, że dany temat autor już przerabiał – na dodatek na początku tej książki. Gdyby skrócić powieść o streszczenia, mogłaby ona mieć o 100 stron mniej.

W poprzednim tomie „Otchłań” autor przeskoczył z akcją do przodu o dwadzieścia lat. Dowiedzieliśmy się, że Imperium Sh’daar nie zrezygnowało z poskromienia rasy ludzkiej i przygotowało mały rewanż. Tymczasem niedaleko Ziemi pojawiła się nowa osobliwość, która świadczy o udziale zupełnie innej obcej i bardzo potężnej rasy.

Piąty tom cyklu „Star Carrier” rozpoczyna się od badania tajemniczej otchłani, którą autor przedstawił w poprzednim tomie. Ale to wcale nie tajemniczy obcy stojący za anomalią są głównymi aktorami tej powieści. Ian Douglas wprowadza do cyklu nową rasę, niebędącą dotychczas stroną w konflikcie, za to okazują się niezwykle groźną dla Ziemian. Problem stanowi nie tylko odmienna fizjonomia obcych, brak możliwości porozumienia się z nowym gatunkiem, ale również zrozumienie inteligentnego gatunku o naturze czysto drapieżnej. Grdoch wcale nie zamierzają kontaktować się z ludźmi, a tym bardziej nie chcą porzucać terenów łownych.

Piąta część cyklu zalicza lekki spadek. Po pierwsze nastawiłem się na kontynuację wątku z nową cywilizacją, która w niedalekiej okolicy Ziemi „buduje” swoją osobliwość – raczej nie jest to przypadek. Co prawda o tym wątku wiele się mówi w powieści, ale są to czyste rozważania natury teoretycznej. Zamiast tego flota Ziemi skupia się na wewnętrznej wojnie, a później na finałowej rozgrywce z nowo napotkaną rasą Grdoch. Być może taki krok został podyktowany chęcią odetchnięcia od ciągłych spięć z Imperium Sh’daar, ale osobiście nie uważam, aby został on już wypalony – w temacie Sh’daar oraz ur-Sh’daar zostało jeszcze wiele do powiedzenia, a zamknięcie tematu w kolejnej powieści nie wydaje się być prawdopodobne z powodu zbyt wielu otwartych wątków.

Niemniej wydaje się, że wprowadzenie Grdoch, którzy niemal zdominowali cały tom, miało być otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju. Nowa obca rasa stanowi wielkie wyzwanie dla ludzi, nie tylko dlatego, że wydaje się być bardziej zaawansowana, ale także ze względu na kompatybilność genetyczną, pozwalającą Grdoch korzystać ze światów podobnych Ziemi, a także konsumować jego zasoby. Są zatem naturalnym zagrożeniem dla rodzinnego świata ludzi i bliźniaczo podobnej planety Vulcan (tu całkiem zabawne nawiązanie do Star Treka).

Dużą zaletą tego tomu jest ukazanie wewnętrznych problemów Ziemi. Wcześniej autor jedynie go zarysował opisując pobieżnie strukturę Konfederacji oraz sytuację pomniejszych państw. Skupił się oczywiście głównie na funkcjonowaniu poszerzonej wersji USA – czyli USNA. Tym razem Douglas pogłębia pęknięcia w ziemskim sojuszu i doprowadza do jego rozpadu na dwie konkurujące ze sobą frakcje. Historia tego krótkiego konfliktu przypomina nieco wszystkie filmy akcji ostatnich dekad – niestety prezentując taki sam poziom merytoryczny. Z tymże miejsce złych Rosjan lub Chińczyków zajmuje pazerna Genewa, chcąca przejąć kontrolę nad wszystkimi zasobami wojskowymi i potajemnie skapitulować przed potężnymi Sh’daar, co w rezultacie oznacza oddanie prawa do samostanowienia, zrezygnowania z kształtowania własnego losu, przekształcenia Ziemi w dominium zależne od obcych. Oczywiście USA nie mogą na to pozwolić z pobudek czysto patriotycznych. Wywiązuje się krótka wojenka, która przenosi się na orbitę Ziemi, a niedługo także w głąb systemu. Najbardziej bawią zmagania autora polegające na odwróceniu sojuszy – tym razem Stany zawierają abstrakcyjny sojusz z Rosją, Chinami i Teokracją Islamska przeciwko podłej Federacji Europejskiej. W tym miejscu poniosło autora i to nieźle, ale z drugiej strony trudno przewidzieć, co przyniesie tak odległa przyszłość. Rzecz jasna Amerykanie zawsze wygrywają – tym razem również za pomocą naiwnego fortelu (na Ziemi) i standardowo pokazowi zmasowanej siły (na orbicie Vulcana). Duch wolności zawsze przetrwa!

Wtłoczenie zbyt wielu wątków do tej książki i rozwiązanie ich w naiwny sposób to największa wada powieści. Gdy dorzucimy do tego nową, całkowicie obcą rasę Grdoch, stylizowaną na drapieżców z ich niesamowicie zbieżnym podobieństwem do ziemskiego ekosystemu wyjdzie komiczny epizod tego dobrego cyklu sf. Nie rażą już nawet płaskie wizerunki większości postaci bez konkretnego systemu wartości. Tym razem czar dobrego hard science fiction ustąpił ogromnemu zdumieniu, które pojawiło się u mnie już niemal na początku powieści, pomimo że duch cyklu ciągle był obecny to nie mogłem przestać się dziwić nowym rozwiązaniom autora.

Pomimo wielu rozczarowań „Ciemna materia” broni się aspektem naukowym i nawet (czego często nie przyznaję) teologicznym. Douglas rozwija różne teorie naukowe i prezentuje w dość uproszczonej wersji tak, aby każdy czytelnik mógł zrozumieć. Wielokrotnie nawiązuje do pracy Einsteina i Hawkinga, ukazując możliwe sposoby stosowania teorii do rozwoju technologii przyszłości. Z kolei w aspekcie teologicznych skupia się na teoriach rozwoju wierzeń w bóstwa, które mogły stworzyć wszechświat – zwanych tutaj Gwiezdnymi Bogami.

Mam nadzieję, że więcej na ten temat pojawi się w kolejnym tomie przy okazji poznawania Obcych z Rozety. Autor zostawił niezły smaczek na końcu książki w formie epilogu.

Jedna z grup głoszących silną zasadę antropiczną, to znaczy teorię, że wszechświat został zaprojektowany w taki sposób, sugerowała, że skrajnie zaawansowani technologicznie obcy mogli stworzyć ten wszechświat wraz z przyjaznymi życiu stałymi, prawdopodobnie w momencie, gdy ich wszechświat zaczynał umierać.
Jeśli Obcy z Rozety byli tak potężni…
Alexander Koenig, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, nagle poczuł się bardzo malutki.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Dodaj komentarz