Cykl Star Carrier

Star Carrier - Pierwsze uderzenieJakiś czas temu dzięki uprzejmości Sebastiana z popkulturka.eu miałem możliwość zapoznania się z najnowszą serią Iana Douglasa Star Carrier. Seria opowiada o losach marynarzy i pilotów myśliwców skupionych na lotniskowcu międzygwiezdnym USNA America, jak również towarzyszącym jej okrętom, w ich heroicznej walce o przetrwanie Ziemian.

Fabuła serii nie jest jakaś zaskakująca, jak to bywa w space operach. Ludzie rozpoczęli podbój kosmosu, w międzyczasie przeszli przez wyniszczającą wojnę – nazwijmy ją domową, bo brali w niej udział tylko ludzie, później trafili na obcych, potem kolejnych. I wreszcie stanęli przed ultimatum, albo przestaną się rozwijać i przyłączą się do Imperium, albo znikną z kart gwiezdnej historii. Ludzie z początku nie traktują jakoś poważnie ultimatum, między jego wystawieniem a jakąś formą jego realizacji mijają dekady. Ale z czasem zagrożenie staje się coraz bardziej realne i tu właśnie pojawia się lotniskowiec i Trevor „Piachu” Gray . No i w sumie to co najważniejsze, kosmiczne walki w tym również bratobójcze walki w wojnie domowej ludzkości.

Pozostawię w tyle fabułę i przejdę to tego co mi się w serii podoba i tego wręcz irytuje. A zacznę od tych gorszych spraw, by potem pokazując plusy pomóc o nich zapomnieć i jednak pozwolić ludziom sięgnąć po tę serię. ;)

Star Carrier - Środek ciężkościNajbardziej irytującym aspektem serii jest powtarzalność tekstów przez autora. Nie jest to jakiś wyjątek wśród autorów, ma to oczywiście za zadanie zwiększenie objętości tomu, ale dobre podejście do tego zagadnienia jest ważne. Weźmy takiego Webera, u którego często początek tomu to niemal kalka z poprzedniego, ale najczęściej z punktu widzenia innego bohatera. Natomiast Douglas ma tendencję powtarzać całe fragmenty, w sumie tylko po to by przypomnieć czytelnikowi podstawowe i niezbyt istotne tła bohaterów czy historii. Np. nie trzeba co tom przypominać, że główny bohater jest z ruin i że był „prymitywem” (czyli człowiek bez dostępu do nowoczesnej technologi), to jest wystarczy raz napisać i będzie się pamiętać. Tak samo jak nie ma sensu przypominać, że główny bohater zmienił doktrynę walki w kosmosie. Ok, w drugim tomie, gdzie zmiana doktryny zaszła wręcz trzeba, ale w trzecim, czwartym i piątym, gdzie stanowi już normę? Czytelnik nie mógł tego zapomnieć w kilka tomów, to nie 10 letni serial z 200 lub więcej odcinkami, gdzie widz może zapomnieć wydarzenia z jednego odcinka. Wyobrażacie sobie by twórcy SG-1 co odcinek przypominali jak Teal’c zdradził fałszywych bogów i przyłączył się do Ziemian? Albo by w Star Trek Voyager co odcinek przypominali jak Voyager dostał się na drugi koniec galaktyki? A tu jednak Douglas na to serwuje co tom. Przez co można często przeskakiwać całe akapity i zupełnie nic się traci z fabuły.

Innym problemem są obcy, z jednej strony duży plus za ich różnorodność, ich odmienność. Obcy którzy myślą inaczej, inaczej się komunikują, mają inne podejście do życia. Ale mimo to technologicznie nie ustępują ludziom, nie rozwijają się. Ich taktyka, niby inna, a jednak wszystko i tak sprowadza się do tego, kto silniej uderzy i szybciej. Autor niby ratuje się tu strachem przed rozwojem panów galaktyki, ale wydaje się to nie możliwe by wszystko stawało na etapie ledwo ponad zdobycie własnego układu gwiezdnego. W trakcie pokoju, nawet jeśli jest się ograniczonym powinno się jednak spodziewać większego rozwoju.
Niby mamy różne rasy, różne potrzeby, a jakoś nie potrafią koegzystować. Są do tego zmuszani przez właśnie panów imperium. Z jednej strony to minus, którego autor przez 5 tomów nawet nie zaczął tłumaczyć, ale pozostawiam mu tu cienką nic zaufania, że jednak postara się to odpowiednio poprowadzić.

Kolejnym minusem jest taktyka walki w kosmosie. Użycie myśliwców i prędkości pod świetlnych jest świetne, ale z drugiej unikają proste aspekty tych walki, choćby to wprowadzenie piasku, który blisko prędkości C jest tak niszczycielski, ze zadziwia tak rzadkie jego używanie oraz fakt, że druga strona nie ma odpowiednika w swoim arsenale. Do tego, ja osobiście przy wojnie na wyniszczenie, jaką toczą ludzie w tej serii, nie wahałbym się na używanie tej broni w każdym starciu. A tu autor unika walk z jego użyciem za wszelką cenę, wręcz szukając nawet argumentów przeciw jego stosowaniu.
Star Carrier OsobliwośćRazem z rozwojem broni, jest problem z rozwojem technologicznym Ziemian. Po 3 tomie mamy przerwę w wydarzeniach na naście lat. Z jednej strony mamy przeskok technologiczny, latamy szybciej, lepiej, lepiej walczymy, ale nie ma uzasadnienia to w wydarzeniach w książkach. Brakuje informacji dlaczego nastąpił postęp. Nie wiem przejęta technologia, przełom naukowy, cokolwiek. A tu nic nie ma, po prostu tysiące lat świetlnych zamiast rok lata się dni. Nie mówię nie takim zmianom, ale dajmy czytelnikowi powód dlaczego. Weber w swojej wojnie w Honorverse ma całą całe dywizje badaczy, ukryte kompleksy i przełomy wprowadza stopniowo. Co więcej stare często występuje równo z nowym i to nowe musi się dostosowywać. Tu tego brakło. I jest to duży minus, bo gdyby zamiast 1/3 nie ważnych powtórzeń autor dał przykład tego rozwoju, przebudowy statków to czwarty tom byłby dwukrotnie lepszy niż jest.

Przedostatnim minusem jest tunel czasoprzestrzenny przenoszący wydarzenia blisko miliard lat wstecz. Tunel – OK. Podróż w czasie – OK. Ale dlaczego jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Czemu zmiana wydarzeń w przeszłości w żaden sposób nie zmienia teraźniejszości? Dlaczego kosmici rządzą miliard lat temu, kierują wydarzeniami w teraźniejszości, a jednak w żaden sposób nie wykorzystują tę przewagi. Wydaje mi się, że ten pomysł genialne wyglądał na szkicu. Imperium galaktyczne, którego granice rozciągają się nie tylko w przestrzeni ale i w czasie. Ale próba rozbudowy tego na kartach powieści się nie powiodła. Pytanie czy autor będzie wstanie to pociągnąć czy też będzie próbował to zatuszować wprowadzając nowych obcych?

Ostatni aspekt, który mnie razi to sztuczna inteligencja. W pierwszych tomach pomysł autora o ich ograniczeniach, o pomocy ludziom tam gdzie już ludzki mózg nie daje rady odpowiednio szybko przetwarzać informacji (jak walki w kosmosie) czy wręcz ludzkie ciało nie wytrzymuje (sondy, czy autopilot). Naprawdę nie można złego słowa powiedzieć. Mamy sztuczną inteligencję, ale nie opuszcza ona sztywnych ram bycia maszyną. Pomaga ludziom robić wszystko szybciej, lepiej dokładniej, a jednocześnie nie ma ona znamion samostanowienia. I nagle na scenę wkracza Konstantin. Sztuczna inteligencja na księżycu, która nie tylko jest samoświadoma, to jeszcze zaczyna tworzyć plan rządzenia ludzkością. Wszystko co było było wcześniej mówione, niszczy taka jednak AI. Tworzy nową religię, a ludzie to kupują, tworzy plan walki, wirusy. Wszystko to czego ludzie się obawiali, wszystko przed czym autor przestrzegał w pierwszych tomach nagle zaczyna istnieć w tym świecie. I co więcej nikt nie widzi w tym żadnych problemów. Bardzo przepraszam, ale skąd ta zmiana? Co dalej Bolo czy inne automatyczne myśliwce? Ludzkość boi się mitycznego imperium, ale istnieje ryzyko że ich własna wersja SkyNetu ich wkrótce ograniczy.

Nie są to oczywiście wszystkie bolączki serii, ale te które jednak się pamięta po czytaniu. Przejdźmy teraz do aspektów, które plusują w serii, będzie co prawda krócej niż z minusami, acz plusy mocne.

Star Carrier OtchłańPo pierwsze walki kosmiczne. Przenoszenie myśliwców w przez lotniskowce, zrzucanie ich minuty świetlne od celu, rozpędzanie się do blisko C. A następnie lot w ciemno na przeciwnika, nim światło dotrze do niego i go ostrzeże o nadciągającym zagrożeniu. Świetny motyw, świetnie wykorzystany. Motyw totalnie nienadający się do filmów czy telewizji, więc właściwie nie znany. Ale naprawdę o takich walkach można czytać. Najpierw atak małych lekkich i szybkich myśliwców. Prosta broń, która dzięki prędkości osiąga zabójczą skuteczność. A potem ewentualnie klasyczne walki dużych okrętów, które docierają na pole walki z opóźnieniem związanym z wolniejszymi przyśpieszeniami. Motyw, który autor najlepiej wykorzystał w pierwszym i piątym tomie. W pierwszym bo nowość w podejściu do walki, w piątym, bo następuje tu bratobójcza walki ziemian, a więc walka bez jakiś niespodziewanych zagrań, które muszą obrócić bieg wydarzeń na korzyść bohaterów.
Kolejny plus serii to przewijające się aspekty 400 letniej historii ludzkości. Wojny domowe, nowe podziały, nowe sojusze. Do tego całość na tyle nieszczegółowo opisana oraz posiadająca dostatecznie podłoże w dzisiejszych wydarzeniach, że jest jak najbardziej prawdopodobna. Izolacja Hegemonii Chińskiej, czy Teokracji Islamskiej. Czy sojusz Północnej Ameryki z Unią Europejską. Do tego Rosja niby razem z Zachodem, a jednak wciąż osobno. Wszystko możliwe, szczególnie jak spojrzymy na to co się ciągle dzieje w XXI wieku.

Za to pojawienie się Białej Konwencji mówiącej o ograniczeniach religijnych. Zgadzam się, że religia jest pewnym problemem w historii. Że fanatycy przyczyniają się do wojny czy problemów społecznych. Ale nie wierzę, że ludzkość pozwoliła by sobie stłumić poglądy religijne prawem, do tego stopnia, że mówienie o religii stałoby się przestępstwem. Nie wyobrażam sobie, by ktoś dał radę takie prawo przeforsować, ani tym bardziej je egzekwować. Oczywiście technologia, która pojawia się w serii, mogłaby pozwolić na taką kontrolę, ale kto by się zgodził na jej posiadanie. Przecież Orwell i jego rok 1984 powinien był ludzkość przed tym uprzedzić.

Star Carrier - Ciemna materiaKolejnym aspektem plusującym książki są peryferia i ta część ludzkości, która z wyboru lub konieczności wyrzekła się technologii, a jednocześnie nie jest jej totalnym przeciwnikiem. Duży plus, że jednostki z peryferiów są właściwie naszymi odpowiednikami (naszymi, czyli ludzkości z początku XXI wieku). Dzięki nim możemy obserwować zmiany jakie zachodzą w społeczeństwie przez te setki lat. Mamy punkt odniesienia. Dzięki temu autor nie musi wprowadzać np. zahibernowego bohatera, który nam te zmiany będzie pokazywał (jak zrobił to Hemry, w Zaginionej Flocie).

Na koniec pozytywnych rzeczy w książkach, kilka smaczków. Pierwszy z nich tyczy się napędu stosowanego w serii. Jest to napęd Alcubierre’a. Polegający na zaginaniu przestrzeni wokoło obiektu. Rzadko stosowany napęd w space operach, ale jest on mocno inspirowany serialem Star Trek.

Kolejny smaczek, to lokalizacja planety Wolkan. Niemal identycznej planety do Ziemi, gdzie nie ma potrzeby terraformingu by ludzkość mogła tam żyć. Jej lokalizacja jest identyczna z tą serialową – 16 lat świetlnych od Ziemi w układzie 40 Eridani.. Jest to miłe puszczania oczka do fanów.

No i krótkie podsumowanie pierwszych pięciu tomów:
Pierwsze uderzenie – 4/6 za powiew nowości w space operze.
Środek ciężkości – 4/6 za utrzymanie tego powiewu świeżości.
Osobliwość – 3/6 za przekombinowanie obcych, za mieszanie podróżą w czasie.
Otchłań – 4/6 za powrót na dobre tory, bez jakiś imperiów rozciągających się w czasie, za walki, za nowych obcych.
Ciemna Materia – 3,5/6 i tu choć wojna domowa ciągnie w górę, tak w prowadzenie obcych, dla których jesteśmy jak jakiś błahy owad, które się nie widzi do samego końca aż się go zdepcze jest motywem ciągnącym ocenę w dół. Więcej prawdopodobna konieczność przyśpieszonego rozwoju z możliwością sojuszu z wrogiem, który chce obecnie naszej eksterminacji, która najpewniej nastąpi w następnych tomach też nie ciągle oceny w górę (acz mam nadzieję, że się mylę).
Więc czy mogę polecić serię? Nie jest to seria, mimo początkowego wrażenia, która pomysłami będzie znacznie wyróżniać na tle innych kosmicznych oper. Acz ma sporo wartych uwagi pomysłów. Ciekawych i interesujących obcych, jest też uniwersalny translator, na szczęście mocno kulejący. Problemy zaczynają się gdy autor zaczyna wprowadzać zbyt potężnych kosmitów. Ale to jest problem który dotyka wszystkich (Ori, Q, Borg, Replikatory), a mamy tu jeszcze początkową sytuację, gdzie autor może się obronić, odpowiednio prowadząc historię, a nie zmieniając niepokonanych żałosne namiastki tego co pokazano na początku. Więc wciąż warto sięgnąć po serię.

3 myśli nt. „Cykl Star Carrier”

  1. Star Carriera kupiłem-i-przekartkowałem (nie czytałem jeszcze, znaczy) i po tej Twojej analizie sam nie wiem czytać, czy nie… Ale skoro mówisz, że wciąż warto chyba czytnę ;).

    1. Q, zapowiedzieli premierę 6 tomu Star Carriera, sądząc po tytule Deep Time, będzie coś z tymi potężnymi kosmitami. Możesz poczekać, dam znać czy autor skręcił w dobrą stronę, czy wręcz przeciwnie. ;)

Dodaj komentarz