Wszystkie wpisy, których autorem jest Sebastian

Sebastian Autor bloga popkulturka.eu. Lubi czytać książki, oglądać dobre filmy, z natury niewolnik serialowych tasiemców. Wielki fan scifi, ale tylko wyższych lotów. Kiedyś czynny uczestnik fandomu Star Trek w Polsce. Obecnie kibicuje bardziej Ciemniej Stronie Mocy. Z braku dobrego scifi w TV, amator książkowego universum Star Wars. Zaczytuje się również znanymi i kompletnymi cyklami fantasy - tak dla zabicia czasu. Z zamiłowania fan powieści historycznych. Zwłaszcza z okresu antycznego Rzymu.

Star Carrier – Ciemna materia

Star Carrier - Ciemna materiaToudi: Nie tak dawno premierę miał piąty tom cyklu o Ziemskim lotniskowcu America. Dzięki uprzejmości Sebastiana, czytelnicy forum mają okazję zapoznać się z recenzją tego najnowszego tomu. Dwa pierwsze również dostępne są w zasobach poletka, po kolejne zapraszam na stronę autora. Sam cykl ma swoje wzloty i upadki, pozostaje mi wkrótce zaprosić czytelników do własnego tekstu o cyklu. A teraz oddaję głos koledze.

Sporo się działo w poprzednim tomie, jednak przez cztery miesiące zapomniałem równie dużo. Na szczęście dzięki specyficznemu pisaniu powieści dało się szybko odrobić straty. Autor wtrąca często drobne streszczenia fabuły, aby uzasadnić takie a nie inne działanie bohaterów lub wytłumaczyć skomplikowaną sytuację polityczną czy też na froncie. Taktyka taka często powtarza się w przypadku opisów sprzętu, statków i konkretnych sytuacji. Nie powiem, aby to była zła rzecz, ale gdyby czytać powieści jedną po drugiej można doświadczyć Déjà vu. Podczas czytania tomu V w kilku miejscach miałem ochotę przekartkować kilka stron, nie dlatego, że akcja akurat zwolniła, ale właśnie dlatego, że dany temat autor już przerabiał – na dodatek na początku tej książki. Gdyby skrócić powieść o streszczenia, mogłaby ona mieć o 100 stron mniej.

W poprzednim tomie „Otchłań” autor przeskoczył z akcją do przodu o dwadzieścia lat. Dowiedzieliśmy się, że Imperium Sh’daar nie zrezygnowało z poskromienia rasy ludzkiej i przygotowało mały rewanż. Tymczasem niedaleko Ziemi pojawiła się nowa osobliwość, która świadczy o udziale zupełnie innej obcej i bardzo potężnej rasy.

Piąty tom cyklu „Star Carrier” rozpoczyna się od badania tajemniczej otchłani, którą autor przedstawił w poprzednim tomie. Ale to wcale nie tajemniczy obcy stojący za anomalią są głównymi aktorami tej powieści. Ian Douglas wprowadza do cyklu nową rasę, niebędącą dotychczas stroną w konflikcie, za to okazują się niezwykle groźną dla Ziemian. Problem stanowi nie tylko odmienna fizjonomia obcych, brak możliwości porozumienia się z nowym gatunkiem, ale również zrozumienie inteligentnego gatunku o naturze czysto drapieżnej. Grdoch wcale nie zamierzają kontaktować się z ludźmi, a tym bardziej nie chcą porzucać terenów łownych.

Piąta część cyklu zalicza lekki spadek. Po pierwsze nastawiłem się na kontynuację wątku z nową cywilizacją, która w niedalekiej okolicy Ziemi „buduje” swoją osobliwość – raczej nie jest to przypadek. Co prawda o tym wątku wiele się mówi w powieści, ale są to czyste rozważania natury teoretycznej. Zamiast tego flota Ziemi skupia się na wewnętrznej wojnie, a później na finałowej rozgrywce z nowo napotkaną rasą Grdoch. Być może taki krok został podyktowany chęcią odetchnięcia od ciągłych spięć z Imperium Sh’daar, ale osobiście nie uważam, aby został on już wypalony – w temacie Sh’daar oraz ur-Sh’daar zostało jeszcze wiele do powiedzenia, a zamknięcie tematu w kolejnej powieści nie wydaje się być prawdopodobne z powodu zbyt wielu otwartych wątków.

Niemniej wydaje się, że wprowadzenie Grdoch, którzy niemal zdominowali cały tom, miało być otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju. Nowa obca rasa stanowi wielkie wyzwanie dla ludzi, nie tylko dlatego, że wydaje się być bardziej zaawansowana, ale także ze względu na kompatybilność genetyczną, pozwalającą Grdoch korzystać ze światów podobnych Ziemi, a także konsumować jego zasoby. Są zatem naturalnym zagrożeniem dla rodzinnego świata ludzi i bliźniaczo podobnej planety Vulcan (tu całkiem zabawne nawiązanie do Star Treka).

Dużą zaletą tego tomu jest ukazanie wewnętrznych problemów Ziemi. Wcześniej autor jedynie go zarysował opisując pobieżnie strukturę Konfederacji oraz sytuację pomniejszych państw. Skupił się oczywiście głównie na funkcjonowaniu poszerzonej wersji USA – czyli USNA. Tym razem Douglas pogłębia pęknięcia w ziemskim sojuszu i doprowadza do jego rozpadu na dwie konkurujące ze sobą frakcje. Historia tego krótkiego konfliktu przypomina nieco wszystkie filmy akcji ostatnich dekad – niestety prezentując taki sam poziom merytoryczny. Z tymże miejsce złych Rosjan lub Chińczyków zajmuje pazerna Genewa, chcąca przejąć kontrolę nad wszystkimi zasobami wojskowymi i potajemnie skapitulować przed potężnymi Sh’daar, co w rezultacie oznacza oddanie prawa do samostanowienia, zrezygnowania z kształtowania własnego losu, przekształcenia Ziemi w dominium zależne od obcych. Oczywiście USA nie mogą na to pozwolić z pobudek czysto patriotycznych. Wywiązuje się krótka wojenka, która przenosi się na orbitę Ziemi, a niedługo także w głąb systemu. Najbardziej bawią zmagania autora polegające na odwróceniu sojuszy – tym razem Stany zawierają abstrakcyjny sojusz z Rosją, Chinami i Teokracją Islamska przeciwko podłej Federacji Europejskiej. W tym miejscu poniosło autora i to nieźle, ale z drugiej strony trudno przewidzieć, co przyniesie tak odległa przyszłość. Rzecz jasna Amerykanie zawsze wygrywają – tym razem również za pomocą naiwnego fortelu (na Ziemi) i standardowo pokazowi zmasowanej siły (na orbicie Vulcana). Duch wolności zawsze przetrwa!

Wtłoczenie zbyt wielu wątków do tej książki i rozwiązanie ich w naiwny sposób to największa wada powieści. Gdy dorzucimy do tego nową, całkowicie obcą rasę Grdoch, stylizowaną na drapieżców z ich niesamowicie zbieżnym podobieństwem do ziemskiego ekosystemu wyjdzie komiczny epizod tego dobrego cyklu sf. Nie rażą już nawet płaskie wizerunki większości postaci bez konkretnego systemu wartości. Tym razem czar dobrego hard science fiction ustąpił ogromnemu zdumieniu, które pojawiło się u mnie już niemal na początku powieści, pomimo że duch cyklu ciągle był obecny to nie mogłem przestać się dziwić nowym rozwiązaniom autora.

Pomimo wielu rozczarowań „Ciemna materia” broni się aspektem naukowym i nawet (czego często nie przyznaję) teologicznym. Douglas rozwija różne teorie naukowe i prezentuje w dość uproszczonej wersji tak, aby każdy czytelnik mógł zrozumieć. Wielokrotnie nawiązuje do pracy Einsteina i Hawkinga, ukazując możliwe sposoby stosowania teorii do rozwoju technologii przyszłości. Z kolei w aspekcie teologicznych skupia się na teoriach rozwoju wierzeń w bóstwa, które mogły stworzyć wszechświat – zwanych tutaj Gwiezdnymi Bogami.

Mam nadzieję, że więcej na ten temat pojawi się w kolejnym tomie przy okazji poznawania Obcych z Rozety. Autor zostawił niezły smaczek na końcu książki w formie epilogu.

Jedna z grup głoszących silną zasadę antropiczną, to znaczy teorię, że wszechświat został zaprojektowany w taki sposób, sugerowała, że skrajnie zaawansowani technologicznie obcy mogli stworzyć ten wszechświat wraz z przyjaznymi życiu stałymi, prawdopodobnie w momencie, gdy ich wszechświat zaczynał umierać.
Jeśli Obcy z Rozety byli tak potężni…
Alexander Koenig, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, nagle poczuł się bardzo malutki.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Crux

CruxPo przeczytaniu „Nexusa” miałem bardzo mieszane uczucia. Musiałem poświęcić kilka dni na poukładanie myśli i ponowne prześledzenie fabuły. I „Nexus”, choć sprzeczny z moim poglądem na przyszłość ludzkości, wydał mi się bardzo wiarygodny, tak bardzo, że dałem mu +4/6. Z „Cruxem” tego problemu już nie mam. Oczywiście poświęciłem kolejnych kilka dni na ponowne prześledzenie fabuły, ale będąc już zaznajomiony z wizją Naama, łatwiej było mi przejść nad tym do porządku dziennego – a oczekiwałem czegoś ekstra. I co najlepsze – jego druga powieść jest po prostu rewelacyjna! To typowy mind-blowing.

Po upublicznieniu Nexusa 5 w sieci, ludzie zaczęli z niego korzystać. Niektórzy dla zabawy, inni dla prywatnych celów, lub też dla dobra ludzkości – do pracy nad postępem nauki. Niestety większość ludzi zastosowała go z pożytkiem dla siebie, z naciskiem na manipulację innymi.

Nowa powieść Naama jest bardziej złożoną historią niż „Nexus”, złożoną z pięciu niezależnych na pozór wątkach, które splatają się dopiero w finale. Powieść to udane połączenie hard science fiction z elementami politycznego thrillera. „Crux” to pewnego rodzaju fenomen światowy, ponieważ autor tworzy na jego potrzeby swój własny gatunek. Trudno jest go określić, tak samo jak niemożliwe jest ustalenie na dzień dzisiejszy czy jego wizja jest faktycznie możliwa (pomimo jego wielkiej wiedzy na tym polu). Niemniej zdecydowanie wplata w powieść niesamowitą dawkę napięcia i kreuje wydarzenia, jakich do tej pory nie czytałem. Jego wizja jest niezwykle realistyczna, postacie wiarygodne, akcja toczy się w sposób możliwy do ogarnięcia i przystępny dla przeciętnego czytelnika (nawet gdy opowiada o wydarzeniach niemalże z bajki wyjętych).

Pomimo, że jego wizja wydaje się być bardzo autorska, to w treści można naleźć wiele odwołań do wydarzeń historycznych – np. obozy koncentracyjne, dziś bardzo często odnajduje się odwołania do nazizmu, jako wielkiego zła, ponadto nawiązanie do świata przedstawionego przez Orwella w „1984” jest aż nazbyt oczywiste – przy tego typu tematyce, trudno się jednak nie zbliżyć do klasyka. Tak samo można odnaleźć nawiązania do twórczości Lema czy Dicka. Ale to również fikcja, jak ta z wizji Naama. Dlatego dzięki wielkie dla autora za umieszczenie na końcu książki posłowia, w którym oddziela fikcję z książki od aktualnego stanu wiedzy, tym samym pokazuje, co jest niemożliwe, a co… być może… w niedalekiej przyszłości nas czeka.

Postacie nakreślone przez Naama w „Nexusie” powracają. Właściwie to nie mam zastrzeżeń do nikogo ze starej obsady. Sam i Kade wypadają wiarygodnie, aczkolwiek jest ich teraz dużo mniej niż przedtem – to z uwagi na podział powieści na liczniejsze wątki i dorzucenie nowych postaci. I tym razem znowu mamy szeroki wachlarz postaci. Naam przykleił większości konkretne łatki i nawet pomimo faktu, że wiele z nich ewoluuje pod wpływem wydarzeń, co jest żywym dowodem na to, że historia posuwa się w czasie, to jednak postacie do końca stoją po swojej stronie barykady. Zachowanie takie postaci można wywnioskować choćby znając poprzedni tom, ponieważ Naam zaserwował tam już podobne rozwiązanie. Pomimo, że napisał swoje postacie bardzo wiarygodne, to jednak przewidywalne do szpiku kości. Jedni są źli i walczą z postępem, inni chcą go za wszelką cenę udostępnić wszystkim. Jak sam pisze „Nieśmiertelność jest na wyciągnięcie ręki, a wraz z nią życie pełne modernizacji”. Naam ujmuje to w bardzo porosty sposób, który akurat do mnie przemawia – możemy tkwić w skostniałym i konserwatywnym świecie na siłę hamując postęp, albo rozwijać się i zmieniać świat tak jak chcemy – pod siebie. Patrząc na to, co się dzieje teraz na globie – trudno nie przyznać mu racji.

Wspomniałem wcześniej, że Naam stworzył swój własny gatunek. Ja z kolei obeznany z gatunkiem scifi oraz nie stroniący od hard science fiction mam ogromny problem z jego powieściami. Z uwagi na fakt, że nikt do tej pory tak dogłębnie nie rozwodził się nad pomysłem rozwoju ludzkości i następnym etapem istnienia człowieka, być może warto pomyśleć nad utworzeniem zupełnie nowego gatunku. Być może transhuman scifi?

Drugi tom z tego cyklu to powieść pod każdym względem nowatorska. Jest w niej prawie wszystko czego oczekiwałem po przeczytaniu poprzednika. Zabrakło jednak akcji w akcji, i bardziej nieobliczalnych postaci. Ale mimo wszystko jestem zadowolony z takiego stanu. Ramez Naam stworzył świat, który ma ogromny potencjał. Zostawienie otwartych wątków sugeruje, że będzie kolejna część.

Nigdy z taką trudnością nie przyszło mi polecać książki. Pomimo faktu, że mnie się bardzo podobała, to jest z nią jeden ból – aby przeczytać „Cruxa” trzeba również znać „Nexusa”. Nie ma innej drogi. Zaskakuje jednak z jakim zadowoleniem sięgam po kolejne książki wydawnictwa Drageus. Rozpoczynając od rewelacyjnej serii „Star Carrier„, a potem genialnego „Red Rising” – „Nexus” i „Crux” okazały się niczym nieodstającymi powieściami.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Star Carrier – Środek ciężkości

Star Carrier - Środek ciężkościJak to jest podstawić sobie za cel osiągnięcie czegoś właściwie niemożliwego? Kiedy zdrowa ocena możliwości jednoznacznie przekreśla sens prowadzenia takiego przedsięwzięcia rezygnujesz? Taka opcja nie wchodzi w grę, gdy na szali leży przyszłość całego gatunku ludzkiego.

Muszę to powiedzieć oficjalnie – podczas czytania pierwszego tomu doznałem niesamowitego uczucia spełnienia. Takiego, jakie doświadcza się tylko w momentach wielkiego uniesienia, kilka razy w życiu. Tom I cyklu „Star Carrier” był dla mnie momentem przełomowym, a cały cykl z pewnością trafi na specjalną półeczkę, którą zaczynam już heblować i pozłacać. Ten niepozornie wyglądający tomik skrywał bardzo dobrze napisaną opowieść o ludziach i ich walce o przetrwanie w obliczu przytłaczającej potęgi zarówno militarnej jaki i kulturowej. Wydaje się, jakby cała galaktyka, miliardy zamieszkanych światów, wszystko to było przeciwko Ziemi, i chciało jej kompletnego unicestwienia.

Środek ciężkości” wznawia opowieść Iana Douglasa kilka miesięcy po wydarzeniach z tomu I. Tym razem ludzie decydują się podjąć działania mające na celu oddalenie groźby zniszczenia Ziemi i zdobyć więcej czasu na przemyślenie strategii. Autor zdecydował się uderzyć z kopyta i pchnąć akcję daleko od domu, nadając jej większej dynamiki niż poprzednio. Drugie uderzenie, zwane tutaj „Środkiem ciężkości” opowiada o próbie przeniesienia walki na teren wroga, co zgodnie ze śmiałym planem Admirała Koeniga powinno się udać, choć sam tak naprawdę nie wie czego spodziewać się na obszarach tak dalece odległym od Ziemi.

Zasadnicze zmiany w fabule to pojawienie się większej ilości opisów nieznanego świata. W powieści pojawia się, jak poprzednio, obca rasa Turuschów latających na przystosowanych do tego celu asteroidach, ale dodatkowo autor stworzył kolejne rasy, a każda straszniejsza i potężniejsza od poprzedniej. Każda z wizji jest tak inna od pozostałych, że można tylko zazdrościć wyobraźni autorowi, który z taką gracją opisuje wygląda i zachowania obcych tworząc skomplikowany szkic psychologiczny. Douglas wyraźnie opiera się na danych znanych nauce. Nie tworzy obcych jak w „Treku” czy „Gwiezdnych Wojnach” na podobieństwo człowieka. Na podstawie hipotez naukowców rozwija populacje i technologię istot, które dla człowieka są całkowita zagadką do tego stopnia, że nawet nie wie od czego zacząć próby komunikacji. Innym elementem, którego w powieści jest dużo więcej, to zawiła i podstępna polityka. Świat polityki został pobieżnie opisany w pierwszym tomie, tutaj mamy jednak dokładnie rozbudowaną i opisaną hierarchię cywilną, która kieruje wojskiem. Jest trochę tak jak w życiu, że dla polityków ważniejszy jest wizerunek i możliwość uratowania własnego tyłka. Dlatego dzielą się oni na frakcje, z których wielu jest skłonnych poświęcić postęp technologiczny czy nawet istnienie zewnętrznych kolonii ( i życie kolonistów) dla zapewnienia spokoju ze strony tajemniczych Sh’daar.

Tak jak poprzednio bohater skupia się na dwóch głównych bohaterach – Admirale Aleksandrze Koenigu oraz pilocie myśliwca Trevorze Gray’u. Ich postacie doczekały się sporej rozbudowy, dowiadujemy się o nich ciekawych rzeczy z przeszłości. Możemy prześledzić ich kariery od początku, zwłaszcza admirała, której początki były dość nieciekawe z uwagi na misje w jakich brał udział gdy był szeregowym pilotem. Ze strony Gray’a dowiadujemy się o jego problemach z byłą już żoną oraz jak to się stało, że w ogóle trafił do marynarki. Pozostałe postacie okazują się być drugoplanowe nie tylko z uwagi na charakter pisania powieści. Stanową tło do wydarzeń, które budują główne postacie.

W drugim tomie jest więcej obcych ras, zupełnie nietypowych i w scifi raczej niespotykanych. Na wielką uwagę zasługuje sposób przedstawienia tych ras, ich filozofii działania, psychologii, myślenia, reakcji i zachowaniu. Poza wspomnianymi wcześniej Turuschenami (Gweh – poznajemy ciekawą historię ewolucji tego gatunku), dowiadujemy się o niezwykle oryginalnej rasie worków wypełnionych gazem, a żyjących w atmosferze gazowych gigantów – H’rulka. Ponadto rasa administratorów i naukowców Jivad, strażników fizoli Nungiirtok, oraz tajemniczych wojowników Soru. Dodając znanych od pierwszego tomu kupców Agletsch, zauważymy że, autor pomyślał o wszystkim tworząc swój rozbudowany wszechświat na podobieństwo „Star Wars” gdzie nawet obcy i ludzie mogą odwiedzać te same kantyny (tak, celowo nawiązałem do Mos Eisley), z tą małą uwagą, że jego obcy są bardziej zróżnicowani, nie mówiąc o tym, że bardziej prawdopodobni do spotkania, niż humanoidalne kobiety-gady z piersiami.

Gdzieś pomiędzy wierszami autor wdaje się w filozoficzne rozważania nad przyszłością ludzkości. Kilka razy przewija się wątek sensu istnienia ludzkości w oparciu o rozwijaną technologię oraz jego braku w przypadku odebrania owej technologii ludziom. Pojawia się określenie „osobliwości technologicznej”, a ludzie są na dobrej drodze do osiągnięcia jej całkiem niedługo. To właśnie zaniepokoiło Sh’daar na tyle, że zagrozili wojną rasie ludzkiej, chcąc trzymać ją na etapie technologicznym daleko poniżej swojego. Przypomniało mi to nieco obecną sytuację na świecie, i nie wątpię, że autor tym właśnie się kierował pisząc powieść. Imperium Sh’daar to właśnie Stany Zjednoczone będące u szczytu swojej potęgi. Pilnujące, aby nikt inny nie dorównał, lub nie zachwiał ich pozycją. Identyczna sytuacja miała miejsce w XIX wieku, gdy na morzach panowało Imperium Brytyjskie. Zatem czy możemy wyciągnąć już wnioski odnośnie zakończenia cyklu Douglasa? Oczywiście, że nie. Czuję w kościach, że rozwiązanie problemu nie będzie takie proste, a autor jeszcze nie raz nas zaskoczy.

„Środek ciężkości” to także idealnie wyważona powieść, która łączy w sobie wszystkie możliwe gatunki i przykłady zastosowane w popkulturze. Warto by nadmienić takie przykłady jak „Gwiezdne Wojny”, „Star Trek”, „Odyseja kosmiczna 2001”, „Obcy”. Generalnie powieść nie tylko dorównuje poprzednikowi, ale nawet nieznacznie go przeskakuje rozbudowanymi relacjami bohaterów, wprowadzeniem nowych ras jak i szalejącą bitwą kosmiczną. Warsztat pisarski autora zasługuje na pełen podziw. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że ma w swoim dorobku już ponad sto książek. W udany sposób łączy wiedzę z zakresu wojskowości, polityki, a te łączy w udany sposób z fikcją i nauką.

Cykl „Star Carrier” to seria godna polecenia, tak bardzo realna i porywająca, że nie da się przejść koło niej obojętnie. Po przeczytaniu „Środka ciężkości”, zapewne będziecie chcieli więcej i więcej – Tak-nie?


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Star Carrier – Pierwsze uderzenie

Star Carrier - Pierwsze uderzenie

I oto znalazłem! Cykl „Star Carrier” autorstwa Iana Douglasa (właściwie Wiliama H. Keitha) to typowa powieść militarystyczna, utrzymana w klimacie hard science-fiction, której akcja rozgrywa się daleko w przyszłości.

„Star Carrier” to cykl składający się obecnie z czterech tomów, w Polsce wydanych dzięki wydawnictwu „Drageus Publisching House”. Premiera najnowszego tomu zapowiedziana jest na 12 marca 2014 – czyli niedługo po publikacji tej recenzji.

Autor, William H. Keith, Jr., urodzony w 1950 roku, to amerykański pisarz zajmujący się szeroko pojętym tematem wojny. W swoich licznych cyklach i powieściach porusza m.in. udział maszyn w wojnie, nanotechnologii, rozwoju technologicznego wojska i przemysłu, budowy i działania jednostek wojskowych, taktyk walki, psychologii wroga, śmierci i poświęcenia dla ojczyzny. Keith w swoich licznych powieściach porusza tematykę wojny przyszłości, jaką być może będzie zmuszona kiedyś prowadzić Ziemia. Jego wizja przyszłości jest usiana różnymi katastrofami i zdarzeniami będącymi następstwem ślepych działań ludzkości – scenariuszy, które się jeszcze nie zdarzyły, ale są bardzo możliwe. Autor będąc w wojsku nie służył na pierwszej linii, ale w czasie wojny w Wietnamie stacjonował na jednej z placówek, jako sanitariusz. Jest znawcą broni i hierarchii wojskowej. Napisał ponad 100 powieści i kilkadziesiąt opowiadań.

Akcja powieści rozpoczyna się w odległym systemie Eta Boötis, gdzie istnieje zasiedlona przez ludzi planeta Harris (Eta Boötis IV). Autor rzuca czytelnika od razu w wir zmagań wojennych pomiędzy obcą flotą atakującą osaczonych Marines, a niewielkim ziemskim zgrupowaniem okrętów wojennych dowodzonym przez Admirała Koeniga. Ekspedycja pod wodzą Koeniga atakuje wrogą flotę z zaskoczenia, a w wyniku długiego starcia udaje się zadać znaczne straty oraz przepędzić wroga. Długa i krwawa bitwa zajmuje dokładnie połowę powieści. Autor napisał ją w formie raportów, każdy z nich zaczyna się od przedstawienia miejsca akcji, położenia oraz czasu, w którym się rozgrywa. Dlatego mamy rzadką okazję śledzić losy bitew z dokładnym oznaczeniem czasowym, co pozwala zobrazować sobie działanie jednostek na mapie taktycznej. Prawdopodobnie taki był zamiar autora, aby opisując kolejne podrozdziały stworzyć wizję mapy taktycznej obszaru z zaznaczonymi na nich punkcikami świetlnymi – tak, jak zresztą opisuje to w kilku miejscach.

Początkowo taki sposób prezentacji danych przytłacza, zwłaszcza, że w większości powieści sposób prezentacji miejsca i akcji są raczej uproszczone i, w przypadku scifi, ograniczone do orbity planety. Tutaj akcja rozgrywa się wszędzie. Może dziać się na orbicie planety, w pasie Kuipera, w systemie wewnętrznym, zewnętrznym, na obrzeżach tegoż systemu, a wróg może poruszać swoją flotę nie tylko w dwóch wymiarach, ale również atakuje z zenitu lub nadiru.

Autor poradził sobie z tym zadaniem wyśmienicie. Przede wszystkim przeniósł akcję do myśliwców, które wykonują lwią część zadania i mogą przemierzać przestrzeń szybciej niż potężne fortece. Na dodatek przenoszą z sobą niezwykle niszczycielski arsenał. Większe jednostki wkraczają do akcji tylko w ostateczności. Choć dysponują potężnymi działami, rolę głównej broni we wszechświecie „Star Carriera” odgrywają rakiety z głowicami nuklearnymi. Już od pierwszego rozdziału obserwujemy potężną bitwę na orbicie mało znaczącej planety, ale obraz tej bitwy został nakreślony tak idealnie, że trudno odmówić jej uroku. Osadzona na wielu płaszczyznach akcja wielowątkowej misji trwającej godziny czyta się jednym tchem. Co ciekawe, autor podkreśla dysproporcje pomiędzy obiema flotami tak donośnie, że nie trudno wyłonić na pierwszy rzut oka zwycięzcy, tym bardziej, że w opisach sytuacji geopolitycznej daje do zrozumienia, kto rządzi w galaktyce. Niemniej, szybko daje znać czytelnikowi, że odmienne od siebie armie, wyposażenie i w końcu filozofia wojenna potrafią zmienić obraz nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji.

Military science-fiction to gatunek, który nie każdemu może pasować. Utwory takie wymuszają całkowite skupienie, ponieważ pomięcie nawet najdrobniejszego szczegółu może ukazać się katastrofalne w skutkach dla zrozumienia fabuły. Autor przedstawia w powieści bardzo dokładnie zabawki, jakimi zamierza się bawić. Mamy tutaj nie tylko obraz floty i konkretnych jednostek, ale także opis technologii i urządzeń zainstalowanych na statkach. Na porządku dziennym jest dokładne opisanie budowy i działania wyrzutni rakiet, zanim te zostaną wystrzelone w stronę wroga. To samo tyczy się technologii podróży, czyli napędów zainstalowanych na statkach. Wiemy dokładnie jak działają, mimo, że do pełnego zrozumienia przyda się wiedza z zakresu fizyki. To z kolei kolejny ciekawy atrybut powieści – hard science fiction, jakie Keith nam zaserwował, czyli wielki nacisk na to, aby prawa fizyki zostały zastosowane w należyty sposób. Żadna ze stron nie otrzyma niespodziewanie bliżej niewytłumaczonej przewagi pomijającej podstawowe mechanizmy fizyki. To właśnie sprawia, że powieść jest o wiele bardziej realistyczna od typowych historii znanych choćby ze „Star Treka” czy „Gwiezdnych Wojen”. Nie wspominając już oczywiście o wędrujących wszędzie wszędobylskich humanoidalnych rasach. Dodatkowo autor posługuje się terminologią znaną z lekcji fizyki, zatem nie trzeba być wielkim orłem, aby zrozumieć wielokrotnie przytaczane pojęcia prędkości światła (c), jednostki astronomicznej (AU – w książce JA), czy przyśpieszenia ziemskiego (g).

Autor postawił na dwie postacie, którym nie szczędzi opisu. Są to admirał Alexander Koenig oraz pilot starhawka, były nielegał, i przez to nielubiany wśród kolegów, porucznik Trevor Gray, będącym POV (Person of View) za pomocą którego poznajemy świat przyszłości. Trevor przedstawia bardziej przyziemne aspekty życia ludzi. Dzięki jego przemyśleniom poznajemy świat istniejący poza wojskiem i marynarką. A także jego osobiste problemy spowodowane ingerencją technologii w życie. Jego wspomnienia rzucają wiele światła na Ziemię XXV wieku, którą dotknęły liczne kataklizmy.

Admirał Koenig prezentuje głównie punkt wojskowy. W licznych rozmyślaniach przedstawia obecny stan polityczny, liczebność floty i jej możliwości. Od niego dowiadujemy się, że ziemska flota liczy około pół tysiąca statków, ale tylko sześć potężnych lotniskowców.

Pojawia się oczywiście szereg postaci drugoplanowych, które mają bardziej rozbudowane wejścia, ale obecnie trudno jest coś na ich temat napisać. Jedną z nich jest komandor Allyn – CAG myśliwców na Ameryce.

Ciekawym zabiegiem jest przedstawienie punktu widzenia obcych. Mamy tutaj możliwość zajrzenia w umysł Tacticiana Zdecydowanego Kwiatu Lotosu, czyli przywódcy obcej floty. Przedstawienie obcej razy w sposób odmienny niż przyjętego ogólnie w scifi humanoida na wzór ludzi jest naprawdę intrygujące.

Ze wszystkich powyższych autorowi najgorzej wyszło tworzenie postaci. Koenig przyciąga uwagę, ponieważ jest głównym źródłem informacji o flocie, a także on podejmuje wiążące decyzje. Jednak jego życie prywatne jest bardzo mdłe i w zasadzie ubogie. Trevor Grey miejscami naprawdę przynudza swoimi problemami. Natomiast obcy Kwiat Lotosu – no cóż – nie da się ukryć, że to jedna z lepiej napisanych postaci, ale w końcu nie humanoid, więc i tak sam w sobie jest oryginalny. Mam nadzieję, że w dalszej części cyklu autor przyłoży się bardziej. Pozostali to tylko cienie, które przewijają się w tle. Na szczęście to nie oni stanowią tutaj główną oś fabularną.

Nie da się pominąć nawiązania do islamskich ekstremistów, którym autor poświęca chwilę. W tym kontekście, że nieporozumienia na tle religijnym były w efekcie przyczyną zniszczenia całych miast i wybuchu wielu wojen. Nie da się nie zauważyć pewnego nawiązania do postępującej powoli islamizacji świata, chyba najbardziej widocznego w Europie. Autor porusza ten problem, jako jeden z ważniejszych, który nawet w XXV wieku nie zostały rozwiązany. Wskazuje palcem religie, jako skostniałe instytucje niepotrafiące dostosować się do ewolucji świata.

„Star Carrier” to ciekawie zapowiadający się cykl military SF. Pomimo, że powieść nie jest wolna od wad, idealnie wpisuje się w pustkę, jaką zostawił po obie Lem, Dick czy Asimow. Jako pozycja z gatunku hard science fiction nie przytłacza skomplikowaną terminologią, dlatego z pewnością zadowoli każdego fana. Autor może nie ma daru do pisania postaci, za to zdecydowanie dobrze wypada mu kreowanie dystopijnego świata przyszłości. Świetne opisy historii gatunku ludzkiego przeplatane z epickimi bitwami sprawiły, że stałem się zagorzałym fanem tego cyklu już po pierwszym tomie.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.