Archiwum kategorii: Film SF

Abraaaaaams!!! czyli Star Trek roku 2013

Star Trek 12: Into DarknessStar Trek Into Darkness to drugi film trio OKA (Orci, Kurtzman, Abrams, którzy tym razem dokooptowali jeszcze Damona Lindelofa) w uniwersum Star Treka, a dwunasty film w ogóle w uniwersum. Drugim filmem serii, która miała zresetować i dostosować do współczesnego kina i widza stare uniwersum, które powoli i systematycznie zmierzało w ślepy zaułek. Co bym dalej nie napisał o dziełach Abramsa i spółki, to te dwa zadania wykonali więcej niż należycie. Zegar cofnięto i puszczono ponownie w ruch w dniu narodzin pewnego kapitana USS Enterprise, Jamesa Tyberiusza Kirka, który wielokrotnie zapisał się w dziejach Federacji. Jeśli zaś mówić o drugim zadaniu, drugie zadanie nie daje się streścić w jednym zdaniu, pewno ciężko będzie je streścić nawet w jednej recenzji i to jeszcze drugiego filmu. Ale gdzieś trzeba zacząć.

Poniższy tekst będzie zawierał spore ilości spoilerów do obu filmów JJA (Abrmasa), ale uwaga, mogą też pojawić się spoilery to starszych części Star Treka, głównie Star Trek II: The Wrath of Khan. Normalnie napisałbym by czytelnik czuł się uprzedzony, ale większość filmów była na tyle często wyświetlana w telewizji, na tyle też losowo, jeśli chodzi o kolejność, że pewno mało kogo mogą one zaskoczyć.

Nie wiem czy wszyscy pamiętają, gdzie skończył się poprzedni film. Więc by przypomnieć załoga NCC 1701 (bez żadnego cholernego A, B, C, D czy E) została skompletowana. Większość znalazła się na stanowiska znacznie szybciej niż w oryginalnej linii czasowej. Po uratowaniu federacji USS Enterprise wyrusza w misję, do której został stworzony – eksplorację kosmosu. I tak właśnie zaczyna się dwunastka. Na planecie Nibiru, gdzie Kirk ma obserwować rdzennych mieszkańców, ale obserwować tak by nie naruszyć Pierwszej Dyrektywy. Zadanie komplikuje duży aktywny wulkan, Kirk swoim postępowaniem łamie chyba wszystkie zasady jakimi powinien kierować się kapitan Gwiezdnej Floty przez co traci swój stopień oficerski. Zaraz po powrocie okrętu na Ziemię, sytuację komplikuje jakiś Harrison, który zagraża spójności przynajmniej Gwiezdnej Floty, jeśli nie całej Federacji. Jedyną osobą zdolną go dorwać jest oczywiście zdegradowany i poniżony Kirk. No i na tym właściwie kończy się fabuła, a zaczyna niebywale szybka i wartka akcja, która nie pozwoli współczesnemu widzowi usiedzieć spokojnie w kinowym krześle.

Ale będę szczery, piszę ten tekst by jednak wytknąć błędy filmu, by ustrzec potencjalnych widzów, którzy szukaliby w filmie czegoś więcej niż kolejnej części Szybkich i Wściekłych. A w filmie pojawia się ich wiele, tak wiele, że nie da się dla nich czasem przymknąć oka.

Star Trek 12 - EnterpriseJuż na dzień dobry mamy okręt kosmiczny ukrywający się przed prymitywną rasą pod wodą. Ta scena nie ma w ogóle sensu. Po co chować okręt w wodzie? I to przed cywilizacją, która ledwo co wymyśliła koło. Przy całym tym nonsensie pojawiają się dwa przebłyski, pierwszym jest Scotty, który między innymi od początku jest przeciwny przebywaniu w słonej wodzie, drugim oprawa graficzna sceny, ale do obu jeszcze wrócę.

Jak już wspominałem, poza tym dziwacznym ukryciem okrętu w morzu, by ratować Spocka, Kirk łamie Pierwszą Dyrektywę Federacji, za co zaraz po powrocie na Ziemię zostaje specjalnym trybunałem odesłany do akademii. Akademii której nigdy nie ukończył. Ale całe scena degradacji Kirka i rzekomej próby nauczenia go czegoś, nie ma większego sensu, już w kolejnej scenie Kirk zostaje przywrócony do służby wpierw jako komandor i pierwszy oficer Enterprise, a chwilę później znowu wraca na fotel. Jako jedyny oficer na całej Ziemi (a było ich przecież kilku na zebraniu) zdolny pojmać niebezpiecznego szaleńca. Ciekawe czy ktoś przemyślał w ogóle cały ten proces degradowania?

Ale żeby to był koniec negatywnych cech nowego filmu. Po raz kolejny, podobnie jak w poprzednim filmie odległości w kosmosie są właściwie zerowe. Z Ziemi na Qo’noS (stolicę Imperium Klingońskiego) jest bliżej niż z Katowic do Sosnowca. Nie wiem czy trio OKA nie może czy nie chce przyjąć do wiadomości, że kosmos jest dużą pustą przestrzenią i dotarcie z jednego punktu do drugiego trwa często długi tygodnie jak nie miesiące podróży. Co prawda w miarę prawidłowe przestawienie sytuacji – zapewne w myśli owego Trio – zabiło by wszelką akcję w filmie i pewno też zniechęciło „współczesnego widza” do poświęcenia dwóch godzin na film. Ale na Borga, nie po to blisko 50 lat tworzono uniwersum, nie po to tematowi poświęcono całe doktoraty, nie po to uściślano tematy, by nagle ktoś sobie przyszedł i to wszystko wywalił do kosza tylko po to by akcja utrzymała tempo. Ale podróż w WARP nie jest jedyną kwestią, która nie ma znaczenia dla Trio. Podobnie ma się sprawa z lotem w prędkościach podświetlnych, również ignoruje warunki uniwersum jak i fizykę.

Chciałbym na tym skończyć, ale nie mogę, nie potrafię. Jeszcze jednym technicznym problemem filmu jak przestrzeń. Żadna planeta, żadna stacja, placówka w nowym uniwersum nie pilnuje swojej bliższej czy dalszej przestrzeni. Kiedy podobny problem podnoszony był przy okazji poprzedniego filmu, obrońcy twierdzili, że Nero w swoim wypasionym statku górniczym zdołał unieszkodliwić systemy obronne jak i wszelki ruch w około Wolkana i Ziemi. Jednak w 12 nie następuje poprawa, a wręcz sytuacją się pogarsza. Podczas przedzierania się bohaterów na Qo’noS, nikt z walecznych Klingonów ich nie wykrywa (dopiero jakiś przypadkowy patrol), nie ma też żadnego ruchu na orbicie stołecznej planety. Ale załóżmy, że nasi dzielni bohaterowie się przemykali, ukryli w cieniu jakiejś innej jednostki. Ale jakim cudem Scotty wkrada się wahadłowcem do tajnej bazy (a potem i na tajny okręt) na orbicie Jowisza? Nikt nie zauważył nie autoryzowanej jednostki w mieszającej się konwój? Ani w bazie ani w konwoju? Czy to jest poważne traktowanie widza?!?

Star Trek 12 - upadekGdyby w filmie było tylko nieścisłości, może jeszcze szło by to jakoś wytrzymać, ale do końca jeszcze daleko. Gdzie pod koniec filmu mocno potrzaskany Enterprise znajduje się na orbicie Ziemi gdzieś między nią a Księżycem, nagle traci moc i spada pionowo w dół ku niej. Ja przepraszam, ale czy ten film miał konsultanta technicznego, który choćby skończył fizykę na poziomie szkoły podstawowej? Od kiedy obiekt na orbicie spada pionowo w dół tylko po ustaniu napędu? Czy ISS (Międzynarodowa Stacja Kosmiczna) utrzymuje orbitę dzięki jakiejś formie napędu działającego non stop? Ale to nie jedyna bolączka tej sceny. Okręt spada w dół, ale wewnątrz niego panują nie tylko normalne warunki ciążenia, jedynie tylko poprzestawiane podłogi ze ścianami. Oczywiście wszystko to stworzone tylko pokazania bohaterstwa postaci, które ryzykują swoim życiem. A że to się nie trzyma w ogóle kupy, Trio się tym nie przejmuje.

Ale zostawmy już te techniczne problemy, „współczesny widz” przecież nie idzie do kina by zastanawiać się jak działa grawitacja, w Australii i tak chodzą na do góry nogami. Aktorzy i ich role. Pamiętam z poprzedniego filmu, że jednym z jaśniejszych punktów jedenastki byli niezgorzej dobrani aktorzy. Nie na tyle inni od oryginalnej obsady, by nie uwierzyć, że to nowe wcielenie Sulu, Checkova czy Uhury, ale też nie na tyle identyczny, by twierdzić, ze to idealna kopia. Po prostu dobrze dobrani aktorzy do ról. No może poza Quinto, który nie pasuje mi do roli nowego Spocka od początku. Irytuje mnie zarówno jego gra jak i sposób kreowania nowego Spocka. Osobnika tak niestabilnego emocjonalnie, że nawet Data z uszkodzonym czipem emocji jest bardziej przewidywalny. Niestety jest to jeden z tych reflektorów które przygasły Abramsowi, mimo jego upodobania do świecenia nimi w kamerę. Właściwie cała obsada w tym filmie tylko denerwuje, robi to czego nie powinna. Nie znajduje się w miejscach, w których powinna. Uhura zostaje sprowadzona do rozchwianej nastolatki zakochanej w pierwszym oficerze. Checkov, który skacze między stanowiskami niczym doświadczony w wieloletnim boju sierżant, a nie świeżo upieczony chorąży. Logiczny Spock jest tak nieprzewidywalny, że spokojnie można używać go jako generatora liczb do lotto. Raz mówi jak stary dobry przyjaciel, tylko po to by za chwilę działać niczym zimny kalkulator. Podczas gdy nie ważne jak poważne stara się być ujęcie, Quinto i tak ciągle wygląda jakby był najbardziej emocjonalną istotą we wszechświecie. Jeśli było to celowe zagranie, by tak zagrać postać, to jakim cudem nie został wysłany do rezerwy jako osobnik rozchwiany emocjonalnie? Kirk… Kirka może przez grzeczność przemilczę.
No i jest jeszcze Benedict Cumberbatch, dla wielu najlepsza postać tego filmu, ale ja mam z nim problem, ani nie przepadam za nowym Sherlockiem (Cumberbatch od 2010 roku wciela się w rolę Sherlocka w miniserialu BBC), ani tu nie pokazał jakiegoś dobrego aktorstwa. Flegmatycznego anglika może i zagrał dobrze, ale gdzie mu do Khana Noonien Singha – charyzmatycznego przywódcy który pociągnął za sobą tłumy i zmieniał świat na swoją modłę? Scena w której Harrison wreszcie przedstawia prawdę o sobie przypomina nieco paradokumenty popularne ostatnio w kraju nad Wisłą, niemal słychać wymowę wszystkich znaków przystankowych.

Ale nie mogę powiedzieć, że dla mnie film zawiera tylko negatywne rzeczy, bo to nie prawda. Są i pozytywne momenty, jednak jest ich zbyt mało by chociaż zrównoważyć wszelkie niedociągnięcia i błędy. Wśród pozytywnych aspektów jest kilku aktorów:
Bruce Greenwood – aktor wcielający się Admirała Pike’a, naprawdę nic nie można mu zarzucić, zagrał tak jak powinna być zagrana ta postać, wielka szkoda, że pojawia się na tak krótko i jeszcze przypłaca to życiem. Już w poprzednim filmie ledwo przetrwał do końca, ale tym razem JJA mu nie odpuścił, nie pozwoli mu powrócić do kolejnej części sagi.
Peter Weller – wcielający się w admirała Marcusa, podobnie jak z Greenwoodem, wcielił się w postać tak jak powinien i niestety skończył wyżej wymieniony. (Hmm, zaczynam widzieć w tym pewien schemat, dobry aktor, dobra rola, uśmiercamy, W poprzednim filmie również dotknęło to dwóch aktorów, Chrisa Hemsworth i Farana Tahir, którzy zostali uśmierceni już w pierwszym akcie poprzedniego filmu.)
Oraz Urban (jako Kostucha) i Pegg (Scotty) jedyna dwójka z podstawowej obsady, których role zostały napisane i zagrane w sposób odpowiadający oczekiwań. Scena buntu Scottego, czy zgryźliwe docinki McCoy to jest to czego jako fan Star Treka oczekiwałem, ale prawie w ogóle nie dostałem.

Star Trek 11 - TitanInnym pozytywnym aspektem filmu jest oprawa graficzna, podobnie jak miało to miejsce w filmie z 2009, dzięki wysokiemu budżetowi stoi na wysokim poziomie. Niestety często sceny te nakręcono i wstawiony tylko po to by je pokazać, np. mają pięknie działający program prezentujący mechanikę płynów. Naprawdę się cieszę, że filmowcy mają ten skrypt i że będą go używać w odpowiednich momentach (udowodnili już to podczas sceny z księżycem Tytana w poprzednim filmie) ale czy naprawdę trzeba wstawiać to do każdego nowego Treka, tworząc przy tym sceny, która totalnie nie mają sensu, czy logicznego uzasadnienia?

Pozostał mi ostatni temat, który chcę u siebie na blogu omówić, Scena śmierci. W 1982 gdy zaprezentowano światu drugi kinowy film Wrath of Khan, jedną z istotnych scen, to poświęcenie się Spocka by uratować okręt, załogę, przyjaciół. Specjalnie odnowiłem sobie tą scenę po obejrzeniu dwunastki. Stara scena, ukazuje pełne poświęcenia zachowanie Spocka, jest dostojna, ma dobrą oprawę muzyczną i gdy nie zna się dalszej historii, jest wyciskaczem łez. Tymczasem w nowym filmie niby Kirk się poświęca, ale jaki sposób. Kopiąc i skacząc w roztrojoną część by ją ponownie ustawić w linii. W Zemście całkowicie nie ma znaczenia co robi Spock by naprawić okręt, to dzieje się gdzieś na dalekim planie, w dwunastce jest wprost odwrotnie. Śmierć nie ma większego znaczenia, ważne żeby była akcja. Zresztą śmierć. W oryginale po scenie śmierci mamy już czas tylko na refleksje, postęp fabuły nam w tym pomaga, tu ledwo pożegnamy umierającego aktora i od razu zostajemy rzuceni w wir dalszej akcji, nie ma czasu na refleksję. A nim nam pozwolą ochłonąć okazuje się, że nie ma żadnej śmierci… Mamy cud, a oszustwem Kirk po raz kolejny ogrywa Kobayashi Maru.

Nie mogę wystawić oceny filmowi, bo nie wiem czy jest aż tak źle, czy może tylko ja stałem się totalnym abramsofobem, Pewien jestem, że nie polecam oglądać tego filmu w kinie. Bardzo pragnę powrotu Star Treka do telewizji, ale nie w formie jaką zaproponowało nam Trio OKA. Film warto by zobaczyć tylko dla kilku efektów specjalnych, ale są one już właściwie od pewnego czasu dostępne w internecie w trailerach. Dobrze mnie czytacie, sceny warte zobaczenia ze względu na swoją oprawę graficzną zostały już wstawione do zapowiedzi filmu, cała reszta to mniej lub bardziej (z reguły mniej) trzymające się kupy sceny akcji.

Naprawdę nie rozumiem jak z takim budżetem film może zawierać takie ilości niedociągnięć, przecież konsultanci są dostępni niemal na wyciągnięcie ręki. Współczesne science fiction przeszło naprawdę olbrzymią drogą przez ostatnie dekady, olbrzymie ilości eksperymentów, wiele z nich okazało się ślepymi zaułkami, ale były wśród nich przykłady, z których należy czerpać pełnymi garściami jak Star Trek The Next Generation, jak nowa Battlestar Galactica, jak Babylon 5, jak Honorverse i wiele innych. Czy ktoś jest mi wstanie wytłumaczyć dlaczego JJA i spółka unikali za wszelką cenę takich źródeł?

PS. Powyższy tekst nie zawiera wszystkich wpadek i irytujących momentów filmu. Przemilczałem już między innymi flary w kamerę, które oślepiają widza (mam wręcz wrażenie, że nieco ich ubyło od poprzedniego filmu). Admirała zdradzającego tajne plany nieuprawnionym ludziom. Prośba o przydzielenie na pierwszego oficera, osobnika, któremu kapitan nie może ufać, tylko po to by się z nim wadzić. Przydzielanie ludziom stanowisk na które nie mają przeszkolenia i doświadczenia. Tajna operacja i nadawanie otwartym tekstem kim się jest. Nietypowe ustawienie tub torpedowych (bardziej przypominające ściany burtowe starych żaglowców, a nie poczciwe wyrzutnie). Standardowo raz działający raz nie transporter. Browar nie maszynownia. I jeszcze sporo innych.

Star Trek 12 - Alice EvePS2. Rozbierana scena Alice Eve. Za którą twórcy przepraszali. Scena faktycznie niepotrzebna, nie zawierała nawet podtekstu erotycznego jak w poprzednim filmie. Ale też w żaden sposób nie była obraźliwa. Jedyny powód, dla którego została tak nagłośniona, to moim zdaniem próba przykrycia innych bolączek filmu. Ktoś zapewne pomyślał, że tym odwróci uwagę przeciwników filmu. I niestety częściowo im się to udało.

Major na dużym ekranie?

MajorWpis ten będzie dotyczył dosyć starej i dla niektórych może nieco przestarzałej informacji. Jednak moim zdaniem jest to zdecydowanie zbyt słabo rozreklamowany projekt, więc warto pisać o nim jak najwięcej, by dotarł do jak największej liczby odbiorców.
W październiku 2010 odbyły się zdjęcia próbne do filmu Major na podstawie powieści Ciszewskiego o tym samym tytule. W marcu 2011 odbył się pierwszy pokaz wówczas wykonanych zdjęć. Sam osobiście o próbie zrobienia filmu na podstawie serii WWW słyszałem już wcześniej, jednak na prezentowane poniżej demo trafiłem zaledwie kilka dni temu.

Główną przeszkodą na drodze powstania filmu są obecnie finanse, a dokładnie ich brak.

Jak widać na filmie w postać Wojtyńskiego wciela się Marcin Perchuć, czy zostanie nim, gdy powstanie film, na razie nie wiadomo. Jedną z plotek, które można znaleźć na internecie jest informacja, że reżyserem może zostać Bartosz Prokopowicz.

Jeśli pojawią się dodatkowe informacje o produkcji, na pewno nie omieszkam o nich poinformować, na razie można próbować ich poszukiwać na stronie projektu: www.major-film.eu i facebookowej stronie Marcina Ciszewskiego.

Gantz (2011)

GantzGantz, japoński, dwuczęściowy film SF na podstawie mangi autorstwa Hiroya Oku. Jest to kolejny przykład z ostatnich lat, iż nie tylko Amerykanie w swoim Hollywood mogą nakręcić przyzwoity film SF z dobrymi efektami specjalnymi. Ziemię atakują kosmici i tylko Gantz z grupką wybrańców może ich powstrzymać.

Dwójka zwykłych nastolatków, Kei Kurono i Masaru Kato, wracając metrem do domu, pomaga pijanemu bezdomnemu uniknąć śmierci pod kołami pociągu, jednak im samym nie udaje się umknąć nadjeżdżającego wagonu metra. Kiedy wydaje się, że główni bohaterowie umierają tragiczną śmiercią, ci budzą się w pustym mieszkaniu, gdzieś w Tokio. Poza nimi obecnych jest w nim jeszcze kilka osób i osobliwa czarna kula. Każdy z obecnych opowiada historię jak to chwilę wcześniej umierał, a potem znalazł się w tym pokoju. Gdy nikt nie zna poprawnej odpowiedzi, dlaczego się znalazł w takim dziwnym położeniu, Gantz (bo tak zowie owa kula) daje im zadanie do wykonania oraz broń, którą mogą się posłużyć. A zadanie bohaterów jest całkiem proste: zabić kosmitów, zanim ci zabiją ich. Za każde wykonane zadanie, bohaterowie dostają punkty, gdy uzbiera się 100 punktów można wybrać albo wskrzeszenie innych uczestników gry, albo powrót do normalnego życia. Z czasem okazuje się, że zadania postawione przez Gantza wcale nie są takie proste, bohaterowie mają trudność w ich wykonaniu i sam Gantz wcale nie ułatwia życia bohaterom, zmieniając zasady w trakcie gry…

Druga część Gantza, Idealne rozwiązanie, komplikuje tą względnie prostą fabułę. Świat przestaje być czarno-biały. Obcy, z którymi Gantz każe walczyć bohaterom, posiadają wiedzę i o Gantzu i o zadaniach, które powierza swoim wybrańcom. Próbują go znaleźć i zniszczyć. Do tego wszystkiego sam Gantz zaczyna szwankować…

Gantz: Efekt transportuDo fabuły jeszcze wrócę, bo wymaga ona jeszcze kilku zdań opisu, zacznę od najprzyjemniejszych aspektów filmów. Efekty specjalne, podobnie jak to miało miejsce przy Space Battleship Yamato, jest to jedna z najlepiej zrealizowanych rzeczy w filmie, szczególnie w pierwszej części. Zarówno animacja przenoszenia postaci przez Gantza (zob. dołączony zrzut), jak i sceny walk zrealizowane są na wysokim poziomie. Widać, że realizatorzy dopieścili ten aspekt. Podobnież broń i efekty wystrzałów z niej. W pierwszej części filmu nie ma się do czego przeczepić, natomiast w drugiej jest nieco gorzej, wzrosła ilość efektów, co negatywnie odbiło się to na ich jakości. Widoczne to jest szczególnie podczas pościgu przez Tokio, gdzie słaba jakość komputerowo naniesionych postaci momentami rzuca się w oczy. Ale trzeba przyznać, że sceny walk w drugiej części również prezentują przyzwoity poziom realizacji efektów.

Po efektach, kolejną prostą sprawą jest gra aktorska, a ta podobnie jak w SBY, jest typowa dla japońskich produkcji. Główny bohater, Kei Kurono, nie ma większej szansy na zdobycie sympatii europejskiego widza, szczególnie gdy na początku poznajemy go jako stereotypowego japońskiego nastolatka, choć z czasem się zmienia, to jednak wciąż za bardzo odstaje od europejskiej wizji młodego człowieka. O wiele większe szanse na wzbudzenie sympatii ma drugi bohater, Kato, jednak jego postać bardzo szybko zostaje poprowadzona jako drugoplanowa i wręcz zmarginalizowana, mimo całego drzemiącego w niej potencjału.

GantzZostała jeszcze kwestia muzyki. Szczerze wam napiszę, ta nijak nie została w mojej pamięci, zresztą rzadko zostaje, co tak naprawdę świadczy, że nie została źle dobrana do akcji, nie stała się ważniejsza od filmu do którego została podłożona. Jedynie motyw odgrywany przez Gantza na rozpoczęcie każdej misji wart jest wspomnienia, odgrywany jakby puszczany ze zdartej płyty gramofonowej, zostaje w pamięci.

Wartym osobnego akapitu jest jeszcze broń, którą pokazano w filmie (również w anime i pewno w mandze też). W pierwszej chwili wygląda jak plastikowe zabawki, zdecydowanie przerośnięte, nieporęczne, niemal typowy projekt dla kiepskiego SF. Jednak gdy dochodzi do ich użycia, stają się znacznie bardziej interesujące, szczególnie lag powstały między strzałem a trafieniem w cel. Bohaterowie naciskają spust i nic, i nic, i nic i bum, niemal jak po trafieniu granatnikiem. Wydaje się, że nie ma pocisku, jednak efekt po znacznym opóźnieniu jest przerażający, szczególnie przy pierwszych strzałach. Tego jeszcze w SF nie grali. Oczywiście były różne rodzaje broni działającej z opóźnieniem, ale chyba jeszcze nie było takiej broni, która po prostu posiada przerwę między strzałem a efektem jak pokazana w Gantz. I nie jest to pocisk, bo na trafionym celu nie ma śladu aż do końcowej reakcji, nie jest to też „lot” bo cel może się przemieścić po „trafieniu” i dopiero potem następuje reakcja. Jest to o tyle interesujące, że mimo wystrzelenia i trafienia, przeciwnik przez pewien czas pozostaje w pełni sprawy i wciąż może walczyć.

Gantz: Karta postaci Kei KuronoI tak powracam do fabuły, początkowo to miał być nawet dłuższy akapit, ale po głębszym przemyśleniu muszę stwierdzić, że fabuła jest typowa dla przygodówek, mamy dobrego bohatera i hordy złych, stopniowo wzrastający poziom trudności i głównego bossa na końcu. Nic szczególnego, choć pozwala bardzo przyjemnie spędzić kilka godzin. Muszę jednak zaznaczyć, że finał filmu, będący happy endem, jest słabszy od finału anime, która kończy się wielką niepewnością, co do losów Kei Kurono. Trzeba jednak uwzględnić, że anime w całości ma o wiele smutniejszy przekaz – nie ma wskrzeszania bohaterów, jeszcze bardziej przewrotny Gantz – większa nieprzewidywalność anime, pozytywnie wpływa na odbiór dzieła.

Gantz: Perfect AnswerPowinien ostrzec ewentualnych przyszłych widzów anime, skierowane jest ono do starszej widowni, jest pewna ilość scen nagości jak i gore, które wymusiły cenzurę niektórych scen podczas emisji w telewizji (wersja DVD, jest nieocenzurowana). W filmie choć też pojawiają się sceny nagości to jednak są to tylko podteksty, krwi również jest sporo, jednak znowu bez dosłowności – film jest przeznaczony głównie na rynek kinowy, a tam przeważają młodsi widzowie.

Podsumowując, Gantz5/6, za bardzo dobre efekty i przyjemną fabułę przygodówki. Gantz: Perfect Answer4/6, słabsza ocena za widoczne niedociągnięcia w efektach oraz wymuszony happy end. Gantz Anime4/6.

The Final Countdown (1980)

The Final CountdownOstatnio na blogu głównie książki lądowały, więc trzeba to zmienić. Pod koniec zeszłego roku przeczytałem trylogię Birminghama, Oś czasu, trylogię której fabula w pewien sposób przypomina film – istnieją spore szanse, że Końcowe odliczane (bądź jak kto woli oryginalne polskie tłumaczenia Jeszcze raz Pearl Harbor) było jedną z inspiracji Birminghama do napisania swojej alternatywnej wersji wydarzeń Drugiej Wojny Światowej.

USS Nimitz, pierwszy atomowy lotniskowiec Stanów Zjednoczonych odbywa manewry w pobliżu Pearl Harbor. Nagle nad okrętem pojawia się dziwny sztorm, ogłuszając na chwilę załogę. Gdy ta dochodzi do siebie, stwierdza iż na radarach nic nie widać, w radiu też nic nie ma, jedynie na jednej z częstotliwość ktoś nadaje wiadomość w starym kodzie używanym przed WWII. Alarmowa drużyna F-14 wysłana na rekonesans odnajduje w powietrzu dwa japońskie myśliwce Zero z okresu drugiej wojny światowej. Po krótkiej walce manewrowej, Zero zostają zestrzelone. Dokładniejszy zwiad stwierdza obecność dużej floty w Pearl Harbor, wśród nich między innymi USS Arizona, a na oceanie zostaje odnaleziona jeszcze większe zgrupowanie jednostek, Japońska flota zmierzająca na Pearl. Jest 6 grudnia 1941 roku, przeddzień ataku który zmusił Stany Zjednoczone do przystąpienia do Drugiej Wojny Światowej. Kapitan Yelland staje przed trudną decyzją, czy zapobiec atakowi, czy zmienić losy świata…

Jak widać powyżej, fabuła filmu prezentuje się dosyć prosto, choć wbrew pozorom ma bardzo skomplikowane założenia, co widać nawet w kilku cytatach z filmu, gdy po znalezieniu i rozpoznaniu japońskiej floty następuje krótka wymiana zdań między Laskym a kapitanem Yellandem:

– Ciągle uważa pan, że to sen?
– To koszmar.

I w trakcie rozważań pierwszego oficera:

(…) To okręt wojenny marynarki Stanów Zjednoczonych! A przynajmniej był. Albo będzie. (…)

USS NimitzJak widać położenie w jakim znalazł się okręt, a raczej decyzje, które musi podjąć kapitan nie są łatwe. Ma okazję powstrzymać jedną z największych tragedii jakie dotknęły Amerykę, a jednocześnie może to wywołać olbrzymie reperkusje. 6 grudnia 1941 roku Japonia i Stany były względem siebie neutralne, więc gdyby Yelland zniszczył flotę wroga to on odpowiadał by za rozpoczęcie wojny, nie Japończycy. Więc to USA zostało by agresorem dla kart historii, mimo iż to Japonia szykowała się do ataku, ale pewno znaleźli by się później i tacy historycy, co by twierdzili inaczej, że np. USS Nimitz mógłby skutecznie zagrać jako straszak na wroga. Kolejnym problem było zwierzchnictwo na Yellandem, który był tylko kapitanem, ale żaden z jego zwierzchników dnia wczorajszego jeszcze nie zajmuje swoich stanowisk. Czy teraz Roosevelt będzie mu wydawał rozkazy? Ale kto z miejscowych mu uwierzy, senatorowi z tego okresu, przez radio nie uwierzyli, a Yamamoto zaatakuje o świcie następnego dnia. Sytuacja do prostych nie należy, jednak wszyscy wiemy jak się w filmie kończy, Yelland decyduje się na atak uprzedzający, do którego jednak ani scenarzysta ani reżyser nie dopuszczają, a szkoda bo jak można przeczytać w książkach w których pisarze tworzą alternatywne wersje wydarzeń, takie scenariusze są niemal zawsze interesującą lekturą.

F-14 vs ZeroNiestety film ten poza niedopisaną fabułą ma do zaoferowania widzowi tylko jedną rzecz, ujęcia okrętu i samolotów. Efekty specjalne właściwie w nim nie istnieją, ale nie szkodzi to filmowi, ponieważ zdjęcia kręcono na prawdziwym lotniskowcu, przy współudziale załogi owej jednostki. I tych kilka zdjęć wartych jest zobaczenia, zarówno startujących maszyn, jak lądujących. Szczególnie interesująca jest scena lądowania bez haka hamującego samolot. Warta zobaczenia jest również krótka walka manewrowa (tzw dogfight) między F-14 Tomcat a japońskimi Zero (co prawda w filmie grają je zbliżone wyglądem i przemalowane AT-6 Texans, ale większość nigdy tego nie zauważy). Należy przy tym zaznaczyć, że film kręcono pod koniec lat siedemdziesiątych, nie ma tu komputerowo naniesionych samolotów, odrzutowe F-14 i tłokowe AT-6 naprawdę manewrowały koło siebie. W dzisiejszych czasach nikt już nie kręci takich scen…

Jeśli zaś chodzi o pozostałe strony filmu, to nic już dodać się się nie da. Gra aktorska jest średnia, ani Kirk Douglas, ani Martin Sheen nie wykazali się specjalnie grą aktorską w filmie, nie wzbudzili większych emocji w widzach, ale też nie zniechęcili ich do siebie. Sporo ujęć zawiera błędy montażowe, jak zmiana numerów jednostek, czy odwrotna kolejność startu i kołowania, ale błędy to nie wpływają negatywnie na odbiór, choć szczerze powiedziawszy, gdy w ostatnim czasem przenoszono obraz na nośniki HD, to mogli się producenci postarać i poprawiać takie błahostki, 30 lat temu było to trudniejsze zadanie, ale dziś to przecież tylko chwila pracy dla jakiegoś grafika…

Pewno teraz sporo osób się zastanawia, dlaczego warto by zobaczyć ten film (jeśli ktoś jeszcze nie widział). A warto ponieważ film odcisnął piętno w światowej SF, niemal na pewno był inspiracją dla Osi czasu, wspomina o nim nawet Marcin Ciszewski w swoim cyklu WWW. Może zainspiruje jeszcze kogoś, kto postawi sobie pytanie, co by było gdyby Yelland nie zawrócił samolotów, gdyby jednak zmienił historię. Gdybym miał oceniać sam film, za to jaki jest, to za mimo ujęć na lotniskowcu i walki manewrowej nie mógłbym mu dać więcej niż 3,5/6, jednak biorąc pod uwagę pytania jakie powstają w głowie po seansie film zasługuje na 4/6. I polecam seans filmu, zwłaszcza gdy ktoś planuje siąść do lektur wyżej wymienionych książek.

Space Battleship Yamato (2010)

Space Battleship YamatoKońcówka ostatniego milenium, jeśli chodzi o filmy i seriale SF, należała do Ameryki Północnej. Najlepsze filmy wychodziły z Hollywood, najlepsze seriale również kręcono na zachodnim wybrzeżu ameryki północnej, albo właśnie w Hollywood, albo w Vancouver. Jednak nowe tysiąclecie jest o wiele mniej szczęśliwe dla produkcji zachodniej półkuli, za to wschodnia powoli i po cichu zdobywa rynek. Zaczęło się od australijskiego Farscape, nieco później Rosjanie pokazali światu swoje możliwości w Przenicowanym Świecie i Czarnej Błyskawicy, a rok temu Japończycy zekranizowali anime o kosmicznym pancerniku Yamato (niektórzy mogą znać jego zachodnią adaptację: Star Blazers). Niestety podobnie jak rosyjskie filmy, Yamato nie trafił do polskich kin, z wielką szkodą dla polskiego widza fantastyki, bo są to pozycje warte obejrzenia.

Space Battleship YamatoCały pomysł opiera się na serialu z lat 70-tych pod tym samym tytułem. Na przeciw ludzkości staje potężny przeciwnik, Gamilas i sama Ziemia staje w obliczu zagłady. Jedyną nadzieję jest Yamato, odremontowana pełnomorska jednostka (pomalowana nawet czerwoną ochronną farbą, poniżej „linii zanurzenia”), przystosowana do walki w kosmosie. Choć sam koncept wydaje się być dziwny (co znając upodobania Japończyków, nie powinno nikogo dziwić), to wizualnie sprawdza się naprawdę dobrze. Szczególnie wysoko kalibrowe działa główne, które zarówno wyglądają dostojnie jak i sieją ładne spustoszenie.

W roku 2194 w okolicy Marsa pojawił nieznany wróg i niemal od razu zaczął zrzucać pociski kinetyczne na Ziemię. Pięć lat później resztki ludzkości schowały się pod ziemią. Niegdyś piękna błękitna planeta, skażona jest radioaktywnością. Ludzie utracili już wszelką nadzieję i biernie czekają na koniec. W 2199 na orbicie Marsa, to co zostało z floty ludzkości stacza ostatni i przegrany bój z Gamilas. Tymczasem na Ziemi rozbija się kapsuła zawierająca wiadomość dla ludzi, że mają jeszcze szansę. Ale zawsze jest jakieś ale, nadzieja znajduje się około 150 tysięcy lat świetlnych od Ziemi, planeta Iskandar w Wielkim Obłoku Magellana. W misję ostatniej szansy wyrusza pancernik Yamato, przygotowywany do tej pory jako Arka…

Yamato na IskandarzeKiedy ponad rok temu, internet obiegły pierwsze zapowiedzi filmu, wszyscy od razu porównywali urywki filmu do Battlestar Galactiki. I jak się okazało częściowo mieli rację, ale o tym trochę dalej… Efekty zarówno animacji jednostek jak walk w kosmosie stoją na wysokim poziomie. Widok startującego Yamato zapiera dech w piersiach, podobnież przelot w atmosferze planety Iskandar. Podobnie jeśli idzie o scenografię, bardzo przyjemne wnętrza okrętu, idealnie pasują do jednostek operujących w kosmosie – twórcy najnowszego Star Treka powinni się uczyć od od swoich zaoceanicznych sąsiadów – mostek, jadalnia, hangar i co najważniejsze, okręt posiada areszt, więc nie trzeba niepokornych wyrzucać za burtę w kapsułach ratunkowych.

Cosmo ZeroJak już wspomniałem, Space Battleship Yamato porównywano do BSG, i rzeczywiście SBY czerpie pełnymi garściami z dobrego przykładu BSG. Wśród najbardziej rzucających się w oczy zapożyczeń jest między innymi start myśliwców Gamilas. Podobnie jak Raidery Cylonów, nie potrzebują one pilotów (są oni już częścią jednostek) i podobnież jak ich odpowiedniki z BSG, są transportowane na kadłubie statku matki, nie w hangarach, czy wyrzutniach, przez co ich wystrzelenia wygląda, jakby chmara owadów nagle poderwała się do lotu. Kolejnym podobieństwem jest atak na stanowiska obrony Gamilas na Iskandarze. Podobieństwo do chyba najlepszej sceny batalistyczne w historii seriali SF jest zbyt duże, by mogło być przypadkowe. Spadający z orbity Yamato, podobnież jak Galactica w 3×04 Exodus (2) działa pobudzająco na wyobraźnię widza. Nim przejdę do minusów, wspomnę jeszcze tylko o myśliwcu głównego bohatera, Cosmo Zero, którego wygląd jak i możliwości pozwolą mu walczyć o miano najlepszego w swojej klasie, wśród takich jednostek jak Viper z BSG, Hammerhead z SAAB czy X302 z SG.

Niestety miło całej sympatii do japońskiej produkcji, nie ustrzegła się ona błędów. Poza wręcz standardowym problem dla produkcji SF, czyli dźwięku w kosmosie, najbardziej irytującym było przekazywanie steru Yamato, między sternikiem a operatorem broni, za każdym razem kończyło się ono dziwnym trzęsieniem całej jednostki. Mimo iż kilka sekund wcześniej sternik z innego powodu puszczał ster i nic takiego się nie działo. Zupełnie innym problemem jest kształt Yamato. O ile wzorowanie się na największym pancerniku w historii pozwoliło zachować okrętowi majestatyczny wygląd, o tyle dziwne dodatki zapowiadały problemy. Dodatkowy mostek pod pokładem, bez jakiejkolwiek osłony, z góry zapowiadał tragicznie swój koniec i tak też zabrał ze sobą część załogi.
Największym problemem filmu jest upływ czasu. Już na samym początku widz dowiaduje się ile czasu zostało Ziemi do wymarcia, jak daleką podróż musi odbyć załoga Yamato, tymczasem nie dostaje żadnej informacji ile owa podróż potrwa, czy też ile tego czasu upłynęło między kolejnymi „skokami”. Co więcej, dwa pierwsze skoki, które wykonał Yamato, nie zabrały go nawet z układu Słonecznego. A należy pamiętać, że podróż ma się odbyć do sąsiedniej galaktyki.

Jak już wspomniałem, nieamerykańskie filmy podbijają kino SF i jest to jeden z tych filmów, które należy obejrzeć. Myślę że 5/6 nie będzie w żaden sposób krzywdzące dla filmu. Na wysoką ocenę wpływa również finał, ale by nie psuć oglądania zainteresowanym, oznaczam jako spoiler.

[Spoiler zaznacz, żeby przeczytać]Końcówka filmu sugeruje, że nie będzie kontynuacji, a przynajmniej nie z Yamato w roli głównej. Trzeba przyznać, że finał twórcy wykonali z dużym hukiem. I choć rozmowa bohaterów lekko przynudza i przeciąga finał, to warto zaczekać. Ostateczne rozwiązanie Gamilas i poświęcenie Kodai, zakańcza sukcesem misję Yamato.[/spoiler]

I jeszcze na zachętę, trailer: