Archiwum kategorii: Książka warta przeczytania

Książki warte lub nie warte przeczytania

Pola dawno zapomnianych bitew

Pola dawno zapomnianych bitewPola dawno zapomnianych bitew Szmidta to jak zapowiada autor, wstęp do nowego cyklu militarnej space opery. Powstał z połączenia dwóch opowiadań napisanych parę lat temu. Początkowo nic nie wróżyło opowiadaniom większej kontynuacji, ale praca autora nad tłumaczeniami zachodnich pisarzy (militarnej space opery) zmieniła jego nastawienie do Pół i teraz pozostaje już tylko czekać na kolejne tomy.

W Polach dawno zapomnianych bitew ruszamy w kosmos z młodym Nikem Stachurskim, który dopiero co ukończył szkolenie i to jednym z najlepszych wyników, ale ponieważ podpadł, poprzez zagłębianie nie tych tematów co trzeba, admirałowi, zostaje przydzielony do najgorszej roboty – oczyszczania starych wrakowisk pobitewnych powstałych w punktach Lagrange’a. Robota ta, choć może być niebywale dochodowa, jest też niezwykle niebezpieczna i ma dużą śmiertelność, zwłaszcza wśród świeżego narybku. Podczas swojej pierwszej misji nasz bohater natrafia na dziennik dawno poległego oficera, a w nich historię szkolenia. Ale nie takiego normalnego szkolenia w koszarach, tylko w specjalnym obozie treningowym zwanym Kuźnią…

Ludzkość skolonizowała sporą przestrzeń, jednak wciąż pozostaje centralnie sterowane przez swój matecznik – Ziemię. Jednak im dalej od Ziemi, tym wpływy centralne są słabsze i często ograniczają się do zbierania podatków. Więc całkiem naturalne powstają ruchy separatystyczne, które spotykają się ze sprzeciwem władz centralnych. Narastające napięcie doprowadza z czasem do wybuchu wojny. I tu pojawia się problem, kto i za co ma walczyć. O ile zewnętrzne kolonie mają cel, tak centrum ogólnie opiera się na dosyć pacyfistycznym bądź obojętnym podejściu, więc trzeba jakoś przekonać ludzi do walki. Takim miejsce przekonywania jest Kuźnia, gdzie przyszli żołnierze przechodzą prawdziwą szkołę życia.

W drugiej części Pól, przenosimy się nieco dalej od gwiazdy, ku zewnętrznej części układu, gdzie skanery wykazują niezwykłe skupisko metali, którego zgodnie z mapami nie powinno tam być. Szybki rekonesans odkrywa antyczny statek kosmiczny, który ze względu na swój wiek nie może być wykonany ludzką ręką. Już podczas pierwszego rekonesansu bohaterowie przekonują się, że wszystko co do tej pory wiedzieli i co stanowiło podstawy ich świata może być kłamstwem, iluzją. Jakie tajemnice skrywa ten okręt. Kim są obcy? Co to za ciała znalazła załoga Nomady? I najważniejsze, czy nasi bohaterowie przeżyją? To pytania z którymi autor zostawia nas w zawieszeniu. Trzeba przyznać, cliffhanger jak się patrzy, szczególnie, gdy do równania dodamy próbę realizacji obietnicy jaką złożył kapitan admirałowi, którego córkę zaliczał Nike razem z egzaminami w akademii…

Te dwa opowiadania zaprezentowane przez Szmidta jako wstęp do cyklu pochłania się szybko i bardzo przyjemnie. Pierwsza część trzeba przyznać, przez spory czas trzyma czytelnika w niepewności, jednak z czasem czytelnik widzi intrygę (chyba nawet nieco za szybko), która została uknuta dla nowych rekrutów. Po opowiadaniu pozostaje pytanie, czy którykolwiek ze szkolonych odkrył przekręt? Niby dziennik stanowi dowód, że tak, ale czy to na pewno dziennik któregoś z rekrutów? A może jakiegoś instruktora?
Ale tak naprawdę cały problem Kuźni sprawdza się do poglądów współczesnego nam młodego pokolenia. Gdy czytam o tych poborowych, co nie chcą walczyć za nie ich wojnę. Za jakieś odległe problemy, które pewno nigdy by ich nie dosięgły, gdyby nie przymusowy pobór. Wśród poborowych widzę siebie, swoich znajomych. Nie widzę jakoś by ktokolwiek z nas chciał wstąpić do wojska i szerzyć demokrację po drugiej stronie globu. A przecież tak się dzieje, gdzieś tam, tysiące kilometrów od przytulnego domu i klawiatury z której teraz piszę, ludzie walczą i giną za idee całkowicie mi obce. Nijak nie przystające do trybu życia jaki prowadzimy tu w Europie. Dlaczego w ogóle ktoś z naszego podwórka pcha się w te rejony gdzie toczą się walki, gdzie ludzie umierają i jeszcze dolewają do tych wydarzeń oliwy. I tak patrząc na to obiektywnie, ciężko stwierdzić, która strona ma rację. Czy pokojowe nastawienie jest dobrym rozwiązaniem, czy nieingerowanie w wydarzenie, nie spowoduje zmian na naszych terenie? Ale też, do czego można się posunąć, by zmusić obojętne młode pokolenie do działania? Czy aby Kuźnia nie jest już przesadą? Czy można ją uznać za dopuszczalna formę szkolenia?

Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał rozważać jej problemu w innym aspekcie niż dyskusja akademicka.

W drugiej części mamy już bardziej mainstreamowy temat. Starożytny obcy statek, nieznane intencje i zachwiana wizja świata. Nie wiele można tu powiedzieć, bo historia ta poza typowymi standardami dla tego typu spotkań kończy się (jak już wspomniałem) cliffhangerem. Czy bohaterowie przeżyją, czy świat dowie się co odkryli i czy doprowadzi to do czegoś więcej – zapewne kolejnej wojny? Nie wiemy tego i do póki autor nie zdradzi nam czegoś więcej w kolejnych tomach to się nie dowiemy.

Pola dawno zapomnianych bitew, to ma być polska space opera, jednak sam wstęp to jeszcze za mało. W Polach pojawia się kilka interesujących tematów, chyba jeszcze nie stosowanych w innych książkach. Czyli walki w punktach libracyjnych – punktach równowagi grawitacyjnej, gdzie obiekty pozostają w relatywnie stałej pozycji w układzie. Nie przypominam sobie, bym czytał powieści, gdzie walki w takich punktach odbywałyby się regularnie. Były oczywiście jakieś pojedyncze przypadki, ale wynikały one raczej ze zbiegu okoliczności, a nie celowo zaplanowanych manewrów. Jeśli oczywiście autor pociągnie ten temat, to zapowiadają się interesujące opisy walk, oraz akcji ratowniczych po walkach – jak i oczyszczania układów po dawno zapomnianych wojnach.

Interesującym aspektem jest też oczywiście punkt widzenia autora. Jak na polaka przystało mamy tu trochę naszej łaciny – w końcu bohaterami są ludzie od brudnej roboty. Jak i przez postacie przebijają się polskie stereotypy. A należy zauważyć, że w tłumaczeniach kolokwializmy z reguły są łagodzone, a stereotypy, choć w kulturze Zachodniej są dosyć uniwersalne, to jednak zawsze różnią się szczegółami. Więc zawsze przyjemnie jest sięgać po ojczyste standardy.

Wstęp oceniam pozytywnie, daje nadzieje całkiem interesującą militarną space operę. I co najważniejsze, autor obiecuje pierwszy tom już w tym roku (a może i drugi też). Także na dziś mamy 4/6 i pozostaje nam czekać na dalsze losy Nike i wrakowisk w punktach libracyjnych.

Pola dawno zapomnianych bitew można pobrać nie tylko ze strony wydawnictwa Almazu, jak miałem okazję napisać jakiś czas temu, ale również ze strony projektu Fantastyka Polska, gdzie poza tekstami Szmidta jest jeszcze kilkunastu polskich autorów, i obecnie przeszło setka tekstów, a nowe z tygodnia na tydzień przybywają.

The Human Division – The B-Team

The B-TeamDrużyna B, to pierwsza część z nowej trzynastoodcinkowej serii Scalziego fabularnie osadzonej w Uniwersum Wojny Starego Człowieka. Każdy kolejny odcinek ma ukazywać się co tydzień.

Jak twierdzi sam autor, nie ma potrzeby znać poprzednich tomów, by sięgnąć po Human Division, po części stwierdza prawdę, jednak przed lekturą należy poznać choć podstawowe założenia świata wyłożone w Wojnie Starego Człowieka. Oraz należy przyjąć z góry do wiadomości, że początek The B-Team spoileruje nam finał przygód Johna Perry oraz Jane Sagan. Tak więc pierw krótkie przypomnienia, o co biega w uniwersum.

Jakiś czas temu, ludzkość rozpoczęła podbój kosmosu, tworzyła kilka pierwszych kolonii, Unię Kolonialną oraz natknęła się na mniej lub bardziej przyjaznych obcych – z reguły mniej. Bardzo szybko poznała też zasady jakim rządzi się mocno zapchana już galaktyka. Ponieważ niemal każda rasa potrzebuje dosyć podobnych warunków dla swoich kolonii, a ilość takowych planet jest zdecydowanie za mała dla wszystkich ras, to o każdą trzeba trzeba walczyć i to zarówno by ją zdobyć jak i utrzymać już zdobytą. Ludzkość swoje siły czerpie ze swojej ojczystej planety – ciągle przeludnionej i ciągle podzielonej Ziemi. Jednak by doznać zaszczytu możliwości podboju kosmosu, należy spełnić pewne warunki:
– albo pochodzić z biednego i przeludnionego Trzeciego Świata
– albo ukończyć 75 lat, zaciągnąć się do Kolonialnych Sił Obronnych na nie mniej niż 2 lata i przeżyć…
Przeżywalność zarówno jednych jak i drugich na należy do najwyższych, ale jak już się uda.

I tak docieramy do treści pierwszego odcinka i spoilera. John Perry był jednym z tych 75 latków którzy się zaciągnęli i przeżyli dostatecznie długo by mieć wpływ na Unię Kolonialną. Prawdę powiedziawszy w finale 3 tomu, Ostatniej Kolonii, odciął Unię Kolonialną od jej niemal niewyczerpanych zasobów ludzkich – od Ziemi. Sytuacja przedstawia się nieciekawie, cała polityka rozszerzania terytorium musi ulec zmianie. Zamiast podbijać kolejne planety należy zacząć negocjować z sąsiadami… Tymi negocjacjami zajmują się specjalnie drużyny dyplomatyczne, podzielone w zależności od swoich możliwości na typ A, A+ i B. Jak można się domyślić, Drużyny B przydzielane mają przydzielane jakieś podrzędne negocjacje, często niezbyt przyjemne dla dyplomatów. Jednak gdy w niewyjaśnionych okolicznościach Drużyna A odpowiedzialna za ważne spotkanie zostaje wyeliminowana z gry, na jej miejsce zostaje wysłana Drużyna B, jako jedyna zdolna dotrzeć na czas w wyznaczone miejsce spotkania.

To tyle, by nie spoilerować więcej o samym odcinku. Co do treści. Jest ona krótka, co nie dziwi, w końcu to ledwo 1/13 całości. Dzięki czemu czyta się szybko, nie żadnych zbędnych odskoczni. Ale też całość, a szczególnie główni bohaterowie odcinka tracą na tym, bo nie mamy za bardzo czasu na zbliżenie się do akcji. Jako czytelnik nie mamy szansy by poznać bohaterów, by się z nimi utożsamić, wczuć ich przygody. Ot przeleciał odcinek, patrzymy co będzie w następnym. Gdyby przyszło mi oceniać tylko ten odcinek, to za wykonanie i akcję mógłbym mu dać co najwyżej 3/6. Daleko mu do pierwszej książki cyklu, gdzie przewinęło się naprawdę sporo nowych pomysłów. Jednak z ewentualną negatywną oceną wstrzymam się do końca serii, w końcu Scazli może ma jakiś zamysł na wspólny wątek dla całości. Jeśli ma, mam nadzieję, że będzie on związany z sytuacją Ziemi, Bo Unia Kolonialna bez Ziemi nie prezentuje dobrej przyszłości dla żadnej z nich.

Podsumowując, na razie jest słabo, najsłabiej z cyklu, bo cóż to za pojedyncze oplucie dyplomatyczne, cóż to za pojedyncza seria rakietowa, gdy czytelnik oczekuje jednak więcej, mocniej (zabawniej też by nie zaszkodziło). Sytuację poprawia tylko końcowy cliffhanger, gdzie pojawia się wniosek, że największym wrogiem ludzi mogą być… inni ludzie.

Kryptonim Burza

Kryptonim BurzaNajnowsza książka Vladimira Wolffa, który do tej pory pisał thrillery militarne, osadzone w miarę współczesnych czasach (patrz Piaski Armagedonu i inne książki o przygodach wojaka Andrzeja Wirskiego, które powinny trafić niedługo na bloga). Tym razem zabrał się zmienianie pol… a nie, wróć europejskiej przeszłości. 1 września 1939 roku, kilka dni wcześniej wskutek udanego zamachu zginął Adolf Hitler, życie toczy się spokojnie jak zawsze, Druga Wojna Światowa nie wybucha…

Dwa lata później, sytuacja w Europie wciąż się zaostrza. ZSRR uzbraja miliony żołnierzy, tysiące czołgów i samolotów, przerzuca to wszystko na swoją zachodnią granicę, w tym samym czasie Polacy bunkrują swoją wschodnią granicę. W lipcu 1941 roku Związek Radziecki rozpoczyna swój rewolucyjny marsz na zachód aż po Atlantyk. Front działań obejmuje zarówno północ (Finlandię) jak i południe (Rumunię). Jednak najważniejszym celem jest Polska, położona centralnie na trasie marszu Czerwonej Armii. Czy skromne (w porównaniu z co prawdą nie udaną mobilizacją, ale wciąż liczącą ponad 4,5 mln żołnierzy rosyjską armią) polskie siły są wstanie powstrzymać sowiecką masę?

Wolff w swojej książce wydaje się zawrzeć wszystko to, czego z reguły brakuje innym pisarzom alternatywnych historii. Opisywany front wydarzeń nie skupia się na jednym głównym bohaterze i sytuacjach na które ma on w miarę bezpośredni wpływ. Za to mamy przekrój wydarzeń odbywający się niemal na całej linii walk, od Armii Wilno na północy, przez grupę Polesie aż po Armię Podole na południu. W każdym z tych miejsc spotykamy bohaterów, którzy na miano głównych nie zasługują, ale nie są też zupełnie przypadkowymi osobami, które znalazły się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Nie są to również bohaterowie w stylu Kinga, który uwielbia wprowadzać nowych bohaterów do swoich książek, a następnie uśmiercać ich, gdy tylko czytelnik zacznie odczuwać do nich jakąś sympatię. U Wolffa natomiast występuje coś zupełnie odwrotnego, pojawia się wielu bohaterów drugoplanowych, w około których skupia się spora część fabuły i mają oni na nią istotny wpływ. Za to główny bohater… trzeba przyznać iż występuje, jednak czegoś mu brakuje to miana głównego bohatera. W Odległych Rubieżach, mamy niejakiego Marka Bagińskiego (rangę pominę, bo jest więcej niż pewne, iż będzie się z biegiem wydarzeń zmieniać) dobrego pilota i znakomitego pięściarza. Widać wyraźnie iż pretenduje on do miana głównego bohatera, jednak (przynajmniej w pierwszym tomie) mimo iż wydarzenia w których bierze udział mają swoje szersze reperkusje dla fabuły, nie są one najważniejszą częścią książki. Wręcz odnosi się wrażenie, że to przyjaciele Bagińskiego (wspomniani wcześniej bohaterowie drugoplanowi) mają okazję znaleźć się w o bardziej interesujących miejscach… Podobnie było w poprzednich książkach Wolffa, gdzie głównym bohaterem jest niejaki Wirski, jednak poza rolą łącznika między tomami, nie zawsze bierze on udział w najważniejszych wydarzeniach książek. Można odnieść wrażenie iż kilku polityków zza biurka ma większy wpływ na wydarzenia w książce.

No ale nie ma co specjalnie przedłużać opisu książki, bo choć ma nieco ponad 300 stron, to opowiada zaledwie kilka pierwszych dni walk, za to niemal na całych froncie między Polską a ZSRR, bez jakiegoś szczególnego wyróżnienia dla jakiegoś wycinka walk, pojedynczego bohatera czy okresu czasowego. Każdy fragment frontu dostaje swoje 5 minut na przedstawienie sytuacji i wydarzeń. Takiego przedstawienia sytuacji militarno-politycznej można się od Wolffa uczyć. Jednak brak głównego przewodniego bohatera też ma swoje minusy, czytelnik nie ma z kim związać swoich uczuć, nie ma z kim przeżywać wydarzeń. Tak naprawdę idealne byłoby połączenie Wolffa z np. Ciszewskim, gdzie szczegółowość opisu sprawcy głównego zamieszania (jak np. 1 Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego Grobickiego) zostaje uzupełniona Wolffowskim opisem wydarzeń z całego frontu.

Sporym plusem jest również zaprezentowanie historycznym postaci w książce. Mimo iż jest 41 rok, to np. ani Zumbach, ani Urbanowicz choć latają na Hurricane\ach, to nie robią tego w 303 tylko swoich rodowitych eskadrach nad Polską ziemią. Major Sucharski nie musiał czwórkami posyłać swoich ludzi do Nieba. Itd. Teraz ci i inni ludzie muszą przeciwstawić się zupełnie innej, jeszcze potężniejszej sile ze wschodu. Choć sam autor przyznaje, że musiał tu zastosować pewne uproszczenia, gdyż brak wojny przez dwa lata wymusiłby wiele naturalnych zmian na stanowiskach, to jednak by specjalnie nie mieszać czytelnikom oraz nie wymagać poszukiwań, skąd i dlaczego nagle zamiast Mościckiego prezydentem jest Kwiatkowski i jak bardzo wpłynęłoby to na przemeblowanie dowództwa wojskowego, dlatego też wiele postaci pozostało tam gdzie było dwa lata wcześniej

De Havilland MosquitoNa zakończenie jeszcze kilka słów o sprzęcie jaki zostaje przedstawiony i wykorzystany w wydarzeniach książki. Przesunięcie wybuchu wojny o dwa lata zmieniło znacznie sytuację polityczną na świecie (a przynajmniej w Europie). Dla Polski wojna była nieunikniona, jej wybuch był tylko kwestią czasu, więc przez cały następowały przygotowania i dozbrajanie. Jednak mimo to sytuacja polskiego sprzętu prezentowała się mizernie. Choć mieliśmy kilka interesujących projektów w użyciu. Jak choćby karabin przeciwpancerny wzór 35 Ur. To główna doktryna opiera się na kawalerii konnej, ilość sprzętu pancernego była niewystarczająca, a to co mieliśmy to głównie lekkie czołgi uzbrojone głównie w karabiny maszynowe. Miało to oczywiście sens, gdyż za głównego wroga uznawano ZSRR, a Czerwona Armia musiała przyjść przez niezurbanizowane, pokryte głównie lasami wschodnie tereny Rzeczypospolitej, jednak ciężko toczyć bitwy pancerne bez czołgów… Zapraszam do lektury, by przekonać się jak to wyglądało oczami Wolffa. Wspomnę tylko o De Havilland Mosquito, który przez pilotów nazwany został „drewnianym cudem”. Jedna z najbardziej udanych konstrukcji z okresu wojny, będącej jednocześnie jedną z najmniej znanych. W książce pomocą przy projektowaniu tej konstrukcji służy właśnie Bagiński. Została prowadzona przez Wolffa niemal jak legendarna wunderwaffe… no ale nie będę spoilerował. DH.98 to interesująca maszyna, drewniana (a w czasie wojny stal i inne metale są produktem mocno deficytowym), z niezłymi osiągami i do tego posiada bardzo wszechstronne zastosowanie, od rozpoznania przez bombowiec aż po myśliwiec. Można wręcz rzecz, że maszyna marzenie. (Po więcej informacji odsyłam do Wikipedii.)

Kończąc recenzję, Kryptonim Burza otrzymuje ode mnie 4/6, głównie za opis wydarzeń z całego frontu, gdyby Wolff potrafił wprowadzić lepszą postać pierwszoplanową, kto wie czy ocena nie podskoczyłaby do pięciu. Nie wiem ile tomów będzie liczyć cykl Odległych Rubieży, ale tom pierwszy bardzo dobrze zapowiada całą serię…

The Harry Iron – To The Stars

To The StarsTym razem na blogu znalazło się miejsce dla książki Thomasa C. Stone, autora raczej nie znanego jeszcze na polskim rynku. Pierwszą książką trylogii o Harrym Ironie jest tom Ku Gwiazdom, gdzie ludzkość w niedalekiej przyszłości rozpoczyna eksplorację kosmosu.

Początek XXII wieku, za pasem planetoid odkryto tunel prowadzący do innych systemów gwiezdnych. Różne korporacje organizują ekipy badawcze, które mają udać się w tunel, sprawdzić co jest po drugiej stronie i wrócić z informacjami czy nowo odkryty teren nadaje się do kolonizacji lub eksploatacji przez korporacje. Do jednej z takich ekip udaje się dostać młodemu Harrisonowi i wraz z nią udaje się na Magellanie w podróż w nieznane. Po pewnych problemach z przejściem przez tunel, Magellan wychodzi z drugiej strony tunelu nad planetą wyglądającą na niemal idealną dla potrzeb ludzkich kolonistów. Na niej ziemscy podróżnicy odkrywają dwie inteligentne rasy. Prymitywnych aborygenów i dziwną, zaawansowaną rasę, która zwie się Prawdziwymi. Załoga Magellana oba spotkania przypłaca stratami w swoim składzie, jednak gdy w końcu udaje im się zwrócić uwagę Prawdziwych na siebie, ci po krótkotrwałym zainteresowaniu Ziemianami, ignorują ich dalszą obecność. Wszyscy są zszokowani zaistniałym biegiem wydarzeń, wszyscy z wyjątkiem dowódcy wyprawy, Fagana, który wydaje się wiedzieć więcej niż ujawnia przed załogą. Harry staje przed trudnym zadaniem odkrycia motywacji Fagana i równoczesnym uratowaniem pozostałych członków wyprawy.

Fabuła choć wydaje się sztampowa, prezentuje w sobie kilka interesujących zagadnień. Sam pomysł względnie „prymitywnej” eksploracji kosmosu przez ludzkość w swoich małych stateczkach z ograniczonym czasem misji, jest bardzo interesującym tematem na książkę (i nie tylko). Co widać po sukcesie Odysei Kosmicznych i niedocenionym acz bardzo ciekawym serialu Defying Gravity. Ludzie wyruszający w niegościnny kosmos w swoich delikatnych skorupkach, gdzie od śmiertelnej próżni oddziela ich tylko cienka ściana poszycia. Jest to temat, który przy obecnym poziomie rozwoju programów kosmicznych na Ziemi, przyciąga uwagę czytelnika/widza swą realnością. Równie interesującym tematem jest spotkanie rasy na tyle rozwiniętej, że traktujących ludzi jako nie wartych kontaktu i uwagi zwierzęta. Nie tylko ignorując obecność ludzi, nie tylko nie interesując się ich pochodzeniem, ale wręcz traktowaniem ich jak insekty, które można wyeliminować bez najmniejszych skrupułów w przypadku wejścia obcym w drogę. Motyw młodego Harry’ego, który musi walczyć o swoje miejsce w załodze, przechodzić testy a następnie udowodnić swoją przydatność też jest pozytywnym aspektem książki. Przez moment przypominało to „Grę Endera”, gdzie również pojawia się podobny motyw szkolenia. Niestety tutaj potraktowany nieco po macoszemu, niby coś jest, ale zdecydowanie zbyt skromnie opisane.

Jednak te kilka pozytywnych aspektów fabuły nie równoważy błędów i niedociągnięć popełnionych przez autora w książce. Po pierwsze, tymi najbardziej irytującymi błędami są podania czasów lotów, a więc i odległości. Przez długi czas w SF twórcy (zwłaszcza filmowi i telewizyjni) przywiązywali mniejszą uwagę do takich szczegółów, jak właśnie czas pokonywania odległości w kosmosie, widać to nawet w Star Treku, gdzie czasem ta sama prędkość pozwala na pokonanie tej samej odległości w różnym czasie. Jednak w książkach autorzy bardziej przywiązywali uwagę do takich szczegółów, najlepszym przykładem w tej dziedzinie jest autor obecnie chyba najlepszej space opery, David Weber, u którego minuta świetlna to ~18 mln km i okręt potrzebuje odpowiednio długiego czasu na jej pokonane. Tymczasem u Stone’a podróż z Ziemi do tunelu trwa aż 15 miesięcy, podczas gdy lot po drugiej stronie od tunelu do orbity w około planety to ledwo doba, ale już w odwrotną stronę podróż ma zająć mniej niż godzinę. Podobnie czas lotu na planetę i z powrotem wydaje się być zbyt krótkim jak na odległość i zastosowany napęd. Jest to błąd, który w dzisiejszych czasach nie powinien się zdarzać, autor powinien sobie ustalić odległości obiektów przed pisaniem.

Po drugie, niedociągnięcia dotyczące zachowań bohaterów i ich losów. Sam sposób badania planety, nieprzygotowanie bazy na miejscu lądowania. Całkowity brak przewidywania wydarzeń przez dowódcę, którego autor próbuje kreować na osobę przewidującą i z planem. Niby wie co może spotkać go na planecie, ale nie przygotowuje żadnego planu na wypadek pozostawienia kogoś na planecie. Nawet gdy już jedna osoba zostaje tam zostawiona, nie zostawiają jej zapasów, radia, nic co można by wykorzystać do przetrwania w niegościnnym środowisku, co mogło by poinformować statek matkę o lokalizacji i stanie pozostawionych na planecie.

Po kolejne to relacje między bohaterami, między głównym bohaterem Harrym a Kathleen, Z jednej strony mamy wręcz uczucie jak między zakochanymi nastolatkami, z drugiej strony relacja ta spłycona zostaje do kilku uścisków i jednej sceny seksu, niezbyt interesująco pokazanej, a przecież autor miał wyjątkową możliwość pokazania zachowania ludzi w stanie nieważkości.Zresztą sam motyw nieważkości wydaje się czasem autorowi uciekać, bohaterowie latają po statku, ale gdy przychodzi do interakcji z otoczeniem, to zupełnie jakby powracała grawitacja, bohaterowie wpadają wgłąb krzeseł, przedmioty szurają po nawierzchni itp. Podobnie spłycenie ma miejsce wśród bohaterów drugoplanowych, szczególnie widoczne jest to u Blane’a, młodego komputerowca, który może podłączyć się do dowolnej maszyny. Autor twierdzi, że to geniusz, ale w samej książce jakoś tego nie widać.

Podobnie kiepsko wykorzystano motyw rozwiniętej cywilizacji obcych, najpierw autor sugeruje, że Prawdziwi są bardzo rozwinięci i nikt w galaktyce ich nie interesuje, jako partnerów do rozmów. Rozwiniętych na tyle, że tworzą sobie rezerwat na planecie i przeszczepiają tam gatunki z innych planet, mają inteligentny statek, nawet napęd nadświetlny. Rozwiniętych na tyle, że aż popadli w dekadentyzm i jedyną rzeczą utrzymującą ich przy życiu są ich inteligentne systemy, jak właśnie okręt. Tylko po to, by po chwili zdementować całą sprawę, a ową rasę przedstawić jako kosmicznych piratów, żerujących na innych rasach z którymi weszły w kontakt.

Krótko podsumowując, kilka ciekawych, lecz słabo rozwiniętych pomysłów autora, nie są wstanie poprawić słabego odbioru książki. To The Star da się przeczytać bez większych trudności, czytelnik może poczuć nawet sympatię do bohaterów, ale kilka razy ma się wrażenie, że autor nie przemyślał dokładnie fabularnych konsekwencji czynów bohaterów. W książkach przygodowych jest to częste i nie przeszkadza w przyjemnym odbiorze materiału, tu jednak autor mierzy w space operę, w której takich błędów powinno się wystrzegać, np. cudowna materializacja zniszczonego wyposażenia, jest nie do przyjęcia. Na obronę oddaję autorowi fakt, iż jest to jego pierwsza książka, daje to pewną nadzieję co do następnych książek, jednak obecnie nie mogę ocenić książki na więcej niż 3/6.

Gdyby ktoś był zainteresowany książką, wersja elektroniczna dostępna jest obecnie za darmo na amerykańskim Amazonie. Przeznaczona jest na sztandarowy produkt Amazona, czytnik Kindle, ale można ją kupić i czytać również nie posiadając owego urządzenia, przy użyciu programu Kindle for PC.

Star Trek Titan – Sword of Damocles

Titan#4 Sword of DamoclesMiecz Damoklesa to czwarty tom przygód załogi Tytana, autorem książki jest Geoffrey Thorne (który jest odpowiedzialny za część scenariuszy do całkiem przyjemnego serialu Leverage (Uczciwy przekręt). Tytan kontynuuje eksplorację Ramienia Oriona, gdy niespodziewanie odbiera sygnał nadany z niezbadanego dotąd zakątka galaktyki, w którym Tytan wymieniony został z nazwy.

Przez blisko miesiąc Tytan prowadził bardzo trudną obserwację rejonu zwanego Occultus Ora, przestrzeni permanentnej ciemności. By badania mogły odnieść sukces, potrzeba było wytężonej pracy całego zespołu naukowego okrętu, niestety przy niezbyt chętnym do współpracy głównym inżynierze. Pod sam koniec badań, Ra-Havreii rozpoczął, przedwcześnie, roboty inżynierskie przy sensorach, niemal niszcząc miesięczną pracę komandora Jaza. W trakcie analizy zebranego materiału, odkryty zostaje w nim sygnał wysłany do Tytana, informujący go o niebezpieczeństwie. Riker decyduje się na sprawdzenie kto i dlaczego nadał ów sygnał, kieruje jednostkę w stronę planety Orisha. Nim jednak docierają na miejsce, okręt zostaje unieruchomiony. Zwiad, w skład którego wchodzi między innymi Jaza, wysłany promem, zostaje zaatakowany i znika z sensorów. Kiedy Jaza odzyskuje przytomność, znajduje się na planecie w samym środku konfliktu między rdzennym mieszkańcami. Choć ich wygląd pasuje do opisu mieszkańców Orishy, to nie można tego powiedzieć o ich zachowanie i wyglądzie samej planety. Wszystko wskazuje iż Jaza wraz z chorążym Modan znaleźli się tysiąc lat w przeszłości, a istnieniu planety i jej mieszkańców zagraża to samo co uszkodziło Tytana.

USS TitanCzwarta książka z serii, którą po dwóch słabszych nowelach czyta się równie przyjemnie jak pierwszy tom, choć nie ona pozbawiona wad. Po przeczytaniu chciałoby się wręcz krzyczeć, że fabuła jest do bólu wtórna. Okrętowi i załodze zagraża wręcz niepokonana siła, wszystko wskazuje iż uzdolnionej załodze braknie czasu na dokonanie niezbędnych modyfikacji, które pozwolą jej przetrwać, gdy nagle dostają niemal tyle czasu ile tylko chcą, dzięki podróży w czasie. A zaczynało się tak przyjemnie, spokojną eksploracją kosmosu i problemami załogi i ich interakcji. A ta interakcja sama w sumie musi być ciekawa, w końcu na pokładzie USS Titan jest największa dywersyfikacja ras ze wszystkich okrętów Gwiezdnej Floty. Może więc zacznę od pozytywnej strony książki, bohaterów.

Trzeba przyznać autorowi, że choć skupił się postaci szefa sekcji naukowej okrętu, komandora porucznika Jaza Najem, Bajoranina i jego interakcji z otoczeniem, to popchnął rozwój kilku postaci znacznie bardziej do przodu niż miało to miejsce w poprzednim tomie, autorstwa Bennetta. (Do pierwszych dwóch tomów, nie będę porównywał, bo ich zadaniem było bardziej dać początek serii i osadzić bohaterów w nowych wydarzeniach, niż stworzyć ich gruntowne tło.) Główną postacią był tu właśnie Najem, poznajemy jego historię z czasów ruchu oporu, z czasów gdy był sceptykiem i co go tak naprawdę nawróciło. Poznajemy też lepiej bohaterów, z którymi z racji zajmowanego stanowiska musi współpracować. Poznajemy kadeta Dakal, pierwszego Cardassianina w szeregach Federacji, który musi zmierzyć światopogląd wyniesiony z rodzinnej planety, z tym panującym w Federacji. Należy też pamiętać, że jeszcze kilka lat wcześniej Jaza wysadzał rodaków Dakala, gdy ci okupowali jego planetę. No i właściwie ostatnią osobą, do rozwoju której Thorne dodał interesujące szczegóły jest główny mechanik, dr Xin Ra-Havreii. I to nie jakieś szczególiki typu, że jest geniuszem (bo pewno i jest) i że ma luźny stosunek do płci przeciwnej (pewno, gdyby dać Bennettowi szansę to Xin spałby z każdą na pokładzie, mężatek nie wyłączając), a informacje dlaczego dla pozostałych wydaje się być ekscentrykiem, podczas gdy ma to związek z jego wychowaniem i przyswajaniem wiedzy. Choć jego ekscentryzm też jest problemem, choćby uparte dążenie, by Tytan jako pierwszy okręt wrócił do macierzystego portu w lepszym stanie niż z niej wyruszył, przez co często zamiast szybko naprawić uszkodzenie, gotów jest w tym celu wymienić pół okrętu. Wszystkie te drobnostki, które można zaobserwować przy postaciach, jak choćby słuchanie muzyki prze Ra-Havreii sprawie, że bohaterowie u Thorne’a wydają się znacznie bliżsi czytelnikowi, niż miało to miejsce wcześniej, co wyszło lekturze na dobre.

Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o fabule. Ta wypada przeciętnie, zarówno w porównaniu do innych książek, jak i do samych Treków. Nie ma w niej w ogóle zaskakujących zwrotów akcji, choć autor starał się kilka takich wprowadzić. Wraz z ujawnieniem faktu iż dwoje bohaterów przeniosło się w czasie o tysiąc lat wstecz (co następuje dosyć wcześnie w książce) wszystko staje się przewidywalne. Gdy jedna z postaci wspomina o zmianach jakie zaszły w przeszłości i że odpowiadała za nie Wyrocznia, wiadomo już iż stoi za tym jeden z bohaterów, którzy są w przeszłości. Podobnie z rozbitym okrętem klasy Luna. Mimo próby stworzenia napięcia u czytelnika, iż to Tytan został zniszczony, proces ten nie przynosi skutku. Każdy szczególik od początku upewnia czytelnika iż to nie Tytan, a jego siostrzana jednostka, która wzywała go na pomoc. Wszystko to sprawia iż scena w epilogu, gdzie Jaza odnajduje plakietkę okrętu, traci dla czytelnika wszelkie znaczenie. Nieco lepiej prezentuje się sytuacja pozostałych członków zwiadu, czyli Troi, Vale, Keru i Ra-Havreii. Ich losy zaprezentowane zostały lepiej, jednak z punktu widzenia czytelnika, tylko poprawnie, brakuje w niej niepewności, napięcia, tajemniczości. Interakcja bohaterów z otoczeniem stopniowo rozwiązuje problem książki, wszystko wydawałoby się w porządku, ale gdy nagle jedno z bohaterów zostaje uprowadzane przez miejscowych, zaraz pojawia się opis, że nic jej się nie stało, że wszystko będzie ok, że miejscowi chcą ich tylko przesłuchać. Podobnie sytuacja prezentuje się na Tytanie, tu również brak tego napięcia jest odczuwalny, a postęp wydarzeń typowy dla 40 minutowego odcinka, nie dla książki, gdzie czas ten nie jest tak ograniczony.

Podsumowując, bo tak naprawdę niewiele więcej można napisać o tej krótkiej książce. Czyta się naprawdę przyjemnie, dobrze rozpisano bohaterów i po zakończeniu tomu, ma się ochotę sięgnąć po kolejny. To wszystko daje jej, podobnie jak pierwszemu tomowi 4,5/6.