Archiwum kategorii: Seria warta przeczytania

Cykl Star Carrier

Star Carrier - Pierwsze uderzenieJakiś czas temu dzięki uprzejmości Sebastiana z popkulturka.eu miałem możliwość zapoznania się z najnowszą serią Iana Douglasa Star Carrier. Seria opowiada o losach marynarzy i pilotów myśliwców skupionych na lotniskowcu międzygwiezdnym USNA America, jak również towarzyszącym jej okrętom, w ich heroicznej walce o przetrwanie Ziemian.

Fabuła serii nie jest jakaś zaskakująca, jak to bywa w space operach. Ludzie rozpoczęli podbój kosmosu, w międzyczasie przeszli przez wyniszczającą wojnę – nazwijmy ją domową, bo brali w niej udział tylko ludzie, później trafili na obcych, potem kolejnych. I wreszcie stanęli przed ultimatum, albo przestaną się rozwijać i przyłączą się do Imperium, albo znikną z kart gwiezdnej historii. Ludzie z początku nie traktują jakoś poważnie ultimatum, między jego wystawieniem a jakąś formą jego realizacji mijają dekady. Ale z czasem zagrożenie staje się coraz bardziej realne i tu właśnie pojawia się lotniskowiec i Trevor „Piachu” Gray . No i w sumie to co najważniejsze, kosmiczne walki w tym również bratobójcze walki w wojnie domowej ludzkości.

Pozostawię w tyle fabułę i przejdę to tego co mi się w serii podoba i tego wręcz irytuje. A zacznę od tych gorszych spraw, by potem pokazując plusy pomóc o nich zapomnieć i jednak pozwolić ludziom sięgnąć po tę serię. ;)

Star Carrier - Środek ciężkościNajbardziej irytującym aspektem serii jest powtarzalność tekstów przez autora. Nie jest to jakiś wyjątek wśród autorów, ma to oczywiście za zadanie zwiększenie objętości tomu, ale dobre podejście do tego zagadnienia jest ważne. Weźmy takiego Webera, u którego często początek tomu to niemal kalka z poprzedniego, ale najczęściej z punktu widzenia innego bohatera. Natomiast Douglas ma tendencję powtarzać całe fragmenty, w sumie tylko po to by przypomnieć czytelnikowi podstawowe i niezbyt istotne tła bohaterów czy historii. Np. nie trzeba co tom przypominać, że główny bohater jest z ruin i że był „prymitywem” (czyli człowiek bez dostępu do nowoczesnej technologi), to jest wystarczy raz napisać i będzie się pamiętać. Tak samo jak nie ma sensu przypominać, że główny bohater zmienił doktrynę walki w kosmosie. Ok, w drugim tomie, gdzie zmiana doktryny zaszła wręcz trzeba, ale w trzecim, czwartym i piątym, gdzie stanowi już normę? Czytelnik nie mógł tego zapomnieć w kilka tomów, to nie 10 letni serial z 200 lub więcej odcinkami, gdzie widz może zapomnieć wydarzenia z jednego odcinka. Wyobrażacie sobie by twórcy SG-1 co odcinek przypominali jak Teal’c zdradził fałszywych bogów i przyłączył się do Ziemian? Albo by w Star Trek Voyager co odcinek przypominali jak Voyager dostał się na drugi koniec galaktyki? A tu jednak Douglas na to serwuje co tom. Przez co można często przeskakiwać całe akapity i zupełnie nic się traci z fabuły.

Innym problemem są obcy, z jednej strony duży plus za ich różnorodność, ich odmienność. Obcy którzy myślą inaczej, inaczej się komunikują, mają inne podejście do życia. Ale mimo to technologicznie nie ustępują ludziom, nie rozwijają się. Ich taktyka, niby inna, a jednak wszystko i tak sprowadza się do tego, kto silniej uderzy i szybciej. Autor niby ratuje się tu strachem przed rozwojem panów galaktyki, ale wydaje się to nie możliwe by wszystko stawało na etapie ledwo ponad zdobycie własnego układu gwiezdnego. W trakcie pokoju, nawet jeśli jest się ograniczonym powinno się jednak spodziewać większego rozwoju.
Niby mamy różne rasy, różne potrzeby, a jakoś nie potrafią koegzystować. Są do tego zmuszani przez właśnie panów imperium. Z jednej strony to minus, którego autor przez 5 tomów nawet nie zaczął tłumaczyć, ale pozostawiam mu tu cienką nic zaufania, że jednak postara się to odpowiednio poprowadzić.

Kolejnym minusem jest taktyka walki w kosmosie. Użycie myśliwców i prędkości pod świetlnych jest świetne, ale z drugiej unikają proste aspekty tych walki, choćby to wprowadzenie piasku, który blisko prędkości C jest tak niszczycielski, ze zadziwia tak rzadkie jego używanie oraz fakt, że druga strona nie ma odpowiednika w swoim arsenale. Do tego, ja osobiście przy wojnie na wyniszczenie, jaką toczą ludzie w tej serii, nie wahałbym się na używanie tej broni w każdym starciu. A tu autor unika walk z jego użyciem za wszelką cenę, wręcz szukając nawet argumentów przeciw jego stosowaniu.
Star Carrier OsobliwośćRazem z rozwojem broni, jest problem z rozwojem technologicznym Ziemian. Po 3 tomie mamy przerwę w wydarzeniach na naście lat. Z jednej strony mamy przeskok technologiczny, latamy szybciej, lepiej, lepiej walczymy, ale nie ma uzasadnienia to w wydarzeniach w książkach. Brakuje informacji dlaczego nastąpił postęp. Nie wiem przejęta technologia, przełom naukowy, cokolwiek. A tu nic nie ma, po prostu tysiące lat świetlnych zamiast rok lata się dni. Nie mówię nie takim zmianom, ale dajmy czytelnikowi powód dlaczego. Weber w swojej wojnie w Honorverse ma całą całe dywizje badaczy, ukryte kompleksy i przełomy wprowadza stopniowo. Co więcej stare często występuje równo z nowym i to nowe musi się dostosowywać. Tu tego brakło. I jest to duży minus, bo gdyby zamiast 1/3 nie ważnych powtórzeń autor dał przykład tego rozwoju, przebudowy statków to czwarty tom byłby dwukrotnie lepszy niż jest.

Przedostatnim minusem jest tunel czasoprzestrzenny przenoszący wydarzenia blisko miliard lat wstecz. Tunel – OK. Podróż w czasie – OK. Ale dlaczego jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Czemu zmiana wydarzeń w przeszłości w żaden sposób nie zmienia teraźniejszości? Dlaczego kosmici rządzą miliard lat temu, kierują wydarzeniami w teraźniejszości, a jednak w żaden sposób nie wykorzystują tę przewagi. Wydaje mi się, że ten pomysł genialne wyglądał na szkicu. Imperium galaktyczne, którego granice rozciągają się nie tylko w przestrzeni ale i w czasie. Ale próba rozbudowy tego na kartach powieści się nie powiodła. Pytanie czy autor będzie wstanie to pociągnąć czy też będzie próbował to zatuszować wprowadzając nowych obcych?

Ostatni aspekt, który mnie razi to sztuczna inteligencja. W pierwszych tomach pomysł autora o ich ograniczeniach, o pomocy ludziom tam gdzie już ludzki mózg nie daje rady odpowiednio szybko przetwarzać informacji (jak walki w kosmosie) czy wręcz ludzkie ciało nie wytrzymuje (sondy, czy autopilot). Naprawdę nie można złego słowa powiedzieć. Mamy sztuczną inteligencję, ale nie opuszcza ona sztywnych ram bycia maszyną. Pomaga ludziom robić wszystko szybciej, lepiej dokładniej, a jednocześnie nie ma ona znamion samostanowienia. I nagle na scenę wkracza Konstantin. Sztuczna inteligencja na księżycu, która nie tylko jest samoświadoma, to jeszcze zaczyna tworzyć plan rządzenia ludzkością. Wszystko co było było wcześniej mówione, niszczy taka jednak AI. Tworzy nową religię, a ludzie to kupują, tworzy plan walki, wirusy. Wszystko to czego ludzie się obawiali, wszystko przed czym autor przestrzegał w pierwszych tomach nagle zaczyna istnieć w tym świecie. I co więcej nikt nie widzi w tym żadnych problemów. Bardzo przepraszam, ale skąd ta zmiana? Co dalej Bolo czy inne automatyczne myśliwce? Ludzkość boi się mitycznego imperium, ale istnieje ryzyko że ich własna wersja SkyNetu ich wkrótce ograniczy.

Nie są to oczywiście wszystkie bolączki serii, ale te które jednak się pamięta po czytaniu. Przejdźmy teraz do aspektów, które plusują w serii, będzie co prawda krócej niż z minusami, acz plusy mocne.

Star Carrier OtchłańPo pierwsze walki kosmiczne. Przenoszenie myśliwców w przez lotniskowce, zrzucanie ich minuty świetlne od celu, rozpędzanie się do blisko C. A następnie lot w ciemno na przeciwnika, nim światło dotrze do niego i go ostrzeże o nadciągającym zagrożeniu. Świetny motyw, świetnie wykorzystany. Motyw totalnie nienadający się do filmów czy telewizji, więc właściwie nie znany. Ale naprawdę o takich walkach można czytać. Najpierw atak małych lekkich i szybkich myśliwców. Prosta broń, która dzięki prędkości osiąga zabójczą skuteczność. A potem ewentualnie klasyczne walki dużych okrętów, które docierają na pole walki z opóźnieniem związanym z wolniejszymi przyśpieszeniami. Motyw, który autor najlepiej wykorzystał w pierwszym i piątym tomie. W pierwszym bo nowość w podejściu do walki, w piątym, bo następuje tu bratobójcza walki ziemian, a więc walka bez jakiś niespodziewanych zagrań, które muszą obrócić bieg wydarzeń na korzyść bohaterów.
Kolejny plus serii to przewijające się aspekty 400 letniej historii ludzkości. Wojny domowe, nowe podziały, nowe sojusze. Do tego całość na tyle nieszczegółowo opisana oraz posiadająca dostatecznie podłoże w dzisiejszych wydarzeniach, że jest jak najbardziej prawdopodobna. Izolacja Hegemonii Chińskiej, czy Teokracji Islamskiej. Czy sojusz Północnej Ameryki z Unią Europejską. Do tego Rosja niby razem z Zachodem, a jednak wciąż osobno. Wszystko możliwe, szczególnie jak spojrzymy na to co się ciągle dzieje w XXI wieku.

Za to pojawienie się Białej Konwencji mówiącej o ograniczeniach religijnych. Zgadzam się, że religia jest pewnym problemem w historii. Że fanatycy przyczyniają się do wojny czy problemów społecznych. Ale nie wierzę, że ludzkość pozwoliła by sobie stłumić poglądy religijne prawem, do tego stopnia, że mówienie o religii stałoby się przestępstwem. Nie wyobrażam sobie, by ktoś dał radę takie prawo przeforsować, ani tym bardziej je egzekwować. Oczywiście technologia, która pojawia się w serii, mogłaby pozwolić na taką kontrolę, ale kto by się zgodził na jej posiadanie. Przecież Orwell i jego rok 1984 powinien był ludzkość przed tym uprzedzić.

Star Carrier - Ciemna materiaKolejnym aspektem plusującym książki są peryferia i ta część ludzkości, która z wyboru lub konieczności wyrzekła się technologii, a jednocześnie nie jest jej totalnym przeciwnikiem. Duży plus, że jednostki z peryferiów są właściwie naszymi odpowiednikami (naszymi, czyli ludzkości z początku XXI wieku). Dzięki nim możemy obserwować zmiany jakie zachodzą w społeczeństwie przez te setki lat. Mamy punkt odniesienia. Dzięki temu autor nie musi wprowadzać np. zahibernowego bohatera, który nam te zmiany będzie pokazywał (jak zrobił to Hemry, w Zaginionej Flocie).

Na koniec pozytywnych rzeczy w książkach, kilka smaczków. Pierwszy z nich tyczy się napędu stosowanego w serii. Jest to napęd Alcubierre’a. Polegający na zaginaniu przestrzeni wokoło obiektu. Rzadko stosowany napęd w space operach, ale jest on mocno inspirowany serialem Star Trek.

Kolejny smaczek, to lokalizacja planety Wolkan. Niemal identycznej planety do Ziemi, gdzie nie ma potrzeby terraformingu by ludzkość mogła tam żyć. Jej lokalizacja jest identyczna z tą serialową – 16 lat świetlnych od Ziemi w układzie 40 Eridani.. Jest to miłe puszczania oczka do fanów.

No i krótkie podsumowanie pierwszych pięciu tomów:
Pierwsze uderzenie – 4/6 za powiew nowości w space operze.
Środek ciężkości – 4/6 za utrzymanie tego powiewu świeżości.
Osobliwość – 3/6 za przekombinowanie obcych, za mieszanie podróżą w czasie.
Otchłań – 4/6 za powrót na dobre tory, bez jakiś imperiów rozciągających się w czasie, za walki, za nowych obcych.
Ciemna Materia – 3,5/6 i tu choć wojna domowa ciągnie w górę, tak w prowadzenie obcych, dla których jesteśmy jak jakiś błahy owad, które się nie widzi do samego końca aż się go zdepcze jest motywem ciągnącym ocenę w dół. Więcej prawdopodobna konieczność przyśpieszonego rozwoju z możliwością sojuszu z wrogiem, który chce obecnie naszej eksterminacji, która najpewniej nastąpi w następnych tomach też nie ciągle oceny w górę (acz mam nadzieję, że się mylę).
Więc czy mogę polecić serię? Nie jest to seria, mimo początkowego wrażenia, która pomysłami będzie znacznie wyróżniać na tle innych kosmicznych oper. Acz ma sporo wartych uwagi pomysłów. Ciekawych i interesujących obcych, jest też uniwersalny translator, na szczęście mocno kulejący. Problemy zaczynają się gdy autor zaczyna wprowadzać zbyt potężnych kosmitów. Ale to jest problem który dotyka wszystkich (Ori, Q, Borg, Replikatory), a mamy tu jeszcze początkową sytuację, gdzie autor może się obronić, odpowiednio prowadząc historię, a nie zmieniając niepokonanych żałosne namiastki tego co pokazano na początku. Więc wciąż warto sięgnąć po serię.

Cykl Schronienie

Rafa ArmagedonuSchronienie to najmłodsze dziecko Davida Webera, które powoli ale systematycznie rośnie w szczegóły. Jest to rozwinięcie pomysłu, który pojawił się już w ostatniej części trylogii Dahak. Ludzkość uciekając przed śmiertelnym wrogiem, znajduje swoje Schronienie i celowo cofa się w rozwoju do okresu średniowiecza. By zapobiec ruchom odrodzenia, przywódcy misji tworzą religię ograniczającą wszelkie nowotechnologiczne dążenia. Ale jest i mechanizm bezpieczeństwa, który ma pomóc odzyskać utraconą wiedzę…

Fabuła, zwłaszcza z początku, prezentuje się bardzo sztampowo. Ludzkość dobiła do gwiazd, rozpoczęła swoją kolonizację coraz dalej i dalej, aż wreszcie trafiła na obcą rasę, którą nazwała Gbaba. Gbaba nie okazali się zbyt przyjemni i postanowili wybić ludzkość do zera. Aż wreszcie, po bardzo długiej i krwawej wojnie udaje im się zapędzić ludzkość do jednej planety i otoczyć. Ale ludzie w swojej naturze nie mają ulegania obcemu przeciwnikowi i do samego końca próbują się wybić z okrążenia. W końcu jednej grupie się dopisuje szczęście i udaje się wyrwać z oblężenia. Grupa statków oddala się w nieznanym kierunku, byle jak najdalej o terenów kontrolowanych przez Gbaba, by założyć nową kolonię, ostatnią nadzieję ludzkości. Po dziesięciu latach ucieczki, odnajdują świat na którym postanawiają się ukryć. Nazywają go Schronienie.

Schizmą RozdarciPlan Schronienia jest banalny, utrzymanie rozwoju kolonii na dość prymitywnym poziomie, by ludzkość ponownie odzyskała odpowiednią liczebność, a następnie, po kilku pokoleniach, szybko rozwój do poziomu sprzed kolonizacji. Jednak w grupie, która miała przygotować kolonię nie wszystko układa się jak powinno. Część pod przywództwem Longhorna, jedyną przyszłość dla ludzkości widzi w całkowitym cofnięciu się od techniki. A nierozłączną dla ludzkości chęć rozwoju, postanawia poskromić religią, z bardzo surowymi karami za wszelkie przejawy postępu. Grupa ta wybija również swoich opozycjonistów, ugruntowując tak swoją władzę oraz niszcząc większość wiedzy przygotowanej dla następnych pokoleń.

800 lat później, ukryty w jaskini, awatar Nimue Alban, która oddała już raz swe życie za kolonię, odzyskuje świadomość. Przed Nimue stoi nie łatwe zadanie, przywrócenia kosmosu ludzkości. Tej resztce ludzkości, która tłamszona przez religię stoi z rozwojem na epoce renesansu. Po przeanalizowaniu obecnej sytuacji w Schronieniu, Nimue za początek swoich przemian wybiera Królestwo Charisu, które oddalone od centralnych władz kościelnych, już teraz jest w niełasce. Jednak jeszcze jeden mały szczegół utrudnia jej zadanie, społeczeństwo jest silnie patriarchalne, więc miałoby problem z przyjęciem wiedzy od kobiety. Zmienia więc swoją płeć i zostaje Merlinem. I pod jego postacią rozpoczyna swoją działalność.

Mapa SchronieniaPrzy okazji Honorverse wspominałem, że olbrzymim atutem książek Webera jest kreowany świat, szczególnie dbałość autora o szczegóły. Weber tworzy świat w którym mapy nie zmieniają się co książkę, odległości i czas ich przebywania mają znaczenie dla fabuły i bohaterów. W uniwersum Honor dotyczy to sporej części galaktyki Drogi Mlecznej, w przypadku Schronienia dokładność ta odnosi się jednej planety (przynajmniej na razie). W Schronieniu odległości i pogada ma znaczenie i to nie mniejsze niż ukształtowanie terenu, gdy zatoka nie mieści całej floty a zbliża się sztorm, to kampania musi zaczekać aż warunki pozwolą na ruchy flot czy wojsk.

Kolejnym i to ponownie plusem książek Webera jest polityka. Tu odgrywa ona jeszcze większe znaczenie niż w Honorverse. W Honorverse jest ona tłem dla wojen, tu wojny a raczej wojna, bo tylko jedna toczy się w tej serii, jest tłem dla skomplikowanego systemu politycznego. I choć ponownie można znaleźć sporo podobieństw do Ziemskich państw na przestrzeni historii, to nie licząc Imperialnej Wielkiej Brytanii, która powraca ze względu na swoją marynarkę, tym razem mamy aspekt religijny. W Schronieniu mamy dwie główne strony konfliktu – nie licząc oczywiście Gbaba, którzy przyczynili się do powstania kolonii – pasterza ludzkości, Kościół Boga Oczekiwanego oraz schizmatyków czyli Królestwo Charisu. O ile o samym Charisie nic nowego nie mogę napisać, podobnie jak Manticore czy Wielka Brytania jest rządzone przez monarchę, swoją siłę zawdzięcza silnej flocie (zarówno handlowej jak i wojennej). Jedyną nowością jest schizma, podobnie jak Anglia, Charis wystąpił z panującego Kościoła. Choć trzeba przyznać, że powód mieli poważniejszy niż szesnastowieczna Anglia, bo nie chodziło o rozwód tylko o przetrwanie królestwa, gdy wrogie floty, pod błogosławieństwem Kościoła, już płynęły na podbój.

Herezją NaznaczeniZa to Kościół Boga Oczekiwanego to naprawdę ciekawy twór, posiada wiele cech Kościoła Rzymskokatolickiego za czasów Państwa Watykańskiego. Samo w sobie posiada niewiele ziem czy armii, za to ma ogromny wpływ na cały świat. Grupa oficerów która stworzyła ów kościół czerpała pełnymi garściami z historii Chrześcijaństwa, siebie przestawiła jako archaniołów, wykorzystując technikę do ugruntowania swojej pozycji. Stworzyła nawet Świętą Inkwizycję, która dba o czystość myśli i ducha poddanych – czyni to w barwach i sposobach znanym z tym Chrześcijańskiej Świętej Inkwizycji. Niewielka Grupa Czworga, która siedzi sobie bezpiecznie w murach Świątyni decyduje o losach całego schronienia, jednym ruchem ręki potrafi wykreślić dowolną krainę z map i rozkazać pozostałym by się do tego stosowały. Aż do czasu, gdy jedno królestwo sprzeciwia się tym praktykom wywołując lawinę, która zmienia świat.

Potyczki, to jest to co czytelnicy lubią najbardziej i w tej sprawie Weber nigdy nie zawodzi. Dzięki rozwojowi przemysłu i uzbrojenia seria na bitwy narzekać nie może. Od morza po ląd, pojedynki artyleryjskie, abordaże, szarże piechoty, w serii jest wszystko czego można zapragnąć. Zmiana taktyki następuje nie tylko na morzu ale i na lądzie, gdzie zastosowanie snajperów i oczyszczanie pola bitwy z oficerów wywołuje nie mniejszy szok w szeregach walczących niż pełna salwa burtowa z nowych galeonów. Oczywiście owy pomysł na cofnięcie rozwoju ludzi i następnie próba jego odzyskania nie jest niczym nowym, sam Weber podchodził do takiego tematu w trzeciej części Dahak, czy razem z Ringo w Marszu. Nawet nowa Battlestar Galactica kończy się podobnym pomysłem. Ale Weber osiąga tu nowe wyżyny, właśnie dzięki dokładności z jaką podchodzi do tematu.

Ale sama seria nie ustrzegła się minusów. Najbardziej rzucającym się w oczy a przez to irytującym są imiona i nazwiska postaci. Ich pisownia jest celowo udziwniona, trudna w wymowie jak i czytaniu, a często też podobna (między skrajnie różnymi postaciami), co często wymusza korzystanie z pomocy znajdującej się na końcu książki. Jest jeszcze mały minus, jest nim Nimue-Merlin, zmiana płci awatara. Cały ten motyw jest lekko denerwujący, na szczęście poza wstępami właściwie pomijany marginalny. Kiedyś napisałem, że również polityczna część serii jest jej minusem, ale teraz będąc już po trzech książkach zmieniłem zdanie. Co prawda aspekty polityczne potrafią przynudzać, ale w trzecim tomie są już odpowiednio wyważone z bardziej żwawymi wątkami fabularnymi.

To właściwie wszystko, co powinno przyciągnąć nowych czytelników do serii, jeszcze tylko jak pokrótce prezentują się poszczególne tomy:
Rafa Armagedonu – historia powstania Schronienia oraz obrony Królestwa Charisu przed skreśleniem z map i historycznych przemian na planecie. Za ten wstęp do schizmy należy się 5/6.
Schizmą Rozdarci – to z kolei najbardziej przegadana część serii, powstanie Imperium Charisu z przyłączenia Chisholmu do Charisa oraz reakcja Świątyni na otwarte wystąpienie przeciw Kościołowi, tylko z niewielką akcją odwetową Charisu za rzeź przy przejmowaniu jego floty handlowej. Trochę słabiej niż w pierwszej książce, ale wciąż zasługuje na 5/6.
Herezją naznaczeni – zmiany w Charisie są już na tyle głębokie, że może on zacząć kampanie przeciw Grupie Czworga, wpierw musi jednak podbić Corisand, wrogie księstwo, które próbowało, na życzenie władz Świątyni, zniszczyć Charis. Jest to jednak duże państwo i atak z morza nie wystarczy, potrzebna jest piechota i to ona odgrywa w książce pierwsze skrzypce. W tym samym czasie Lojaliści Świątyni spiskują przeciw schizmatykom i cesarzowej. No a Grupa Czworga planuje krwawe powstrzymanie schizmy. Na razie najlepsza książka 5,5/6.

Honorverse – Cykl Honor Harrington

Honor HarringtonKilka dni temu pisząc o książkach Johna Ringo, wspomniałem również o innym współczesnym autorze militarnej SF, o Davidzie Weberze. Książki Ringo oznaczają się lekkością i humorem, świetnymi walkami piechoty i barwnymi postaciami, dokładnie odwrotnie jest u Webera, który tworzy olbrzymie i szczegółowe światy, z pełnym przekrojem społecznym i politycznym, a bitwy skupiają się na potyczkach flot. I takim właśnie światem jest uniwersum Honor Harrington, zwanej półoficjalnie przez fanów gatunku Honorverse. Innym światem Webera, które powoli ale stale rośnie do podobnych rozmiarów, jest Schronienie, o którym na pewno wkrótce coś na napiszę (w Polsce ukazały się już trzy tomy).

Honorverse jest tak rozległe, że nie bardzo wiem od czego zacząć. Obecnie w skład świata wchodzi 12 tomów głównego cyklu, 5 zbiorów opowiadań, 5 tomów uzupełniających – które skupiają się np. na przyjaciołach głównej bohaterki, gra planszowa i seria albumów z opisami jednostek (miała być jeszcze gra internetowa, zapowiedziana została w 2008 roku, ale obecna sytuacja na stronie gry, nie wskazuje by dane dam było się jej doczekać). A należy również napomnieć, iż kolejne tomy są już na różnych etapach wydania (od zapowiedzi, po wstępne przygotowanie w redakcji). Ale czytelniku, nie przerażaj się ilością materiały, bo uniwersum rozwijane jest od blisko dwudziestu lat – pierwszy tom, Placówka Basilisk, ukazał się drukiem w 1993 roku, w tłumaczeniu na nasz język dostaliśmy go od REBISu w 2000 roku. Obecnie polskie półki są lekko do tyłu, ale stale wydawanie dają szansę na dogonienie wydań w oryginalnym języku. Pełny spis książek (na bieżąco aktualizowany) z uniwersum znajduje się na forum Orion Tokra, jest tam również niewielka rozpiska dotycząca kolejności czytania, ponieważ niektóre opowiadania wprowadzają postacie, które później pojawiają się w głównych tomach, oraz czasem akcja niektórych ksiąg dzieje się mniej więcej równocześnie, więc warto na to zwrócić uwagę, by nie spoilerować sobie wydarzeniami z gromady Talbot o akcji w królestwie Manticore.

Krążowniki HonorverseMamy rok 1900 PD (Po Diasporze – lat PD liczą się od roku wysłania pierwszego statku kolonizacyjnego przez ludzi, co nastąpiło w 2103 roku kalendarza gregoriańskiego), młoda komandor obejmuje dowództwo na lekkim krążowniku Fearless, który został oskubany prawie z całego regularnego uzbrojenia, by zamontować w nim prototypy nowych zabawek. Tak zmieniona jednostka bierze udział w manewrach i po początkowym sukcesie zostaje celem numer jeden, zawsze eliminowanym w pierwszej kolejności. W ramach nagrody jednostka zostaje wysłana na odległą placówkę Basilisk, gdzie lekki krążownik wykonuje zadanie przeznaczone dla trzech ciężkich. Sytuacji nie ułatwiają napięte stosunki z Ludową Republiką Haven, która chciałaby zająć Basilisk dla własnych celów. Młoda komandor musi udowodnić, że Królewska Marynarka nie jest łatwym orzechem do zgryzienia, dla nawet tak potężnego tworu jak Haven. Właśnie w tych niesprzyjających okolicznościach poznajemy główną bohaterkę cyklu, razem z jej przyjaciółmi i niektórymi wrogami, z których większość będzie wracać w różnych tomach i będą odgrywać rolę większą niż tylko zaznaczenie swojego istnienia. Młoda, piękna i co najważniejsze – zabójczo utalentowana Honor Harrington oddaje pierwszy strzał w wojnie, która na zawsze zmieni oblicze świata. A czytelnikowi przyjdzie w tej wojnie uczestniczyć przez przynajmniej dwie dekady, nie zawsze kibicując tej samej stronie.

Mapa HonorverseWeber może i nie ma talentu do pisania lekkich i dowcipnych książek (mimo iż czyta się je naprawdę przyjemnie i szybko), ale za to jego bohaterowie i tło posiadają swoją historię, głębię i motywację. Wystarczy tylko spojrzeć na tło polityczne serii, to nie są proste twory z góry ustalonymi przywarami typu dobre i sprawiedliwe Królestwo Manticore, zła i podstępna Ludowa Republika Haven, tylko skomplikowane systemy, zupełnie jak realne twory. Nie jest to takie zadziwiające, gdy zauważy się iż sporo z książkowej polityki możemy znaleźć w historii naszej planety – przynajmniej na pozycjach wyjściowych, bo im dłużej Weber tworzy Honorverse, tym bardziej kraje te ewoluują i się zmieniają. I tak:
– Królestwo Manticore to Wielka Brytania okresu kolonializmu, mały kraj z niebywale silną flotą;
– Ludowa Republika Haven to mieszanka krajów komunistycznych głównie Francji z czasów Wiosny Ludów i ZSRR;
– Imperium Andermarskie jest skrzyżowaniem Cesarstwa Pruskiego i Chińskiego;
– Liga Solarna będąca największym tworem państwowym w książce, jest luźną formacją planet, przypominająca częściowo Ligę Narodów, ale będąca jeszcze bardziej zdegradowaną, przeżartą korupcją instytucją.
Oczywiście nie są to wszystkie państwa czy instytucje jakie występują w cyklu, ale polityka się na tyle dobrze rozpisana i nieliniowa, że nie ma sensu przytaczać tu ich wszystkich. Demokratyczne zmiany władzy i kierunków polityki są tak samo obecne w książkach jak zamachy i pucze wojskowe.

W książkach pojawiają się też kosmici. Przez całą serię czytelnik i bohaterowie mają przyjemność obcowania z Treecatami, inteligentnymi futrzakami, przez niektórych traktowanych jak ziemskie kociaki, ale nie ma nic bardziej mylnego w takim określaniu tych stworzeń. Są one piekielnie niebezpiecznymi myśliwy, a do tego posiadają pewnego rodzaju zdolności telepatyczne, dzięki czemu łączą się z ludźmi w pewnego rodzaju pary i pozostają razem, aż do śmierci. Ale Treecaty nie są jedynymi kosmitami z jakimi można się spotkać w książkach, są jeszcze przynajmniej dwie inne inteligentne rasy, niestety jedna już wymarła nim ludzkość zaczęła podbijać kosmos, a o drugiej wiele na razie się nie mówi, poza tym że jest… Temat kosmitów, jest w książkach bardzo zmarginalizowany, ale Weber pozostawił otwartą furtkę, gdyby ktoś, kiedyś chciał go rozwinąć, ma taką możliwość i to bez szkody dla głównego nurtu serii.

I tak przechodzę do ostatniej najważniejszej części Honorverse, małych, średnich i wielkich starć okrętów. Doskonale rozpisane potyczki i bitwy z udziałem okrętów, które ewoluują przez całą serię. Od pojedynków składających się z salw po kilka rakiet, po starcia flot z salwami tak licznymi, że przysłaniają gwiazdy. Można co prawda znaleźć w nich odniesienia do morskich pojedynków artyleryjskich które zostały przeniesione na warunki kosmiczne (sam autor przyznaje, że czerpie inspiracje z historycznych bitw morskich), ale charakteryzują się one świetnie rozpisaną taktyką starć i spójną fizyką, która zachowuje sporo realności ze tą znaną nam obecnie (z drobnymi wyjątkami, np. takim jak czas wykrycia anomalii grawitacyjnych, który w książce jest 16x szybszy od prędkości światła). Co więcej cały cykl wypełniony jest dokładnymi danymi jednostek, ich możliwościami i ograniczeniami. Wszystkie te szczegóły, obecne podczas czytania, pozwalają czytelnikowi analizować i prowadzić kampanie razem z bohaterami.

Podsumowując, Honorverse to zbiór świetnych książek space opery, charakteryzujących się bardzo dobrze wykreowanym światem. Książki ze świata Honor Harrington mogę polecić każdemu czytelnikowi rozpoczynającemu swoją przygodę z SF (dla osób obeznanych z tematyką, Honorverse jest oczywiście pozycją obowiązkową), z taką małą uwagę, po przeczytaniu już pierwszej poprzeczka względem podobnej literatury (jak i innej formy SF) znacząco wzrośnie. ;)

Tym tematem, ledwo zahaczyłem o serię, jeszcze na pewno do niej na blogu wrócę, w końcu przez te dwie dekady powstało tyle wątków o których można by pisać, że trzeba tylko znaleźć na to czas. Na pewno wielu czytających notatkę a znających serię zdziwił brak choćby zdania o Manpower, czy raczej Mesie, czy raczej Równaniu, ale jak wynika z ostatnich tomów, sprawa jest na tyle zagmatwana, że wymaga osobnego wpisu. Wśród tematów oczywiście będzie wojna Manticore vs Haven, czy Manticore vs Liga, czy rozwój uzbrojenia, ale każdy z tematów zasługuje na więcej uwagi, niż tylko akapit w ogólnych wpisach.

I na koniec garść ciekawostek.
The Great ResizingSpora ilość książek Honovrerse jest dostępna online, niestety tylko po angielsku.
Weber po napisaniu kilku pierwszych tomów zajął się przygotowaniem gry planszowej, gdzie podczas prac okazało się, że jego opisy wielkości jednostek zostały przeszacowane (chodzi o fakt, że przy takiej masie jak miały, nie mogły mieć tak dużych wymiarów), więc wymiary zostały poprawione, a nowe wielkości na stałe przypisane do danych klas jednostek. Różnice między masą a tonażem można zobaczyć na grafice obok.
W internecie od dawna krążą plotki o możliwości ekranizacji serii (głównie stworzenia anime), na razie ponad plotki nic nie wyszło, choć sam Weber zapytany o ekranizację, powiedział że zastanawiał się nad taką możliwością, choć bardzo ciężko byłoby znaleźć aktorkę pasującą do roli Honor, najbardziej w tej roli widziałby (wówczas) Claudię Christian (Susan Ivanowa, Babylon 5), która co prawda wyglądem nie pasuje, za to bezbłędnie oddałaby charakter Honor..
Imię i nazwisko głównej bohaterki nie jest do końca przypadkowe, jej inicjały to celowe nawiązanie do Horatio Hornblower z książek C.S. Forester.
Dla osób, które już znają serię i szukają podobnych klimatów, to najbardziej zbliżona jest seria Zaginiona Flota (The Lost Fleet) Jacka Campbella. Pod względem politycznego tła w ogóle nie rywalizuje z książkami Webera, ale opisami bitw może już śmiało wstawać z nim do pojedynków.

Cykl Looking Glass

Vorpal BladeDo tej pory starałem się opisywać książki z osobna, ale głównym powodem takiego postępowania był fakt, że jeszcze nie znałem (nie przeczytałem) kolejnych części (choć wiele zaległych książek czeka by w końcu napisać i o nich kilka słów) . Często jednak serie są na tyle krótkie i na tyle szybko się je czyta, że łatwiej przeczytać całość a dopiero potem ocenić. I taką jest serią jest Looking Glass Johna Ringo i Travisa S. Taylora. Składa się z czterech książek choć początkowo miała to być pojedyncza powieść, ale przez lata Ringo i Taylor dopisali kolejne części i mam szczerą nadzieję, że jeszcze kiedyś dopiszą kolejne, mimo iż ostatni… ale może nie będę opisywał końca w pierwszym akapicie.

W Polsce ukazała się do tej pory jedna książka serii „Into the Looking Glass” i dostała tytuł „W lustrze”, co moim zdaniem jest mylnie nadanym tytułem. W drugim tomie, kiedy ma dojść do nadania nazwy pierwszemu Ziemskiemu okrętowi kosmicznemu, nazwa portali zostaje wytłumaczona. Ponieważ w nadaniu nazwy uczestniczyli kosmici, zadumali się oni nad ludzką filozofią i byli zdziwieni, iż ludzie nie nazwali portali lustrami (z angielskiego mirrors), gdyż to one przypominają, a właśnie zwierciadłami. Może i moja propozycja też nie jest najlepsza, ale myślę bardziej oddaje sens założeń autorów, niż oficjalne tłumaczenie.

W tym miejscu powinienem choć po części przybliżyć fabułę, ale muszę wpierw wspomnieć o bardzo istotnej części książek o technobełkocie. Dla większości moich czytelników pojęcie na pewno znane, jednak pozostałym należy się małe wytłumaczenie. Technobełkot to opis świata, zdarzenia, urządzeń stosujący znaną lub nieznaną współcześnie naukę, ale robiący to w sposób jak najbardziej wiarygodny ale często niezrozumiały dla zwykłego czytelnika. Za najbardziej utechnobełkoczone medium należy Star Trek, ale myślę że gdyby Looking Glass pociągnąć jeszcze z kilka książek, to Star Trek straci swą szalę pierwszeństwa. Za całą tą fizyczną otoczką stoi właśnie Travis S. Taylor, doktor i magister w tylu specjalnościach, że właściwie nie mam miejsca na ich wypisywanie. ;) Zupełnie przy okazji należy dodać, że dr Taylor posłużył za wzór dla jednej z głównych postaci serii dr Williama Weavera.

Into the Looking GlassInto the Looking Glass

Ale wróćmy do treści. Na Uniwersytecie Centralnej Florydy dochodzi do eksplozji wstępnie szacowanej na 60 kiloton. Władze podejrzewają wypadek nuklearny na uniwersytecie, ale siły wysłane na miejsce w celu zbadania okolicy nie stwierdzają promieniowania, co więcej w epicentrum znajdują czarną kulę z której wypadają dwa dziwne, przerośnięte pająki. Sprowadzony na miejsce dr Weaver stwierdza, że anomalia to wynik eksperymentu nad bozonami Higgsa, anomalią są portale łączące różne punktu we wszechświecie. Dokładnie różne planety, na których ktoś pracował nad podobnymi cząstkami. Wśród kilku bram znajdują się takie, które łączą do planet na których jest inteligentne życie. Jedną z takich ras okazuje się Dreen, Najprościej byłoby mi opisać ich jako biologiczną odmianę Borga, ale pewno wielu czytelników nie zna na tyle dobrze Star Treka, by taki opis wystarczył. Dreen to ekspansyjna rasa, która zdobywa nowe tereny przemieniając podbijane ekosystemy na swoją podobiznę. A wszelkie biologiczne formy pochłania by stworzyć więcej swoich. Taki los miał też spotkać Ziemię i jej mieszkańców, ale ludzi stawiają zbrojny opór, wykorzystując do tego wszelką znaną sobie broń, w tym nowe najnowsze zabawki – mechy bojowe – Wywerny.

Vorpal Blade

USS Nebraska SSBN 739Kiedy widmo zniszczenia Ziemi zostaje oddalone – portale prowadzące do światów Dreenów są zdestabilizowane – ludzkość może zająć się własną kolonizacją i rozwojem. Ale od jeńców pojmanych w trakcie destabilizowania portali, ludzie dowiadują się, że Dreen ma również możliwość lotów międzygwiezdnych, a przez to może rozprzestrzeniać się bardziej konwencjonalnie. Choć taki sposób jest wolniejszy, to jego jest nieuniknione.
Ziemianie wraz sojusznikami budują pierwszy okręt międzygwiezdny Alliance Space Ship Vorpal Blade – za nazwę odpowiedzialni głównie byli sojusznicy, rasa Adar, z którą kontakt nawiązano przez jedno ze zwierciadeł w mniej więcej tym samym czasie co na Ziemię nastąpiła pierwsza inwazja Dreen. Vorpal Blade powstał na bazie ziemskiego okrętu podwodnego SSBN Nebraska, podwodnego okrętu klasy Ohio, przenoszącego rakiety balistyczne. Jego pierwszą międzygwiezdną misją ma być zbadanie okolic Układu Słonecznego. Jedną z pierwszych planet z życiem jest planeta na której jakaś rasa kilka milionów lat wcześniej zaczęła swoją odmianę terraformacji, ale zdaje się jej nie dokończyła. Większość stworzeń na planecie to coś jak skrzyżowanie ośmiornicy z krabem, zarówno roślinożerne jak i drapieżniki, które postanawiają skosztować niespodziewanych gości. Mocno poturbowany spotkaniem tych dziwnych istot Vorpal Blade postanawia kontynuować zwiad. Kolejnym światem, jaki znajduje załoga pierwszego międzygwiezdnego okrętu jest planeta prawie dwumetrowych szynszyli, ze społeczeństwa będącego u progu odrodzenia. Ale atakowanych przez Demony. Po krótkim pobycie na planecie Vorpal Blade wraz z załogą staje się celem dla owych Demonów. By przetrwać okręt wytacza cały swój arsenał…

Manxome FoeManxome Foe

Po pierwszej udanej misji międzygwiezdnej i po spędzeniu pół roku w stoczni na odbudowie po tej samej misji, Vorpal Blade jest gotowy ponownie wyruszyć w kosmos, by odkrywać nieznane. Tymczasem zostaje utracony kontakt z placówką archeologiczną położoną 514 lat świetlnych od Ziemi, w pobliżu Pasa Oriona. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za zniszczenie placówki odpowiadają Dreen, więc sojusz wysyła swój najlepszy a zarazem jedyny okręt by sprawdził co się stało. Po dotarciu na miejsce Vorpal Blade rozpoczyna przeczesywanie okolicznych układów by znaleźć odpowiedzialnych za atak na placówkę. W trakcie poszukiwań bohaterowie natrafiają na flotę Hexosehr, na resztę z niegdyś wspaniałej rasy, obecnie uciekające przed Dreen. Vorpal Blade razem z kilkoma ostatnimi jednostkami floty wojennej Hexosehr staje naprzeciw nadciągającym siłom Dreen…

Claws that Catch

Claws that CatchCzwarta i obecnie ostatnie książka z serii, zachodzą w niej olbrzymie zmiany. Podczas swoje drugiej misji Vorpal Blade został niemal zniszczony, jednak Hexosehr w zamian za uratowanie swojej floty odbudowali ziemski okręt. Większość załogi zostaje wymieniona, w ramach rotacji załóg, by nowi mogli zdobyć doświadczenie. Hexosehr informuje swoich nowych sojuszników, że w trakcie ucieczki przed Dreen, natrafili na opuszczone instalacje w których może znajdować się technologia pomocna w walce z Dreen. Vorpal Blade wyrusza na poszukiwania, w trakcie których odnajduje nietypowy układ razem olbrzymią starożytną instalacją. W trakcie badania obiektu do układu przybywa flota Dreen. Ludzie po raz kolejny muszą stawić odpór przeważającym siłom wroga…

Jak to bywa u Ringo, książki czyta się lekko i przyjemnie – no może z wyjątkiem technobełkotu, który czyta się ciężko i wielokrotnie, próbując zrozumieć te wszystkie kwarki, neutrina, pola WARP, napędy nierealności itd. itp. We wszystkich książkach naukowy wstęp buduje napięcie do finałowej walki, z niewielkim wyjątkiem pierwszej, gdzie walki piechoty i naukowe wytłumaczenia są w miarę równo przemieszane, ale finałowa walka zasługuje na swoje miano. Fabuła pierwszego tomu prowadzi do wielkiej bitwy piechoty, w drugim tomie w finale mamy głównie walkę zmechanizowanej piechoty z dodatkiem niewielkiej bitwy kosmicznej, w trzecim tomie mamy kosmiczną bitwę z niewielkim dodatkiem walk marines, a w ostatnim tomie wielka kosmiczna bitwa z marginalnym użyciem marines. A w każdej bitwie ginie sporo bohaterów, których poznajemy w trakcie lektury. Bitwy rozpisane jak to u Ringo w interesujący i trzymający w napięciu sposób z dużym odsetkiem strat. Opisu walk piechociarzy, nawet w zbrojach wspomagających uczyć go nie trzeba, a wręcz od niego można się ich uczyć, natomiast w opisach walk flot nadal ustępuje Weberowi, czy Campbellowi, choć porównując jego książki na przestrzeni dekady, widać poprawę i w tym zakresie powoli zbliża się do najlepszych.

Ale poza walkami dużym plusem Ringo jak zwykle jest humor, którego w jego książkach nigdy nie brakuje. W pierwszym tomie za rozluźnieniem klimatu stoją tzw rednecki, którzy przybywają, pod jeden z portali z którego napływają siły Dreen, z artylerią, której zazdrości im lokalna Gwardia Narodowa (a raczej zazdrościłaby, który jeszcze istniała). W kolejnych tomach to głównie humor marynarki i marines, choć jest zabawny, czasem wymaga jednak jakiejś znajomości rytuałów w tych formacjach – jak choćby chowanie drzwi do kajuty XO w trakcie jego pierwszego rejsu na tym stanowisku. Ale są dwa momenty warte odnotowania, pierwszy to medyczny test przed lotem, szczegółowo przytaczać go nie będę, bo to cały rozdział książki. Ogólnie test polega na sprawdzeniu czy dany osobnik to on, czy coś mu się stało podczas lotu, do badań wykorzystuje się substancje powodujące interesujące skutki uboczne, przez kilka dni obiekt badań ma objawy podobne do zatrucia pokarmowego – a jeden z bohaterów dostaje go w dzień przed startem. Innym już typowo wojskowym dowcipem wartym zapamiętania, jest szukanie środka dezynfekującego o bardzo technicznej nazwie I Dee Ten T, szczególnie jeśli ofierze naopowiada się jakiś bajek o szkodliwość płynu w przypadku np. rozlania, a potem przegoni przez cały okręt. Nie brzmi zabawnie, prawda? Ale gdy nazwę zapiszemy poprawnie: ID10T, to zmienia postać rzeczy. Jak już wspominam o specjalnym płynie I Dee Ten T, to akronim nazw okrętów floty sojuszu przeciw Dreen, to ASS (z ang. dupa), wpływ na nazwę miała rasa obcych, która ponoć nie do końca pojmuje dziwne poczucie humoru ludzi. ASS Vorpal Blade można by bardzo luźno przetłumaczyć na DUPA Zadzierżna Klinga.

Był już technobełkot, był humor, to teraz bohaterowie, a tu trzeba przyznać Ringo ładnie się popisał. Np. niemal niewiarygodny, genialny i wysportowany profesorek, okazuje się mieć odpowiednika w rzeczywistości. Ale siłą książek nie są tylko główni bohaterowie, jak Two Gun, który przydomek dostał za sposób posługiwania się dwoma pistoletami, zwłaszcza jak zatraci się w ferworze walki. Wyobraźcie sobie marine w zbroi z dwoma skróconymi Barrettami sieje spustoszenie w atakujących stworach o kształcie kraba z kończynami ośmiornicy. To nie tylko piękna i piekielnie znudzona lingwistka, która by nie umrzeć z nudów maluje rury na okręcie, utrzymuje pozytywne wrażenie, ale głównie drugoplanowi bohaterowie. Jak kapitan Spectre, były pilot myśliwców, który by ostrzec rosyjskie Akule przed zbliżającym się niebezpieczeństwem (sobą w Vorpal Blade), gra na pełny regulator Final Countdown. Stary bosman, który przeżył na morzu nie jeden sztorm i którego nic nie jest wstanie wyprowadzić z równowagi – dosłownie, który niezależnie co się dzieje pije kawę z otwartego kubka, nieważne co się dzieje z okrętem, z której strony jest akurat podłoga, on zawsze twardo stoi na nogach i popija łyk kawy. Albo pewien technik z maszynowni, który co misję traci jakąś kończynę, ale ciągle wraca po więcej. To właśnie bogactwo drugoplanowych bohaterów tworzy klimat o którym chce się czytać, nawet jeśli niektórzy z nich aż biją stereotypami…

Interesująco stworzone są też rasy obcych, o ile o pierwszych sojusznika ludzi, Adarach wiele powiedzieć się nie da. Są dosyć podobni do ludzi, tylko ich religia i nauka są ze sobą nierozerwalnie połączone. O wrogach poza Dreen też wiele powiedzieć się nie da, bo jednych z nich (Mree, podobnych do przerośniętych kotów) dosyć szybko eliminujemy z gry, drugich widać tylko przez kilka scen. O tyle o kolejnych rasach można by pisać całe elaboraty. Hexosehr, rasa u której pierwszą rzucającą się różnicą od ludzi jest brak oczu, a przez to nie widzą jak my, a raczej używa czegoś na wzór sonaru. Cheerick, przerośnięte szynszyle, kultura skrajności, z niezrozumiałego powodu cofnięta w rozwoju do średniowiecza, ale posiadająca zdolność produkowania biologicznych armii, na swój sposób zbliżonych do Dreen. Mało tego, posiadająca latające deski – doskonalsze odmiany tej znanej z „Powrotu do Przyszłości”. No i w końcu Dreen, która w pierwsza fali inwazji rozprzestrzenia jakiś mech, z którego potem hoduje swoje armie. Pochłania całe istoty biologiczne a potem tworzy swój ekosystem. Tworzy kolektywy, numeruje je, wykorzystuje niektóre osobniki jako komputery dla swojej inteligencji. Po prostu biologiczna odmiana Borg. Nawet podobnie działa, gotowa poświęcić swoje jednostki dla dobra ogółu rasy.

Jednakże książki nie ustrzegły się minusów. Znaczącym jest zastąpienie wyrazów wulgarnych fuck i shit na grapp i maulk. Jest to szczególnie irytujące, ponieważ w pierwszej książce takich podmian nie ma. Nie jest to oczywiście wielki minus, bo bardzo szybko widać jaki wyraz został zastąpiony, ale co autorzy chcieli tym osiągnąć, tego nie wiem. Pewnym negatywnym niuansem są odniesienia do innych dzieł, które mogłyby być interesującymi aluzjami, gdyby dać im szansę. Kiedy Adar przekazuje ludziom artefakt po wymarłej cywilizacji, artefakt w kształcie małego czarnego prostopadłościanu, zamiast podać jego wymiary 1:4:9 w tekście, Ringo porównuje go bez ogródek do monolitu z Odysei Kosmicznej. Ja wiem, że podanie tych kilku liczb mogłoby ograniczyć ilość odbiorców, którzy zrozumieją aluzję, ale w końcu Ringo czytają fani SF, którzy takie rzeczy potrafią recytować wyrwani z głębokiego snu. Pada w książce też kilka cytatów ze Star Treka np. „Śmiało podążać tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek…”, ale zawsze ktoś mówi skąd ten cytat. Aż dziw, że nikt nie podał skąd pochodzi cytat o kursie: „Druga gwiazda na prawo i prosto, aż do rana” (Piotruś Pan).

Za to osobnym problemem jest fabuła czwartego tomu, autorzy bardzo mocno popuścili wodze swoje fantazji. Olbrzymia starożytna instalacja, która wpływa na otoczenie gwiazdy i 4 olbrzymich planet gazowych, krążących na tej samej orbicie. Instalacja która okazuje się kosmiczną filharmonią… I nie byłoby w tym nic złego, ale zostaje użyta jako broń i to przez bohaterkę, która wychodzi na omnipotentną istotę – częściowo można to tłumaczyć prawdopodobnym opętaniem przez obcą istotę, ale ze strony czytelnika stwierdzam, że jest to przekombinowanie tematu. Strefę Anime uprzejmie przemilczę. Problem dla mnie jest też przyjęcie, skąd bohaterowie wzięli broń biologiczną na Dreen. Pająkopodobne stworzenia odżywiające się tylko biologiczną formą Dreen, a próba odżywiania się czymkolwiek innym sprawia im ból. Samo ich istnienie czy tempo rozwoju nie jest specjalnie zaskakujące. Nie mam problemu uwierzyć że Nitch (jedna z podbitych ras) w trakcie obrony stworzyła tą skuteczną broń. Problemem jest ich obecność na pokładzie Vorpal Blade, to że zabrali je z jakiejś przypadkowej asteroidy jest mało prawdopodobne, ale wciąż realne, tylko skąd one na pokładzie Vorpal Blade II, który został zbudowany od zera przez Hexosehr już po przygodzie z asteroidą? Ale na obecność Gatunku 8139 (bo tak określa ich Dreen – tak na marginesie ludzie dla niego to 27264) na pokładzie Dwójki można przymknąć oko (możliwe, że znalazły się tam inaczej niż podejrzewają bohaterowie, co by plusowało na korzyść pisarza – w końcu omylni bohaterowie), ponieważ jest on interesującym punktem zwrotnym wojny z Dreen, dającym realną szansę na obronę, bez stosowania ładunków wybuchowych liczonych w megatonach. Jakby tego było mało w książce mamy jeszcze jedno oderwanie od rzeczywistości: Tiny, kot Savannah imieniem Titanus, przemycony na pokład przez lingwistkę. „Kotek” który został maskotką wszystkich, nawet osobników innych ras przebywających na pokładzie…

Ostatnią rzeczą o której wspomnę przed podsumowaniem są tytuły książek. Trzy z nich są fragmentami wiersza Jabberwocky, Lewisa Carrolla z książki „Po drugiej stronie lustra” (drugiej części przygód „Alicji w Krainie Czarów”). Wiersz ten, jak można przeczytać na Wikipedii, jest wierszem absurdalnym, posiadającym wiele słów wymyślonych przez autora, których znaczenia są czasem wytłumaczone w dalszej części powieści. Jego przekład na inne języki jest z tego powodu bardzo trudny, więc jeśli ktoś się kiedyś podejmie dalszego tłumaczenia książek, będzie miał nie lada orzech do zgryzienia.

No i nadeszła pora podsumowania, więc czytelniku jeśli dotarłeś aż tu, bądź stwierdziłeś za /b/ tl;dr i przeskoczyłeś do samego końca, to (werble)… Seria oczywiście warta przeczytania, pierwszy tom jest bardzo dobrym otwarciem dla kolejnych, mimo że w trackie jego pisania nie było w planach kontynuacji. Kolejna dwa, będące najlepszą częścią tej serii, są tym bardziej warte poświęcenia im kilku godzin. A ostatni tom, no cóż warto go przeczytać, szczególnie gdyby któryś z pisarzy planował kontynuować serię, ale jest zdecydowanie najsłabszą księgą serii i przez swoje momentami pokręcone pomysły mógł się źle przyjąć, przez co od kilku lat nie ma kolejnej książki…
Into the Looking Glass 4,5/6
Vorpal Blade 4,5/6
(byłoby nawet 5, gdybym potrafił zrozumieć lub sprawdzić całą techniczną stronę książki)
Manxome Foe 4,5/6
(podobnie jak wyżej)
Claws that Catch 4/6

Gdyby ktoś był zainteresowany książkami, to w wersji oryginalnej są one dostępne za darmo na stronach wydawnictwa BAEN: Into the Looking Glass; Vorpal Blade; Manxome Foe; Claws that Catch.

Aktualizacja: Zmiana polityki wydawnictwa wpłynęła na dostępność książki online. Nadal jest dostępna, ale trzeba pobrać obecnie całą płytę z strony, a nie sam tekst książki. KLIK