Star Wars: X-wing

Star Wars: X-wingPo bardzo długiej przerwie w pisaniu tekstów na bloga, wracam na razie z jednym, a mam nadzieję, że skończę jednak na regularnych wpisach. Tym razem dla odmiany nie będzie o książkach ani serialach, ani tym bardziej o filmach. Dziś będzie o grze, grze figurkowej, stworzonej przez Fantasy Flight Games: Star Wars: X-wing. Polskim wydawcą jest Galakta, która wydaje też inną świetną grę planszową FFG: Battlestar Galactica.

Opisywanie gry trzeba zacząć od końca, od tego co mamy dostępne. W zestawie podstawowym dostajemy wszystko co jest niezbędne do gry.
– wzorniki manewrów jakie mogą wykonywać statki (na wprost, w bok, lekko w bok)
– linijkę zasięgu ostrzału
– kości ataku i obrony
– 3 myśliwce (2 myśliwce TIE, 1 X-wing, wraz z kartami postaci, rozszerzeń, żetonami itd.)
I to właściwie wszystko co potrzeba do pierwszych pojedynków. Nie ma żadnej wymyślnej planszy ani skomplikowanych zasad. By rozegrać pierwszy pojedynek wystarczy kawałek płaskiej powierzchni, np stół. W zasadach pisze, że do flot o wielkości max 100 punktów (do tego jeszcze wrócę) bitwy należy rozgrywać na boisku w kształcie kwadratu o boku 90 cm. Ale mogę z doświadczenia powiedzieć, że dla zestawu podstawowego stół 70 na 70 centymetrów jest całkowicie wystarczający, a pojedynki rozgrywane na nim trwają około 30 minut. Wracając do gry, potrzeba dwóch gracy, jeden dostaje we władanie jednostkę (na razie tylko jedną) Rebelii, drugi gracz dwa myśliwce Imperium. Wygrywa ten, który przetrwa.

Zawartość podstawki X-wingKażda runda w grze dzieli się na cztery fazy, planowania, przemieszczania, wykonywania akcji i walki.
W fazie planowania, każdy gracz używając unikatowego dla każdej jednostki wskaźnika manewrów planuje gdzie przemieszczą się poszczególne myśliwce. Zadanie choć wydaje się proste, wraz ze wzrostem ilości jednostek na planszy staje się coraz trudniejsze i uniknięcie wpadnięcia na swoje lub wrogie jednostki staje się coraz trudniejsze. A każde takie najechanie na inną jednostkę czy przeszkodę oznacza jakąś karę, np pominięcie fazy akcji, czy nawet zdobycie uszkodzenia. Oczywiście zderzenie dwóch jednostek nie zawsze musi być złym pomysłem. Może się zdążyć, że nie chcemy by dana jednostka z nami walczyła (bo np znajduje się na naszej szóstej i jest poza naszym zasięgiem strzału), wówczas gdy dwie jednostki stykają się podstawkami, nie mogą prowadzić ze sobą wymiany ognia. Gdy gracze rozplanują wszystkie ruchy, wykonuje je kolejno według umiejętności pilotów (od najsłabszego pilota do najlepszego).

Każda jednostka po wykonaniu swojego ruchu, może wykonać jedną z Akcji, jakie ma do siebie przypisane. Ilość dostępnych akcji jest spora i właściwie dla każdej jednostki różna. Poza podstawowymi akcjami przypisanymi do danej klasy jednostek, można dodać dodatkowe poprzez karty rozszerzeń jednostki, czy umiejętności pilota. Wśród całego zestawu akcji z których gracz może wybierać, są namierzanie wrogiego celu, beczka, dopalacz, dodanie żetonu uniku czy skupienia. Ale są też dostępne bardziej unikatowe akcje, jak zwiększenie własnej manewrowości, naprawa swojego myśliwca, czy wymuszenie jakiejś akcji na sojuszniku. Ilość i możliwości akcji są spore i rosną wraz z ilością dodatków do gry. ;) To jakie będą dostępne zależy tylko od gracza i od tego, jaką flotę chce wystawić do walki.

Kiedy wszystkie jednostki są już ustawione, akcje wykonane następuje faza wymiany ognia. W odróżnieniu od fazy ruchu, strzelać zaczynają piloci o najwyższych umiejętnościach. No a po wymianie ognia, jeśli jeszcze jakieś myśliwce znajdują się w grze, następuje faza planowania i całość leci od nowa.

Teraz jeszcze krótkie słówko o punktach eskadry. Każdy pilot i każdy dodatek ma pewną wartość punktową i tak np Luke Skywalker zasiadając w X-wingu ma 28pkt. dodatkowo może dobrać jakiegoś astromecha, torpedy i umiejętność pilota, dzięki dodatkom wartość jego jednego X-winga może wzrosnąć nawet do 46 punktów. A więc w zasadach turniejowych na pozostała część eskadry mamy jeszcze 54 pkt. Które można przeznaczyć na inne jednostki. I tu zaczynają się właściwa zabawa – planowanie przed bitwą. Można wystawić np. dwa wypasione myśliwce (załóżmy, że dwa X-wingi, Luke i Antiles, razem z zabawkami mają 92 pkt), jednak przeciwnik może wystawić przeciwko nam np. 8 podstawowych myśliwców TIE (96 pkt). Obie strony mają swoje plusy i minusy. Myśliwców TIE jest dużo, mają łącznie 24 punkty wytrzymałości i 16 punktów ataku (ilość kości rzucanych w fazie ataku), podczas gdy dwa X-wingi mają ledwo 12 punktów wytrzymałości i 6 punktów ataku. Na pierwszy rzut oka, Rebelia nie ma szans, ale myśliwce TIE mają niską umiejętność pilotażu, więc ruszają się pierwsze, atakują ostatnie. Dobrze poprowadzone X-wingi mogą ustawić się z tyłu wroga i wyeliminować je kolejno, nim te będę mogły oddać swój strzał. Taktyk jakie można obrać jest wiele, można tak jak w przykładzie powyżej, wypakować małą grupę jednostek, można iść w ilość, można też próbować trochę tego, trochę tego, układając tak swoją flotę by móc najlepiej korzystać z unikalnych umiejętności pilotów.
Zasada 100 punktów dotyczy oczywiście tylko oficjalnych meczy turniejowych, gdy gra się w domu, ze znajomymi można ustalić inne limity (nim uzbiera się jakąś większą ilość jednostek, będą to pewno limity ustalone przez słabszą stronę. ;))

Jak pisałem na początku, wraz z podstawką dostajemy 3 figurki myśliwców, wystarcza na początek, do opanowania mechaniki i zasad gry, ale szybko okaże się, że to za mało. I trzeba będzie uzupełnić flotę przynajmniej o kilka jednostek by moc rozgrywać większe i ciekawsze pojedynki. Wszystko dostajemy właściwie gotowe do użycia, wystarczy wyjąć z pudełka, nałożyć figurkę na podstawkę i można grać. Modele są pomalowane i nie trzeba przy nich już nic dodatkowego robić. W modelach które posiadam, modele z podstawki są pomalowane bardziej dokładnie, z większą dbałością o detale. Ale jak można poczytać w internecie, wszystko zależy od tego na jaką serię się trafi.

Gdyby komuś „proste” pojedynki na wykończenie nie wystarczały, wraz grą dostajemy przygotowane przykładowe misje. Eskorty, SAR (Search and Rescue), zdobycie informacji. Można też stworzyć własne misje, na przeszkodzie stanąć może tu tylko nasza wyobraźnia.

To właściwie wszystko, jeśli chodzi o tę grę. Całość wykonana bardzo solidnie. Elementy kartonowe wydrukowane na grubym kartonie, który powinien wystarczyć bez problemu na lata gry. Figurki w skali 1:270 wykonane porządnie, z widocznymi detalami i domyślnie bardzo przyzwoicie pomalowane. Mimo wszystkich swoich plusów, gra ma swoje minusy. Największym jest cena. Sama podstawka kosztuje ponad 100zł, a każdy mały stateczek kolejne 50zł… To sporo, zwłaszcza jak na polskie warunki. Kolejnym minusem jest delikatność plastikowych elementów. Mnie samemu zdarzyło się nadłamać jedną z kolumn na których ustawia się figurki. Wystarczyła chwila nieuwagi. Czytałem też o ludziach, którzy próbując rozstawić skrzydła promu Lamdba wyłamywali je z zawiasów, nim te zostały ustawione w maksymalnej pozycji. (Moja Lambda również nie otwiera się do końca, ale tych kilku stopni moim zdaniem nie warto ryzykować ich wyłamania.)

Kiedy czyta się suchy opis, gra może nie brzmi jakoś nadzwyczajnie, ale możecie mi zaufać, wraz z każdą rozegraną bitwą, chce się więcej. Należy też pamiętać, że to iż jedną partię wygrała jedna strona, nie znaczy, że drugą też wygra, mimo takiego samego ustawienia. Poza szczęściem w rzutach kośćmi, wiele zależy od tego jak gracze będą manewrować swoimi stateczkami, jak wykorzystają swoje umiejętności.

Mała FlotaPLUSY:
– świetna mechanika gry
– figurki
– możliwości konfiguracji floty
– możliwość zagospodarowania silnika gry do innych tematów niż SW
– dołączone do gry przykładowe misje

MINUSY:
– cena
– delikatność niektórych elementów
– Star Wars ;)

Za całokształt 5/6 (bez karnego puntu za uniwersum), to jedno oczko leci za cenę jaką trzeba zapłacić by rozbudować sobie flotę, oraz fakt, że gdzieś w końcu trzeba będzie kupić kilka tych samych dodatków.

Po rozegraniu parunastu pojedynków, mogę rzucić kilka prostych porad.
1. Należy uważać nad przepakowaniem pojedynczych jednostek. Parę razy zdarzyło się tak, że mając przepakowany myśliwiec, nie udało się w ogóle skorzystać z dodatkowej broni czy umiejętności pilota, bo jednostka została stracona, nim mogła cokolwiek zdziałać. A wypakowanie jednej jednostki, zabrało punkty, które można było wykorzystać przy innej.
2. Zawsze gdy jest możliwość wykorzystania jakieś akcji, nawet jeśli w danym momencie wydaje się ona bezsensowna, jak np. namierzenie celu, którego nie będzie się w tej turze atakować, czy zabranie żetonu skupienia lub uniku, mimo iż nic nie wskazuje, by w tej turze doszło do walki. Namierzenie zawsze może się przydać. A wroga jednostka zawsze atakuje z zaskoczenia i nie raz okazało się, że tego jednego żetonu uniku brakło, do przetrwania…
3. Dwa razy spójrz czy w dobrą stronę będziesz skręcał. Nie raz, nie dwa zdarzyło się, że zamiast w stronę walki, jednostki poleciały w drugą, w stronę krawędzi boiska. A wszystkie dlatego, że człowiek źle spojrzał i pomylił prawo z lewo.

Dark HelmetJako ciekawostka, pomysłowo wykonana przez fanów, karta pilota TIE Advance:

Garść przydatnych linków (niestety większość po angielsku).
Strona polskiego wydawcy: Galakta i forum X-Winga.
Strona wydawcy: Fantasy Flight Games i ich forum.
Forum A Few Maneuvers

Generatory flot:
1. Squadron Builder – dostępne wszystkie karty bez limitu
2. Squadron Builder – przed generowaniem ustalamy co posiadamy i w jakiej ilości

Pełna lista pilotów i dodatków:
1. Na forum afewmaneuvers.com
2. Przy generatorze flot

Jeśli jesteś z okolic Katowic, to polecam zakupy w sklepie Flamberg i PrzyPlanszy.

Ps. Do gry można znaleźć sporo fanowskich rozwinięć i dodatków, ale o tym mam nadzieję jeszcze napisać.


Okręty z gry ST: Attack WingNa silniku opisane powyżej gry, powstała gra bliższa mi tematycznie, choć trudniej dostępna w naszym kraju: Star Trek: Attack Wing. W ogólnych założeniach gra podobna, choć w różni się w szczegółach:
– latami nie myśliwcami, a olbrzymimi okrętami
– drobne różnice w manewrach (dostępny na prost 6, a przy X-wingu tylko max 5, lekko w bok na 4)
– dostępnych jest znacznie więcej frakcji, a nie tylko dwie, co daje większe możliwości dla gry wieloosobowej
– kapitan w odróżnieniu od pilota z X-winga, nie jest na stałe przypisany do danego okrętu)
– figurki, ze względów praktycznych nie utrzymują skali między sobą

Star Carrier – Środek ciężkości

Star Carrier - Środek ciężkościJak to jest podstawić sobie za cel osiągnięcie czegoś właściwie niemożliwego? Kiedy zdrowa ocena możliwości jednoznacznie przekreśla sens prowadzenia takiego przedsięwzięcia rezygnujesz? Taka opcja nie wchodzi w grę, gdy na szali leży przyszłość całego gatunku ludzkiego.

Muszę to powiedzieć oficjalnie – podczas czytania pierwszego tomu doznałem niesamowitego uczucia spełnienia. Takiego, jakie doświadcza się tylko w momentach wielkiego uniesienia, kilka razy w życiu. Tom I cyklu „Star Carrier” był dla mnie momentem przełomowym, a cały cykl z pewnością trafi na specjalną półeczkę, którą zaczynam już heblować i pozłacać. Ten niepozornie wyglądający tomik skrywał bardzo dobrze napisaną opowieść o ludziach i ich walce o przetrwanie w obliczu przytłaczającej potęgi zarówno militarnej jaki i kulturowej. Wydaje się, jakby cała galaktyka, miliardy zamieszkanych światów, wszystko to było przeciwko Ziemi, i chciało jej kompletnego unicestwienia.

Środek ciężkości” wznawia opowieść Iana Douglasa kilka miesięcy po wydarzeniach z tomu I. Tym razem ludzie decydują się podjąć działania mające na celu oddalenie groźby zniszczenia Ziemi i zdobyć więcej czasu na przemyślenie strategii. Autor zdecydował się uderzyć z kopyta i pchnąć akcję daleko od domu, nadając jej większej dynamiki niż poprzednio. Drugie uderzenie, zwane tutaj „Środkiem ciężkości” opowiada o próbie przeniesienia walki na teren wroga, co zgodnie ze śmiałym planem Admirała Koeniga powinno się udać, choć sam tak naprawdę nie wie czego spodziewać się na obszarach tak dalece odległym od Ziemi.

Zasadnicze zmiany w fabule to pojawienie się większej ilości opisów nieznanego świata. W powieści pojawia się, jak poprzednio, obca rasa Turuschów latających na przystosowanych do tego celu asteroidach, ale dodatkowo autor stworzył kolejne rasy, a każda straszniejsza i potężniejsza od poprzedniej. Każda z wizji jest tak inna od pozostałych, że można tylko zazdrościć wyobraźni autorowi, który z taką gracją opisuje wygląda i zachowania obcych tworząc skomplikowany szkic psychologiczny. Douglas wyraźnie opiera się na danych znanych nauce. Nie tworzy obcych jak w „Treku” czy „Gwiezdnych Wojnach” na podobieństwo człowieka. Na podstawie hipotez naukowców rozwija populacje i technologię istot, które dla człowieka są całkowita zagadką do tego stopnia, że nawet nie wie od czego zacząć próby komunikacji. Innym elementem, którego w powieści jest dużo więcej, to zawiła i podstępna polityka. Świat polityki został pobieżnie opisany w pierwszym tomie, tutaj mamy jednak dokładnie rozbudowaną i opisaną hierarchię cywilną, która kieruje wojskiem. Jest trochę tak jak w życiu, że dla polityków ważniejszy jest wizerunek i możliwość uratowania własnego tyłka. Dlatego dzielą się oni na frakcje, z których wielu jest skłonnych poświęcić postęp technologiczny czy nawet istnienie zewnętrznych kolonii ( i życie kolonistów) dla zapewnienia spokoju ze strony tajemniczych Sh’daar.

Tak jak poprzednio bohater skupia się na dwóch głównych bohaterach – Admirale Aleksandrze Koenigu oraz pilocie myśliwca Trevorze Gray’u. Ich postacie doczekały się sporej rozbudowy, dowiadujemy się o nich ciekawych rzeczy z przeszłości. Możemy prześledzić ich kariery od początku, zwłaszcza admirała, której początki były dość nieciekawe z uwagi na misje w jakich brał udział gdy był szeregowym pilotem. Ze strony Gray’a dowiadujemy się o jego problemach z byłą już żoną oraz jak to się stało, że w ogóle trafił do marynarki. Pozostałe postacie okazują się być drugoplanowe nie tylko z uwagi na charakter pisania powieści. Stanową tło do wydarzeń, które budują główne postacie.

W drugim tomie jest więcej obcych ras, zupełnie nietypowych i w scifi raczej niespotykanych. Na wielką uwagę zasługuje sposób przedstawienia tych ras, ich filozofii działania, psychologii, myślenia, reakcji i zachowaniu. Poza wspomnianymi wcześniej Turuschenami (Gweh – poznajemy ciekawą historię ewolucji tego gatunku), dowiadujemy się o niezwykle oryginalnej rasie worków wypełnionych gazem, a żyjących w atmosferze gazowych gigantów – H’rulka. Ponadto rasa administratorów i naukowców Jivad, strażników fizoli Nungiirtok, oraz tajemniczych wojowników Soru. Dodając znanych od pierwszego tomu kupców Agletsch, zauważymy że, autor pomyślał o wszystkim tworząc swój rozbudowany wszechświat na podobieństwo „Star Wars” gdzie nawet obcy i ludzie mogą odwiedzać te same kantyny (tak, celowo nawiązałem do Mos Eisley), z tą małą uwagą, że jego obcy są bardziej zróżnicowani, nie mówiąc o tym, że bardziej prawdopodobni do spotkania, niż humanoidalne kobiety-gady z piersiami.

Gdzieś pomiędzy wierszami autor wdaje się w filozoficzne rozważania nad przyszłością ludzkości. Kilka razy przewija się wątek sensu istnienia ludzkości w oparciu o rozwijaną technologię oraz jego braku w przypadku odebrania owej technologii ludziom. Pojawia się określenie „osobliwości technologicznej”, a ludzie są na dobrej drodze do osiągnięcia jej całkiem niedługo. To właśnie zaniepokoiło Sh’daar na tyle, że zagrozili wojną rasie ludzkiej, chcąc trzymać ją na etapie technologicznym daleko poniżej swojego. Przypomniało mi to nieco obecną sytuację na świecie, i nie wątpię, że autor tym właśnie się kierował pisząc powieść. Imperium Sh’daar to właśnie Stany Zjednoczone będące u szczytu swojej potęgi. Pilnujące, aby nikt inny nie dorównał, lub nie zachwiał ich pozycją. Identyczna sytuacja miała miejsce w XIX wieku, gdy na morzach panowało Imperium Brytyjskie. Zatem czy możemy wyciągnąć już wnioski odnośnie zakończenia cyklu Douglasa? Oczywiście, że nie. Czuję w kościach, że rozwiązanie problemu nie będzie takie proste, a autor jeszcze nie raz nas zaskoczy.

„Środek ciężkości” to także idealnie wyważona powieść, która łączy w sobie wszystkie możliwe gatunki i przykłady zastosowane w popkulturze. Warto by nadmienić takie przykłady jak „Gwiezdne Wojny”, „Star Trek”, „Odyseja kosmiczna 2001”, „Obcy”. Generalnie powieść nie tylko dorównuje poprzednikowi, ale nawet nieznacznie go przeskakuje rozbudowanymi relacjami bohaterów, wprowadzeniem nowych ras jak i szalejącą bitwą kosmiczną. Warsztat pisarski autora zasługuje na pełen podziw. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że ma w swoim dorobku już ponad sto książek. W udany sposób łączy wiedzę z zakresu wojskowości, polityki, a te łączy w udany sposób z fikcją i nauką.

Cykl „Star Carrier” to seria godna polecenia, tak bardzo realna i porywająca, że nie da się przejść koło niej obojętnie. Po przeczytaniu „Środka ciężkości”, zapewne będziecie chcieli więcej i więcej – Tak-nie?


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Star Carrier – Pierwsze uderzenie

Star Carrier - Pierwsze uderzenie

I oto znalazłem! Cykl „Star Carrier” autorstwa Iana Douglasa (właściwie Wiliama H. Keitha) to typowa powieść militarystyczna, utrzymana w klimacie hard science-fiction, której akcja rozgrywa się daleko w przyszłości.

„Star Carrier” to cykl składający się obecnie z czterech tomów, w Polsce wydanych dzięki wydawnictwu „Drageus Publisching House”. Premiera najnowszego tomu zapowiedziana jest na 12 marca 2014 – czyli niedługo po publikacji tej recenzji.

Autor, William H. Keith, Jr., urodzony w 1950 roku, to amerykański pisarz zajmujący się szeroko pojętym tematem wojny. W swoich licznych cyklach i powieściach porusza m.in. udział maszyn w wojnie, nanotechnologii, rozwoju technologicznego wojska i przemysłu, budowy i działania jednostek wojskowych, taktyk walki, psychologii wroga, śmierci i poświęcenia dla ojczyzny. Keith w swoich licznych powieściach porusza tematykę wojny przyszłości, jaką być może będzie zmuszona kiedyś prowadzić Ziemia. Jego wizja przyszłości jest usiana różnymi katastrofami i zdarzeniami będącymi następstwem ślepych działań ludzkości – scenariuszy, które się jeszcze nie zdarzyły, ale są bardzo możliwe. Autor będąc w wojsku nie służył na pierwszej linii, ale w czasie wojny w Wietnamie stacjonował na jednej z placówek, jako sanitariusz. Jest znawcą broni i hierarchii wojskowej. Napisał ponad 100 powieści i kilkadziesiąt opowiadań.

Akcja powieści rozpoczyna się w odległym systemie Eta Boötis, gdzie istnieje zasiedlona przez ludzi planeta Harris (Eta Boötis IV). Autor rzuca czytelnika od razu w wir zmagań wojennych pomiędzy obcą flotą atakującą osaczonych Marines, a niewielkim ziemskim zgrupowaniem okrętów wojennych dowodzonym przez Admirała Koeniga. Ekspedycja pod wodzą Koeniga atakuje wrogą flotę z zaskoczenia, a w wyniku długiego starcia udaje się zadać znaczne straty oraz przepędzić wroga. Długa i krwawa bitwa zajmuje dokładnie połowę powieści. Autor napisał ją w formie raportów, każdy z nich zaczyna się od przedstawienia miejsca akcji, położenia oraz czasu, w którym się rozgrywa. Dlatego mamy rzadką okazję śledzić losy bitew z dokładnym oznaczeniem czasowym, co pozwala zobrazować sobie działanie jednostek na mapie taktycznej. Prawdopodobnie taki był zamiar autora, aby opisując kolejne podrozdziały stworzyć wizję mapy taktycznej obszaru z zaznaczonymi na nich punkcikami świetlnymi – tak, jak zresztą opisuje to w kilku miejscach.

Początkowo taki sposób prezentacji danych przytłacza, zwłaszcza, że w większości powieści sposób prezentacji miejsca i akcji są raczej uproszczone i, w przypadku scifi, ograniczone do orbity planety. Tutaj akcja rozgrywa się wszędzie. Może dziać się na orbicie planety, w pasie Kuipera, w systemie wewnętrznym, zewnętrznym, na obrzeżach tegoż systemu, a wróg może poruszać swoją flotę nie tylko w dwóch wymiarach, ale również atakuje z zenitu lub nadiru.

Autor poradził sobie z tym zadaniem wyśmienicie. Przede wszystkim przeniósł akcję do myśliwców, które wykonują lwią część zadania i mogą przemierzać przestrzeń szybciej niż potężne fortece. Na dodatek przenoszą z sobą niezwykle niszczycielski arsenał. Większe jednostki wkraczają do akcji tylko w ostateczności. Choć dysponują potężnymi działami, rolę głównej broni we wszechświecie „Star Carriera” odgrywają rakiety z głowicami nuklearnymi. Już od pierwszego rozdziału obserwujemy potężną bitwę na orbicie mało znaczącej planety, ale obraz tej bitwy został nakreślony tak idealnie, że trudno odmówić jej uroku. Osadzona na wielu płaszczyznach akcja wielowątkowej misji trwającej godziny czyta się jednym tchem. Co ciekawe, autor podkreśla dysproporcje pomiędzy obiema flotami tak donośnie, że nie trudno wyłonić na pierwszy rzut oka zwycięzcy, tym bardziej, że w opisach sytuacji geopolitycznej daje do zrozumienia, kto rządzi w galaktyce. Niemniej, szybko daje znać czytelnikowi, że odmienne od siebie armie, wyposażenie i w końcu filozofia wojenna potrafią zmienić obraz nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji.

Military science-fiction to gatunek, który nie każdemu może pasować. Utwory takie wymuszają całkowite skupienie, ponieważ pomięcie nawet najdrobniejszego szczegółu może ukazać się katastrofalne w skutkach dla zrozumienia fabuły. Autor przedstawia w powieści bardzo dokładnie zabawki, jakimi zamierza się bawić. Mamy tutaj nie tylko obraz floty i konkretnych jednostek, ale także opis technologii i urządzeń zainstalowanych na statkach. Na porządku dziennym jest dokładne opisanie budowy i działania wyrzutni rakiet, zanim te zostaną wystrzelone w stronę wroga. To samo tyczy się technologii podróży, czyli napędów zainstalowanych na statkach. Wiemy dokładnie jak działają, mimo, że do pełnego zrozumienia przyda się wiedza z zakresu fizyki. To z kolei kolejny ciekawy atrybut powieści – hard science fiction, jakie Keith nam zaserwował, czyli wielki nacisk na to, aby prawa fizyki zostały zastosowane w należyty sposób. Żadna ze stron nie otrzyma niespodziewanie bliżej niewytłumaczonej przewagi pomijającej podstawowe mechanizmy fizyki. To właśnie sprawia, że powieść jest o wiele bardziej realistyczna od typowych historii znanych choćby ze „Star Treka” czy „Gwiezdnych Wojen”. Nie wspominając już oczywiście o wędrujących wszędzie wszędobylskich humanoidalnych rasach. Dodatkowo autor posługuje się terminologią znaną z lekcji fizyki, zatem nie trzeba być wielkim orłem, aby zrozumieć wielokrotnie przytaczane pojęcia prędkości światła (c), jednostki astronomicznej (AU – w książce JA), czy przyśpieszenia ziemskiego (g).

Autor postawił na dwie postacie, którym nie szczędzi opisu. Są to admirał Alexander Koenig oraz pilot starhawka, były nielegał, i przez to nielubiany wśród kolegów, porucznik Trevor Gray, będącym POV (Person of View) za pomocą którego poznajemy świat przyszłości. Trevor przedstawia bardziej przyziemne aspekty życia ludzi. Dzięki jego przemyśleniom poznajemy świat istniejący poza wojskiem i marynarką. A także jego osobiste problemy spowodowane ingerencją technologii w życie. Jego wspomnienia rzucają wiele światła na Ziemię XXV wieku, którą dotknęły liczne kataklizmy.

Admirał Koenig prezentuje głównie punkt wojskowy. W licznych rozmyślaniach przedstawia obecny stan polityczny, liczebność floty i jej możliwości. Od niego dowiadujemy się, że ziemska flota liczy około pół tysiąca statków, ale tylko sześć potężnych lotniskowców.

Pojawia się oczywiście szereg postaci drugoplanowych, które mają bardziej rozbudowane wejścia, ale obecnie trudno jest coś na ich temat napisać. Jedną z nich jest komandor Allyn – CAG myśliwców na Ameryce.

Ciekawym zabiegiem jest przedstawienie punktu widzenia obcych. Mamy tutaj możliwość zajrzenia w umysł Tacticiana Zdecydowanego Kwiatu Lotosu, czyli przywódcy obcej floty. Przedstawienie obcej razy w sposób odmienny niż przyjętego ogólnie w scifi humanoida na wzór ludzi jest naprawdę intrygujące.

Ze wszystkich powyższych autorowi najgorzej wyszło tworzenie postaci. Koenig przyciąga uwagę, ponieważ jest głównym źródłem informacji o flocie, a także on podejmuje wiążące decyzje. Jednak jego życie prywatne jest bardzo mdłe i w zasadzie ubogie. Trevor Grey miejscami naprawdę przynudza swoimi problemami. Natomiast obcy Kwiat Lotosu – no cóż – nie da się ukryć, że to jedna z lepiej napisanych postaci, ale w końcu nie humanoid, więc i tak sam w sobie jest oryginalny. Mam nadzieję, że w dalszej części cyklu autor przyłoży się bardziej. Pozostali to tylko cienie, które przewijają się w tle. Na szczęście to nie oni stanowią tutaj główną oś fabularną.

Nie da się pominąć nawiązania do islamskich ekstremistów, którym autor poświęca chwilę. W tym kontekście, że nieporozumienia na tle religijnym były w efekcie przyczyną zniszczenia całych miast i wybuchu wielu wojen. Nie da się nie zauważyć pewnego nawiązania do postępującej powoli islamizacji świata, chyba najbardziej widocznego w Europie. Autor porusza ten problem, jako jeden z ważniejszych, który nawet w XXV wieku nie zostały rozwiązany. Wskazuje palcem religie, jako skostniałe instytucje niepotrafiące dostosować się do ewolucji świata.

„Star Carrier” to ciekawie zapowiadający się cykl military SF. Pomimo, że powieść nie jest wolna od wad, idealnie wpisuje się w pustkę, jaką zostawił po obie Lem, Dick czy Asimow. Jako pozycja z gatunku hard science fiction nie przytłacza skomplikowaną terminologią, dlatego z pewnością zadowoli każdego fana. Autor może nie ma daru do pisania postaci, za to zdecydowanie dobrze wypada mu kreowanie dystopijnego świata przyszłości. Świetne opisy historii gatunku ludzkiego przeplatane z epickimi bitwami sprawiły, że stałem się zagorzałym fanem tego cyklu już po pierwszym tomie.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Abraaaaaams!!! czyli Star Trek roku 2013

Star Trek 12: Into DarknessStar Trek Into Darkness to drugi film trio OKA (Orci, Kurtzman, Abrams, którzy tym razem dokooptowali jeszcze Damona Lindelofa) w uniwersum Star Treka, a dwunasty film w ogóle w uniwersum. Drugim filmem serii, która miała zresetować i dostosować do współczesnego kina i widza stare uniwersum, które powoli i systematycznie zmierzało w ślepy zaułek. Co bym dalej nie napisał o dziełach Abramsa i spółki, to te dwa zadania wykonali więcej niż należycie. Zegar cofnięto i puszczono ponownie w ruch w dniu narodzin pewnego kapitana USS Enterprise, Jamesa Tyberiusza Kirka, który wielokrotnie zapisał się w dziejach Federacji. Jeśli zaś mówić o drugim zadaniu, drugie zadanie nie daje się streścić w jednym zdaniu, pewno ciężko będzie je streścić nawet w jednej recenzji i to jeszcze drugiego filmu. Ale gdzieś trzeba zacząć.

Poniższy tekst będzie zawierał spore ilości spoilerów do obu filmów JJA (Abrmasa), ale uwaga, mogą też pojawić się spoilery to starszych części Star Treka, głównie Star Trek II: The Wrath of Khan. Normalnie napisałbym by czytelnik czuł się uprzedzony, ale większość filmów była na tyle często wyświetlana w telewizji, na tyle też losowo, jeśli chodzi o kolejność, że pewno mało kogo mogą one zaskoczyć.

Nie wiem czy wszyscy pamiętają, gdzie skończył się poprzedni film. Więc by przypomnieć załoga NCC 1701 (bez żadnego cholernego A, B, C, D czy E) została skompletowana. Większość znalazła się na stanowiska znacznie szybciej niż w oryginalnej linii czasowej. Po uratowaniu federacji USS Enterprise wyrusza w misję, do której został stworzony – eksplorację kosmosu. I tak właśnie zaczyna się dwunastka. Na planecie Nibiru, gdzie Kirk ma obserwować rdzennych mieszkańców, ale obserwować tak by nie naruszyć Pierwszej Dyrektywy. Zadanie komplikuje duży aktywny wulkan, Kirk swoim postępowaniem łamie chyba wszystkie zasady jakimi powinien kierować się kapitan Gwiezdnej Floty przez co traci swój stopień oficerski. Zaraz po powrocie okrętu na Ziemię, sytuację komplikuje jakiś Harrison, który zagraża spójności przynajmniej Gwiezdnej Floty, jeśli nie całej Federacji. Jedyną osobą zdolną go dorwać jest oczywiście zdegradowany i poniżony Kirk. No i na tym właściwie kończy się fabuła, a zaczyna niebywale szybka i wartka akcja, która nie pozwoli współczesnemu widzowi usiedzieć spokojnie w kinowym krześle.

Ale będę szczery, piszę ten tekst by jednak wytknąć błędy filmu, by ustrzec potencjalnych widzów, którzy szukaliby w filmie czegoś więcej niż kolejnej części Szybkich i Wściekłych. A w filmie pojawia się ich wiele, tak wiele, że nie da się dla nich czasem przymknąć oka.

Star Trek 12 - EnterpriseJuż na dzień dobry mamy okręt kosmiczny ukrywający się przed prymitywną rasą pod wodą. Ta scena nie ma w ogóle sensu. Po co chować okręt w wodzie? I to przed cywilizacją, która ledwo co wymyśliła koło. Przy całym tym nonsensie pojawiają się dwa przebłyski, pierwszym jest Scotty, który między innymi od początku jest przeciwny przebywaniu w słonej wodzie, drugim oprawa graficzna sceny, ale do obu jeszcze wrócę.

Jak już wspominałem, poza tym dziwacznym ukryciem okrętu w morzu, by ratować Spocka, Kirk łamie Pierwszą Dyrektywę Federacji, za co zaraz po powrocie na Ziemię zostaje specjalnym trybunałem odesłany do akademii. Akademii której nigdy nie ukończył. Ale całe scena degradacji Kirka i rzekomej próby nauczenia go czegoś, nie ma większego sensu, już w kolejnej scenie Kirk zostaje przywrócony do służby wpierw jako komandor i pierwszy oficer Enterprise, a chwilę później znowu wraca na fotel. Jako jedyny oficer na całej Ziemi (a było ich przecież kilku na zebraniu) zdolny pojmać niebezpiecznego szaleńca. Ciekawe czy ktoś przemyślał w ogóle cały ten proces degradowania?

Ale żeby to był koniec negatywnych cech nowego filmu. Po raz kolejny, podobnie jak w poprzednim filmie odległości w kosmosie są właściwie zerowe. Z Ziemi na Qo’noS (stolicę Imperium Klingońskiego) jest bliżej niż z Katowic do Sosnowca. Nie wiem czy trio OKA nie może czy nie chce przyjąć do wiadomości, że kosmos jest dużą pustą przestrzenią i dotarcie z jednego punktu do drugiego trwa często długi tygodnie jak nie miesiące podróży. Co prawda w miarę prawidłowe przestawienie sytuacji – zapewne w myśli owego Trio – zabiło by wszelką akcję w filmie i pewno też zniechęciło „współczesnego widza” do poświęcenia dwóch godzin na film. Ale na Borga, nie po to blisko 50 lat tworzono uniwersum, nie po to tematowi poświęcono całe doktoraty, nie po to uściślano tematy, by nagle ktoś sobie przyszedł i to wszystko wywalił do kosza tylko po to by akcja utrzymała tempo. Ale podróż w WARP nie jest jedyną kwestią, która nie ma znaczenia dla Trio. Podobnie ma się sprawa z lotem w prędkościach podświetlnych, również ignoruje warunki uniwersum jak i fizykę.

Chciałbym na tym skończyć, ale nie mogę, nie potrafię. Jeszcze jednym technicznym problemem filmu jak przestrzeń. Żadna planeta, żadna stacja, placówka w nowym uniwersum nie pilnuje swojej bliższej czy dalszej przestrzeni. Kiedy podobny problem podnoszony był przy okazji poprzedniego filmu, obrońcy twierdzili, że Nero w swoim wypasionym statku górniczym zdołał unieszkodliwić systemy obronne jak i wszelki ruch w około Wolkana i Ziemi. Jednak w 12 nie następuje poprawa, a wręcz sytuacją się pogarsza. Podczas przedzierania się bohaterów na Qo’noS, nikt z walecznych Klingonów ich nie wykrywa (dopiero jakiś przypadkowy patrol), nie ma też żadnego ruchu na orbicie stołecznej planety. Ale załóżmy, że nasi dzielni bohaterowie się przemykali, ukryli w cieniu jakiejś innej jednostki. Ale jakim cudem Scotty wkrada się wahadłowcem do tajnej bazy (a potem i na tajny okręt) na orbicie Jowisza? Nikt nie zauważył nie autoryzowanej jednostki w mieszającej się konwój? Ani w bazie ani w konwoju? Czy to jest poważne traktowanie widza?!?

Star Trek 12 - upadekGdyby w filmie było tylko nieścisłości, może jeszcze szło by to jakoś wytrzymać, ale do końca jeszcze daleko. Gdzie pod koniec filmu mocno potrzaskany Enterprise znajduje się na orbicie Ziemi gdzieś między nią a Księżycem, nagle traci moc i spada pionowo w dół ku niej. Ja przepraszam, ale czy ten film miał konsultanta technicznego, który choćby skończył fizykę na poziomie szkoły podstawowej? Od kiedy obiekt na orbicie spada pionowo w dół tylko po ustaniu napędu? Czy ISS (Międzynarodowa Stacja Kosmiczna) utrzymuje orbitę dzięki jakiejś formie napędu działającego non stop? Ale to nie jedyna bolączka tej sceny. Okręt spada w dół, ale wewnątrz niego panują nie tylko normalne warunki ciążenia, jedynie tylko poprzestawiane podłogi ze ścianami. Oczywiście wszystko to stworzone tylko pokazania bohaterstwa postaci, które ryzykują swoim życiem. A że to się nie trzyma w ogóle kupy, Trio się tym nie przejmuje.

Ale zostawmy już te techniczne problemy, „współczesny widz” przecież nie idzie do kina by zastanawiać się jak działa grawitacja, w Australii i tak chodzą na do góry nogami. Aktorzy i ich role. Pamiętam z poprzedniego filmu, że jednym z jaśniejszych punktów jedenastki byli niezgorzej dobrani aktorzy. Nie na tyle inni od oryginalnej obsady, by nie uwierzyć, że to nowe wcielenie Sulu, Checkova czy Uhury, ale też nie na tyle identyczny, by twierdzić, ze to idealna kopia. Po prostu dobrze dobrani aktorzy do ról. No może poza Quinto, który nie pasuje mi do roli nowego Spocka od początku. Irytuje mnie zarówno jego gra jak i sposób kreowania nowego Spocka. Osobnika tak niestabilnego emocjonalnie, że nawet Data z uszkodzonym czipem emocji jest bardziej przewidywalny. Niestety jest to jeden z tych reflektorów które przygasły Abramsowi, mimo jego upodobania do świecenia nimi w kamerę. Właściwie cała obsada w tym filmie tylko denerwuje, robi to czego nie powinna. Nie znajduje się w miejscach, w których powinna. Uhura zostaje sprowadzona do rozchwianej nastolatki zakochanej w pierwszym oficerze. Checkov, który skacze między stanowiskami niczym doświadczony w wieloletnim boju sierżant, a nie świeżo upieczony chorąży. Logiczny Spock jest tak nieprzewidywalny, że spokojnie można używać go jako generatora liczb do lotto. Raz mówi jak stary dobry przyjaciel, tylko po to by za chwilę działać niczym zimny kalkulator. Podczas gdy nie ważne jak poważne stara się być ujęcie, Quinto i tak ciągle wygląda jakby był najbardziej emocjonalną istotą we wszechświecie. Jeśli było to celowe zagranie, by tak zagrać postać, to jakim cudem nie został wysłany do rezerwy jako osobnik rozchwiany emocjonalnie? Kirk… Kirka może przez grzeczność przemilczę.
No i jest jeszcze Benedict Cumberbatch, dla wielu najlepsza postać tego filmu, ale ja mam z nim problem, ani nie przepadam za nowym Sherlockiem (Cumberbatch od 2010 roku wciela się w rolę Sherlocka w miniserialu BBC), ani tu nie pokazał jakiegoś dobrego aktorstwa. Flegmatycznego anglika może i zagrał dobrze, ale gdzie mu do Khana Noonien Singha – charyzmatycznego przywódcy który pociągnął za sobą tłumy i zmieniał świat na swoją modłę? Scena w której Harrison wreszcie przedstawia prawdę o sobie przypomina nieco paradokumenty popularne ostatnio w kraju nad Wisłą, niemal słychać wymowę wszystkich znaków przystankowych.

Ale nie mogę powiedzieć, że dla mnie film zawiera tylko negatywne rzeczy, bo to nie prawda. Są i pozytywne momenty, jednak jest ich zbyt mało by chociaż zrównoważyć wszelkie niedociągnięcia i błędy. Wśród pozytywnych aspektów jest kilku aktorów:
Bruce Greenwood – aktor wcielający się Admirała Pike’a, naprawdę nic nie można mu zarzucić, zagrał tak jak powinna być zagrana ta postać, wielka szkoda, że pojawia się na tak krótko i jeszcze przypłaca to życiem. Już w poprzednim filmie ledwo przetrwał do końca, ale tym razem JJA mu nie odpuścił, nie pozwoli mu powrócić do kolejnej części sagi.
Peter Weller – wcielający się w admirała Marcusa, podobnie jak z Greenwoodem, wcielił się w postać tak jak powinien i niestety skończył wyżej wymieniony. (Hmm, zaczynam widzieć w tym pewien schemat, dobry aktor, dobra rola, uśmiercamy, W poprzednim filmie również dotknęło to dwóch aktorów, Chrisa Hemsworth i Farana Tahir, którzy zostali uśmierceni już w pierwszym akcie poprzedniego filmu.)
Oraz Urban (jako Kostucha) i Pegg (Scotty) jedyna dwójka z podstawowej obsady, których role zostały napisane i zagrane w sposób odpowiadający oczekiwań. Scena buntu Scottego, czy zgryźliwe docinki McCoy to jest to czego jako fan Star Treka oczekiwałem, ale prawie w ogóle nie dostałem.

Star Trek 11 - TitanInnym pozytywnym aspektem filmu jest oprawa graficzna, podobnie jak miało to miejsce w filmie z 2009, dzięki wysokiemu budżetowi stoi na wysokim poziomie. Niestety często sceny te nakręcono i wstawiony tylko po to by je pokazać, np. mają pięknie działający program prezentujący mechanikę płynów. Naprawdę się cieszę, że filmowcy mają ten skrypt i że będą go używać w odpowiednich momentach (udowodnili już to podczas sceny z księżycem Tytana w poprzednim filmie) ale czy naprawdę trzeba wstawiać to do każdego nowego Treka, tworząc przy tym sceny, która totalnie nie mają sensu, czy logicznego uzasadnienia?

Pozostał mi ostatni temat, który chcę u siebie na blogu omówić, Scena śmierci. W 1982 gdy zaprezentowano światu drugi kinowy film Wrath of Khan, jedną z istotnych scen, to poświęcenie się Spocka by uratować okręt, załogę, przyjaciół. Specjalnie odnowiłem sobie tą scenę po obejrzeniu dwunastki. Stara scena, ukazuje pełne poświęcenia zachowanie Spocka, jest dostojna, ma dobrą oprawę muzyczną i gdy nie zna się dalszej historii, jest wyciskaczem łez. Tymczasem w nowym filmie niby Kirk się poświęca, ale jaki sposób. Kopiąc i skacząc w roztrojoną część by ją ponownie ustawić w linii. W Zemście całkowicie nie ma znaczenia co robi Spock by naprawić okręt, to dzieje się gdzieś na dalekim planie, w dwunastce jest wprost odwrotnie. Śmierć nie ma większego znaczenia, ważne żeby była akcja. Zresztą śmierć. W oryginale po scenie śmierci mamy już czas tylko na refleksje, postęp fabuły nam w tym pomaga, tu ledwo pożegnamy umierającego aktora i od razu zostajemy rzuceni w wir dalszej akcji, nie ma czasu na refleksję. A nim nam pozwolą ochłonąć okazuje się, że nie ma żadnej śmierci… Mamy cud, a oszustwem Kirk po raz kolejny ogrywa Kobayashi Maru.

Nie mogę wystawić oceny filmowi, bo nie wiem czy jest aż tak źle, czy może tylko ja stałem się totalnym abramsofobem, Pewien jestem, że nie polecam oglądać tego filmu w kinie. Bardzo pragnę powrotu Star Treka do telewizji, ale nie w formie jaką zaproponowało nam Trio OKA. Film warto by zobaczyć tylko dla kilku efektów specjalnych, ale są one już właściwie od pewnego czasu dostępne w internecie w trailerach. Dobrze mnie czytacie, sceny warte zobaczenia ze względu na swoją oprawę graficzną zostały już wstawione do zapowiedzi filmu, cała reszta to mniej lub bardziej (z reguły mniej) trzymające się kupy sceny akcji.

Naprawdę nie rozumiem jak z takim budżetem film może zawierać takie ilości niedociągnięć, przecież konsultanci są dostępni niemal na wyciągnięcie ręki. Współczesne science fiction przeszło naprawdę olbrzymią drogą przez ostatnie dekady, olbrzymie ilości eksperymentów, wiele z nich okazało się ślepymi zaułkami, ale były wśród nich przykłady, z których należy czerpać pełnymi garściami jak Star Trek The Next Generation, jak nowa Battlestar Galactica, jak Babylon 5, jak Honorverse i wiele innych. Czy ktoś jest mi wstanie wytłumaczyć dlaczego JJA i spółka unikali za wszelką cenę takich źródeł?

PS. Powyższy tekst nie zawiera wszystkich wpadek i irytujących momentów filmu. Przemilczałem już między innymi flary w kamerę, które oślepiają widza (mam wręcz wrażenie, że nieco ich ubyło od poprzedniego filmu). Admirała zdradzającego tajne plany nieuprawnionym ludziom. Prośba o przydzielenie na pierwszego oficera, osobnika, któremu kapitan nie może ufać, tylko po to by się z nim wadzić. Przydzielanie ludziom stanowisk na które nie mają przeszkolenia i doświadczenia. Tajna operacja i nadawanie otwartym tekstem kim się jest. Nietypowe ustawienie tub torpedowych (bardziej przypominające ściany burtowe starych żaglowców, a nie poczciwe wyrzutnie). Standardowo raz działający raz nie transporter. Browar nie maszynownia. I jeszcze sporo innych.

Star Trek 12 - Alice EvePS2. Rozbierana scena Alice Eve. Za którą twórcy przepraszali. Scena faktycznie niepotrzebna, nie zawierała nawet podtekstu erotycznego jak w poprzednim filmie. Ale też w żaden sposób nie była obraźliwa. Jedyny powód, dla którego została tak nagłośniona, to moim zdaniem próba przykrycia innych bolączek filmu. Ktoś zapewne pomyślał, że tym odwróci uwagę przeciwników filmu. I niestety częściowo im się to udało.

Urodziny Rebisu – dzisiejszy odcinek sponsoruje literka P

Placówka BasiliskRok temu Rebis zaczął wydawać swoje książki w formie ebooków. Z tej okazji, wraz z Publio, od 15 marca do 4 kwietnia organizuje przeceny na książki. Każdemu dniu patronuje inna litera alfabetu. W dniu dzisiejszym jest nią litera P. A wśród ebooków znajdują się dwie pozycje, które mogą zainteresować czytelników tego bloga.

Pierwsza pozycja, to pierwszy tom Honor Harrington, Davida Webera – Placówka Basilisk. Tylko dziś za 13,95 zł. Książki nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. To wraz z nią Weber przed przeszło 20 laty rozpoczął jedną z najbardziej rozbudowanych serii SF na świecie i ciągle ją rozbudowuje. Przypominam również, że Placówka Basilisk jest dostępna w oryginale za darmo, miedzy innymi na stronach wydawnictwa BAEN i Amazonu.
Niedługo w Polsce premierę powinien mieć tom Zwiastuny Burzy, plotki mówiły o marcu, ale jak widać premiera się opóźnia.

Pakt Ribbentrop - BeckDrugą pozycją jest wywołująca sporo kontrowersji książka Piotra Zychowicza: Pakt Ribbentrop – Beck. W dzisiejszej promocji za 9,99 zł. W swej książce Zychowicz analizuje, co by mogło się zdążyć gdyby Polacy zamiast stawiać opór Niemcom, ruszyli z nimi ramie w ramię, tarcza w tarczę przeciw ZSRR. Gdyby zamiast szukać sojuszu u Zachodnich Aliantów, postąpić podobnie jak Austria i idąc na ustępstwa względem Rzeszy nie dopuścić do wybuchu wojny 1 września na granicy Polsko-Niemieckiej. Książka Zychowicza jest dla wielu czytelników mocno kontrowersyjna, gdyż nie tylko często autor spogląda na wydarzenia nieco inaczej niż opisują ją dzisiejsze podręczniki historii, ale co więcej stara się na nie patrzeć bez pryzmatu Drugiej Wojny Światowej i jej okrucieństw, szczególnie tych których dopuściły się w niej Nazistowskie Niemcy, a których przed wrześniem 1939 roku jeszcze nie było i świat nie wiedział, że mogą się wydarzyć.
Książka ta ociera się wręcz o część literatury SF zwanej alternatywna historia (podobnie jak opisywana przeze mnie jakiś czas temu trylogia Oś Czasu Birminghama) – ociera się, bo właściwie poza pierwszym rozdziałem, który spokojnie mógłby być opowiadaniem z tego tematu, Zychowicz stara się jednak analizować wydarzenia lat 30-tych ubiegłego wieku. Tylko że zamiast interwencjonizmu z przyszłości zmiany w historii u Zychowicza wywołać miały historyczne postacie, zmieniając tylko swoje podejście do problemów ówczesnej polityki międzynarodowej. Ale do tego tematu jeszcze wrócę.

Pakt Ribbentrop – Beck można również przeczytać w odcinkach w tygodniku Angora.

Jako ciekawostkę dodam, że nie tylko Zychowicz przedstawia alternatywne wydarzenia dla polskiej sprawy w WWII. Inny polski autor Vladimir Wolff w cyklu Odległe Rubieże opisuje wojnę, która zaczęła się nie od agresji Rzeczy na Polskę, ale dwa lata później od agresji ZSRR na Polskę.

Gorąco polecam obie książki. Pierwszą z powodu bycia wstępem do jednego z większych i lepiej rozpisanych cyklów militarnego space opery. Drugą dla spojrzenia z innej strony na wydarzenia które doprowadziły Polskę do udziału (czy nawet rozpoczęcia) w Drugiej Wojnie Światowej.

Aktualizacja 29.03.2013: Wraz z wybiciem północy promocja na literkę P się skończyła. Ceny wróciły do poprzedniego poziomu.

Aktualizacja 04.03.2013: W dniu dzisiejszym, na zakończenie promocji Rebisu, wszystkie książki z poprzednich zostały przecenione, w tym Placówka Basilisk, Pakt Ribbentrop-Beck. Ale również Diuny Herberta, książki Dicka i wiele innych. Pełny spis znajduje się na stronie Publio. Dodatkowo, kto dziś zamówi dostanie książkę „Kwiat paproci” gratis, oraz 50% rabatu, na premiery 17 kwietnia… (niestety Apokalipsa według pana Jana, Szmidta nie znalazła się w promocji).