Archiwa tagu: alternatywna historia

Kryptonim Burza

Kryptonim BurzaNajnowsza książka Vladimira Wolffa, który do tej pory pisał thrillery militarne, osadzone w miarę współczesnych czasach (patrz Piaski Armagedonu i inne książki o przygodach wojaka Andrzeja Wirskiego, które powinny trafić niedługo na bloga). Tym razem zabrał się zmienianie pol… a nie, wróć europejskiej przeszłości. 1 września 1939 roku, kilka dni wcześniej wskutek udanego zamachu zginął Adolf Hitler, życie toczy się spokojnie jak zawsze, Druga Wojna Światowa nie wybucha…

Dwa lata później, sytuacja w Europie wciąż się zaostrza. ZSRR uzbraja miliony żołnierzy, tysiące czołgów i samolotów, przerzuca to wszystko na swoją zachodnią granicę, w tym samym czasie Polacy bunkrują swoją wschodnią granicę. W lipcu 1941 roku Związek Radziecki rozpoczyna swój rewolucyjny marsz na zachód aż po Atlantyk. Front działań obejmuje zarówno północ (Finlandię) jak i południe (Rumunię). Jednak najważniejszym celem jest Polska, położona centralnie na trasie marszu Czerwonej Armii. Czy skromne (w porównaniu z co prawdą nie udaną mobilizacją, ale wciąż liczącą ponad 4,5 mln żołnierzy rosyjską armią) polskie siły są wstanie powstrzymać sowiecką masę?

Wolff w swojej książce wydaje się zawrzeć wszystko to, czego z reguły brakuje innym pisarzom alternatywnych historii. Opisywany front wydarzeń nie skupia się na jednym głównym bohaterze i sytuacjach na które ma on w miarę bezpośredni wpływ. Za to mamy przekrój wydarzeń odbywający się niemal na całej linii walk, od Armii Wilno na północy, przez grupę Polesie aż po Armię Podole na południu. W każdym z tych miejsc spotykamy bohaterów, którzy na miano głównych nie zasługują, ale nie są też zupełnie przypadkowymi osobami, które znalazły się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Nie są to również bohaterowie w stylu Kinga, który uwielbia wprowadzać nowych bohaterów do swoich książek, a następnie uśmiercać ich, gdy tylko czytelnik zacznie odczuwać do nich jakąś sympatię. U Wolffa natomiast występuje coś zupełnie odwrotnego, pojawia się wielu bohaterów drugoplanowych, w około których skupia się spora część fabuły i mają oni na nią istotny wpływ. Za to główny bohater… trzeba przyznać iż występuje, jednak czegoś mu brakuje to miana głównego bohatera. W Odległych Rubieżach, mamy niejakiego Marka Bagińskiego (rangę pominę, bo jest więcej niż pewne, iż będzie się z biegiem wydarzeń zmieniać) dobrego pilota i znakomitego pięściarza. Widać wyraźnie iż pretenduje on do miana głównego bohatera, jednak (przynajmniej w pierwszym tomie) mimo iż wydarzenia w których bierze udział mają swoje szersze reperkusje dla fabuły, nie są one najważniejszą częścią książki. Wręcz odnosi się wrażenie, że to przyjaciele Bagińskiego (wspomniani wcześniej bohaterowie drugoplanowi) mają okazję znaleźć się w o bardziej interesujących miejscach… Podobnie było w poprzednich książkach Wolffa, gdzie głównym bohaterem jest niejaki Wirski, jednak poza rolą łącznika między tomami, nie zawsze bierze on udział w najważniejszych wydarzeniach książek. Można odnieść wrażenie iż kilku polityków zza biurka ma większy wpływ na wydarzenia w książce.

No ale nie ma co specjalnie przedłużać opisu książki, bo choć ma nieco ponad 300 stron, to opowiada zaledwie kilka pierwszych dni walk, za to niemal na całych froncie między Polską a ZSRR, bez jakiegoś szczególnego wyróżnienia dla jakiegoś wycinka walk, pojedynczego bohatera czy okresu czasowego. Każdy fragment frontu dostaje swoje 5 minut na przedstawienie sytuacji i wydarzeń. Takiego przedstawienia sytuacji militarno-politycznej można się od Wolffa uczyć. Jednak brak głównego przewodniego bohatera też ma swoje minusy, czytelnik nie ma z kim związać swoich uczuć, nie ma z kim przeżywać wydarzeń. Tak naprawdę idealne byłoby połączenie Wolffa z np. Ciszewskim, gdzie szczegółowość opisu sprawcy głównego zamieszania (jak np. 1 Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego Grobickiego) zostaje uzupełniona Wolffowskim opisem wydarzeń z całego frontu.

Sporym plusem jest również zaprezentowanie historycznym postaci w książce. Mimo iż jest 41 rok, to np. ani Zumbach, ani Urbanowicz choć latają na Hurricane\ach, to nie robią tego w 303 tylko swoich rodowitych eskadrach nad Polską ziemią. Major Sucharski nie musiał czwórkami posyłać swoich ludzi do Nieba. Itd. Teraz ci i inni ludzie muszą przeciwstawić się zupełnie innej, jeszcze potężniejszej sile ze wschodu. Choć sam autor przyznaje, że musiał tu zastosować pewne uproszczenia, gdyż brak wojny przez dwa lata wymusiłby wiele naturalnych zmian na stanowiskach, to jednak by specjalnie nie mieszać czytelnikom oraz nie wymagać poszukiwań, skąd i dlaczego nagle zamiast Mościckiego prezydentem jest Kwiatkowski i jak bardzo wpłynęłoby to na przemeblowanie dowództwa wojskowego, dlatego też wiele postaci pozostało tam gdzie było dwa lata wcześniej

De Havilland MosquitoNa zakończenie jeszcze kilka słów o sprzęcie jaki zostaje przedstawiony i wykorzystany w wydarzeniach książki. Przesunięcie wybuchu wojny o dwa lata zmieniło znacznie sytuację polityczną na świecie (a przynajmniej w Europie). Dla Polski wojna była nieunikniona, jej wybuch był tylko kwestią czasu, więc przez cały następowały przygotowania i dozbrajanie. Jednak mimo to sytuacja polskiego sprzętu prezentowała się mizernie. Choć mieliśmy kilka interesujących projektów w użyciu. Jak choćby karabin przeciwpancerny wzór 35 Ur. To główna doktryna opiera się na kawalerii konnej, ilość sprzętu pancernego była niewystarczająca, a to co mieliśmy to głównie lekkie czołgi uzbrojone głównie w karabiny maszynowe. Miało to oczywiście sens, gdyż za głównego wroga uznawano ZSRR, a Czerwona Armia musiała przyjść przez niezurbanizowane, pokryte głównie lasami wschodnie tereny Rzeczypospolitej, jednak ciężko toczyć bitwy pancerne bez czołgów… Zapraszam do lektury, by przekonać się jak to wyglądało oczami Wolffa. Wspomnę tylko o De Havilland Mosquito, który przez pilotów nazwany został „drewnianym cudem”. Jedna z najbardziej udanych konstrukcji z okresu wojny, będącej jednocześnie jedną z najmniej znanych. W książce pomocą przy projektowaniu tej konstrukcji służy właśnie Bagiński. Została prowadzona przez Wolffa niemal jak legendarna wunderwaffe… no ale nie będę spoilerował. DH.98 to interesująca maszyna, drewniana (a w czasie wojny stal i inne metale są produktem mocno deficytowym), z niezłymi osiągami i do tego posiada bardzo wszechstronne zastosowanie, od rozpoznania przez bombowiec aż po myśliwiec. Można wręcz rzecz, że maszyna marzenie. (Po więcej informacji odsyłam do Wikipedii.)

Kończąc recenzję, Kryptonim Burza otrzymuje ode mnie 4/6, głównie za opis wydarzeń z całego frontu, gdyby Wolff potrafił wprowadzić lepszą postać pierwszoplanową, kto wie czy ocena nie podskoczyłaby do pięciu. Nie wiem ile tomów będzie liczyć cykl Odległych Rubieży, ale tom pierwszy bardzo dobrze zapowiada całą serię…

Major na dużym ekranie?

MajorWpis ten będzie dotyczył dosyć starej i dla niektórych może nieco przestarzałej informacji. Jednak moim zdaniem jest to zdecydowanie zbyt słabo rozreklamowany projekt, więc warto pisać o nim jak najwięcej, by dotarł do jak największej liczby odbiorców.
W październiku 2010 odbyły się zdjęcia próbne do filmu Major na podstawie powieści Ciszewskiego o tym samym tytule. W marcu 2011 odbył się pierwszy pokaz wówczas wykonanych zdjęć. Sam osobiście o próbie zrobienia filmu na podstawie serii WWW słyszałem już wcześniej, jednak na prezentowane poniżej demo trafiłem zaledwie kilka dni temu.

Główną przeszkodą na drodze powstania filmu są obecnie finanse, a dokładnie ich brak.

Jak widać na filmie w postać Wojtyńskiego wciela się Marcin Perchuć, czy zostanie nim, gdy powstanie film, na razie nie wiadomo. Jedną z plotek, które można znaleźć na internecie jest informacja, że reżyserem może zostać Bartosz Prokopowicz.

Jeśli pojawią się dodatkowe informacje o produkcji, na pewno nie omieszkam o nich poinformować, na razie można próbować ich poszukiwać na stronie projektu: www.major-film.eu i facebookowej stronie Marcina Ciszewskiego.

The Final Countdown (1980)

The Final CountdownOstatnio na blogu głównie książki lądowały, więc trzeba to zmienić. Pod koniec zeszłego roku przeczytałem trylogię Birminghama, Oś czasu, trylogię której fabula w pewien sposób przypomina film – istnieją spore szanse, że Końcowe odliczane (bądź jak kto woli oryginalne polskie tłumaczenia Jeszcze raz Pearl Harbor) było jedną z inspiracji Birminghama do napisania swojej alternatywnej wersji wydarzeń Drugiej Wojny Światowej.

USS Nimitz, pierwszy atomowy lotniskowiec Stanów Zjednoczonych odbywa manewry w pobliżu Pearl Harbor. Nagle nad okrętem pojawia się dziwny sztorm, ogłuszając na chwilę załogę. Gdy ta dochodzi do siebie, stwierdza iż na radarach nic nie widać, w radiu też nic nie ma, jedynie na jednej z częstotliwość ktoś nadaje wiadomość w starym kodzie używanym przed WWII. Alarmowa drużyna F-14 wysłana na rekonesans odnajduje w powietrzu dwa japońskie myśliwce Zero z okresu drugiej wojny światowej. Po krótkiej walce manewrowej, Zero zostają zestrzelone. Dokładniejszy zwiad stwierdza obecność dużej floty w Pearl Harbor, wśród nich między innymi USS Arizona, a na oceanie zostaje odnaleziona jeszcze większe zgrupowanie jednostek, Japońska flota zmierzająca na Pearl. Jest 6 grudnia 1941 roku, przeddzień ataku który zmusił Stany Zjednoczone do przystąpienia do Drugiej Wojny Światowej. Kapitan Yelland staje przed trudną decyzją, czy zapobiec atakowi, czy zmienić losy świata…

Jak widać powyżej, fabuła filmu prezentuje się dosyć prosto, choć wbrew pozorom ma bardzo skomplikowane założenia, co widać nawet w kilku cytatach z filmu, gdy po znalezieniu i rozpoznaniu japońskiej floty następuje krótka wymiana zdań między Laskym a kapitanem Yellandem:

– Ciągle uważa pan, że to sen?
– To koszmar.

I w trakcie rozważań pierwszego oficera:

(…) To okręt wojenny marynarki Stanów Zjednoczonych! A przynajmniej był. Albo będzie. (…)

USS NimitzJak widać położenie w jakim znalazł się okręt, a raczej decyzje, które musi podjąć kapitan nie są łatwe. Ma okazję powstrzymać jedną z największych tragedii jakie dotknęły Amerykę, a jednocześnie może to wywołać olbrzymie reperkusje. 6 grudnia 1941 roku Japonia i Stany były względem siebie neutralne, więc gdyby Yelland zniszczył flotę wroga to on odpowiadał by za rozpoczęcie wojny, nie Japończycy. Więc to USA zostało by agresorem dla kart historii, mimo iż to Japonia szykowała się do ataku, ale pewno znaleźli by się później i tacy historycy, co by twierdzili inaczej, że np. USS Nimitz mógłby skutecznie zagrać jako straszak na wroga. Kolejnym problem było zwierzchnictwo na Yellandem, który był tylko kapitanem, ale żaden z jego zwierzchników dnia wczorajszego jeszcze nie zajmuje swoich stanowisk. Czy teraz Roosevelt będzie mu wydawał rozkazy? Ale kto z miejscowych mu uwierzy, senatorowi z tego okresu, przez radio nie uwierzyli, a Yamamoto zaatakuje o świcie następnego dnia. Sytuacja do prostych nie należy, jednak wszyscy wiemy jak się w filmie kończy, Yelland decyduje się na atak uprzedzający, do którego jednak ani scenarzysta ani reżyser nie dopuszczają, a szkoda bo jak można przeczytać w książkach w których pisarze tworzą alternatywne wersje wydarzeń, takie scenariusze są niemal zawsze interesującą lekturą.

F-14 vs ZeroNiestety film ten poza niedopisaną fabułą ma do zaoferowania widzowi tylko jedną rzecz, ujęcia okrętu i samolotów. Efekty specjalne właściwie w nim nie istnieją, ale nie szkodzi to filmowi, ponieważ zdjęcia kręcono na prawdziwym lotniskowcu, przy współudziale załogi owej jednostki. I tych kilka zdjęć wartych jest zobaczenia, zarówno startujących maszyn, jak lądujących. Szczególnie interesująca jest scena lądowania bez haka hamującego samolot. Warta zobaczenia jest również krótka walka manewrowa (tzw dogfight) między F-14 Tomcat a japońskimi Zero (co prawda w filmie grają je zbliżone wyglądem i przemalowane AT-6 Texans, ale większość nigdy tego nie zauważy). Należy przy tym zaznaczyć, że film kręcono pod koniec lat siedemdziesiątych, nie ma tu komputerowo naniesionych samolotów, odrzutowe F-14 i tłokowe AT-6 naprawdę manewrowały koło siebie. W dzisiejszych czasach nikt już nie kręci takich scen…

Jeśli zaś chodzi o pozostałe strony filmu, to nic już dodać się się nie da. Gra aktorska jest średnia, ani Kirk Douglas, ani Martin Sheen nie wykazali się specjalnie grą aktorską w filmie, nie wzbudzili większych emocji w widzach, ale też nie zniechęcili ich do siebie. Sporo ujęć zawiera błędy montażowe, jak zmiana numerów jednostek, czy odwrotna kolejność startu i kołowania, ale błędy to nie wpływają negatywnie na odbiór, choć szczerze powiedziawszy, gdy w ostatnim czasem przenoszono obraz na nośniki HD, to mogli się producenci postarać i poprawiać takie błahostki, 30 lat temu było to trudniejsze zadanie, ale dziś to przecież tylko chwila pracy dla jakiegoś grafika…

Pewno teraz sporo osób się zastanawia, dlaczego warto by zobaczyć ten film (jeśli ktoś jeszcze nie widział). A warto ponieważ film odcisnął piętno w światowej SF, niemal na pewno był inspiracją dla Osi czasu, wspomina o nim nawet Marcin Ciszewski w swoim cyklu WWW. Może zainspiruje jeszcze kogoś, kto postawi sobie pytanie, co by było gdyby Yelland nie zawrócił samolotów, gdyby jednak zmienił historię. Gdybym miał oceniać sam film, za to jaki jest, to za mimo ujęć na lotniskowcu i walki manewrowej nie mógłbym mu dać więcej niż 3,5/6, jednak biorąc pod uwagę pytania jakie powstają w głowie po seansie film zasługuje na 4/6. I polecam seans filmu, zwłaszcza gdy ktoś planuje siąść do lektur wyżej wymienionych książek.

Oś czasu – Ostateczny cel

Ostateczny celOstatni tom trylogii Johna Birminghama, w którym wielonarodowa grupa marynarzy z XXI wieku znacząco zmienia bieg Drugiej Wojny Światowej. Jest rok 1944, Alianci rozpoczynają wielką ofensywę na frontach Europy i Pacyfiku. Sowieci również wracają do gry i to w całkiem zaskakującej sposób.

Jest maj 1944 roku, Alianci rozpoczęli wielką ofensywę w Europie, wykorzystując do tego pełną paletę nowych zabawek, od F-86 Sabre, po Kałasznikowy. Kawaleria zamieniła swoje konie na helikoptery. Całość operacji wspiera oczywiście HMS Trident, zapewniając olbrzymią przewagę rozpoznania, której nadal nie są wstanie dorównać współczesne urządzenia. Resztki Luftwaffe zostają zmiecione z nieba Europy. Ośrodki badań nad nowoczesną technologią zlokalizowane we Francji zostają przejęte przez komandosów lub zniszczone w dokładnych bombardowaniach. W tym samym czasie, z San Diego wyrusza najpotężniejsza i najnowocześniejsza flota jaką widział ten świat. USS Hillary Clinton została naprawiona i jest obecnie jedynym lotniskowcem zdolnym przenosić współczesne samoloty odrzutowe A-4 Skyhawk, W około Big Hill zebrano 4 współczesne lotniskowce, olbrzymie desantowce zbudowane na wzór USS Kandahar i spora ilość jednostek osłony, w tym zupełnie nowe niszczyciele rakietowe. Do floty dołączyć ma jeszcze podwodniak HMAS Havoc, który prowadzi rozpoznanie w pobliżu japońskich wysp macierzystych. Kiedy wszystko wygląda, że już nic nie może zagrozić Alianckim operacjom, do wojny powraca Rosja rzucając na fronty niewyobrażalne ilości sprzętu i ludzi. Nie tylko rozpoczyna gwałtowny przemarsz głąb Rzeszy, ale również przeprowadza inwazję na Japonię, której flota wypłynęła na południowy Pacyfik, by powstrzymać zespół admirała Spruance. Ale niespodziewany powrót do gry, to nie jedyna niespodzianka jaką Stalin zaplanował dla świata. Po otoczeniu wojsk Rzeszy w okolicach Łodzi, na miasto zostaje zrzucony pierwszy ładunek atomowy. Świat zamiera w przerażeniu, gry realna staje się możliwość podbicia całej Europy i Azji przez komunistów.

Przy poprzednich tomach zwracałem szczególną uwagę, że ważnym tematem serii są problemy społeczne i przyśpieszenie zmian przez przybyszy, podobnie jest i w tym tomie, choć temat ten zostaje przesunięty na dalszy plan. Akceptacja kapitan Halabi, ciemnoskórej, muzułmańskiej kobiet, nadal jest sporym problemem na Wyspach, mimo gorącego poparcia udzielanego jej przez Churchilla. Podobne problemy dotykają generała Jonesa, który mimo wielu zasług dla ludzi współczesnych, dla wielu ciągle jest tylko niggrem. Trzeba jednaj przyznać, że poprawa jest widoczna, szczególnie w Australii. Innym powiązanym problem była nieczułość przyszłościowców na zadawane cierpienie. Jak się okazało, dwa lata wojny i pokaz bezwzględności w wykonaniu Japończyków na ludności tak cywilnej jak i wojskowej Australii i Hawajów, pozbawił emocji również współczesnych. Szczególnie znaczący okazał się tu pokaz brutalności na Hawajach, gdzie po odbiciu wysp stwierdzono iż siły okupacyjne zabiły dziewięćdziesiąt procent ludności cywilnej i wszystkich żołnierzy. Przez takie wydarzenia, współcześni nie mają żadnych oporów przed stosowaniem taktyki spalonej ziemie, dosłownie spalonej. Przed uderzeniami piechoty i pancerniaków, tereny bombardowane są z pomocą napalmu i innych bomb zapalających. W znieczulicy przerośli nawet ludzi z przyszłości, którzy wojnę z globalnym terroryzmem prowadzili blisko dwadzieścia lat.

Yokosuka MXY7 OhkaO rozwoju uzbrojenia za wiele z tego tomu dodać się nie da. Wszystkie strony wprowadziły na szeroką skalę odrzutowce, broń pancerna uległa poprawie, pociski rakietowe są w użyciu, zwłaszcza u Aliantów, którzy mieli olbrzymie fory w tej sprawie. W sprawie technologii warta uwagi jest Japonia, która po cichutku produkowała sterowane bomby Ohka, dla swoich Kamikaze, przepraszam dla Tokkotai, gdyż samo określenie kamikaze było dla Japończyków obrażające. Ale dlaczego warte jest to uwagi? Ponieważ nikt nie wiedział jak olbrzymią ilość tych jednostek posiada Japonia, ani że pominięto (dzięki wiedzy o przyszłości) wiele mniej udanych projektów, które miano wdrażyć przed pojawieniem się ostatnim typów 42,43 i 44. Obecnie Japonia dysponowała olbrzymią ilością niemal naddźwiękowych (Ohka rozwijała prędkość około tysiąca kilometrów na godzinę) pocisków sterowanych o zasięgu około 250 km. O więc pocisków zdolnych zaatakować przeciwnika z odległości większej niż cokolwiek innego do tej pory, również na tyle szybko, że cele dla bomb właściwie nie miały czasu na obronę, o czym przekonała się bardzo dotkliwie rosyjska flota. Dzięki zaskoczeniu jakie przewidywał plan pierwszego użycia tej broni, flota admirała Spruance, nawet przy wsparciu jednostek admirała Kolhammera, miała nikłe szanse na przetrwanie tego spotkania. Na szczęście dla pozytywnej strony konfliktu, sytuację zmienił powrót ZSRR do wojny.

Znacznie bardziej interesującą sprawą tego tomu jest taktyka jaką zastosowały wszystkie cztery strony w tej końcówce wojny, oraz polityka jaką chciały tą taktyką wprowadzić. O Japonii i ich cichym (w przygotowaniu, głośnym w użyciu) planie już pisałem. Jeśli chodzi o Aliantów, to ich plan na Europę był konwencjonalny, wykorzystać Anglię jako przyczółek i z niego atakować kontynent i Rzeszę. Dzięki olbrzymiej przewadze jaką dawał Trident, bardzo szybko uzyskaną całkowitą przewagę w powietrzu, również dzięki wykorzystaniu na szeroką skalę helikopterów, bardzo szybko przerzucano wojska tam, gdzie są potrzebne, znacznie ułatwiło to też ewakuację rannych. Patton ze swoimi pancerniakami pchał front co raz bardziej w głąb Rzeczy. Na Zachodzie w kilka dni po D-Day, Niemcom zostały tylko lokalne punkty oporu, co prawda bardziej niebezpieczne dla Aliantów niż wyraźnie wytyczony front, jednak osamotnione i otoczone przez siły wroga. Gdy front zachodni właściwie nie istnieje, do wojny powracają Sowieci, rzucając na front wschodni milionowe siły, rozbijać w pył niemieckie dywizje strzegące bezpiecznej granicy, w tym samym czasie Sowieci wykonują powietrzne desanty na południową Francję, Włochy, Bałkany oraz rozpoczynają desant morski na japońskie wyspy macierzyste. Niemcy szykują się do odparcia Rosjan, zbierając siły pod Łodzią i w tym momencie świat przeżywa pierwszy szok. Rosjanie jako pierwsi zrzucają Bombę A, właśnie na Łódź. Podczas gdy świat zwalcza pierwszy szok faktu, że to Stalin wygrał wyścig, a jego wojska kontynuują natarcie, Niemcy serwują światu drugi szok, na linii Odry tworzą front z broni chemicznej o długim czasie działania. Tworzą nad Odrą prawdziwą Ziemię Niczyją, żadna strona nie jest wstanie jej przejść. A gdzie Alianci i ich projekt Manhattan? Mieli przecież znacznie większą przewagę nad resztą, zarówno w ludziach jak i technologii, tymczasem o ich bombie nic nie słychać.

B-52 StratofortressJak się okazuje, projekt Manhattan ma się lepiej niż dobrze. Przy użyciu B-52 Stratofortress zrzucają nie jedną, nie dwie, ale trzy bomby na… Berlin domagając się bezwarunkowej kapitulacji państw Osi. Robiąc przy okazji wszystko co się da, by nie rozdrażnić Stalina, który prawie opanował już dwa kontynenty i jest blisko skierowania luf przeciw swoim „sojusznikom”. Przy okazji całkowicie ignorując rady Kolhammmera w sprawie wroga, z którym już raz przyszło mierzyć się w lodowatym uścisku przez blisko pół wieku. Ale do polityki jeszcze wrócę, na razie powrócę do teatru wojny na Pacyfiku w pobliżu Japonii. Po zniszczeniu Rosjan i utracie elementu zaskoczenia nad Amerykanami, Yamamoto i jego flota szykuje się do obrony wysp, jednak w pobliże jego pancernika Yamato podpływa HMAS Havoc i dostaje rozkaz zatopienia floty przeciwnika, podczas gdy jest to jedyna siła zdolna w obecnym momencie ograniczyć zapędy Stalina z jego programem atomowym i tylko podstęp admirała Kolhammera oraz trzeźwość umysłu admirała Yamamoto ratuje świat przed „Ostatnim brzegiem” (On the Beach – książka Nevila Shute z 57′, oraz dwie ekranizacje), choć Tokio nie znajduje się na liście uratowanych.

Polityka, właściwie najważniejszy temat trzeciej książki serii. Niestety mam negatywne odczucia do linii polityki jaką prowadzi główny gracz, czyli Stany Zjednoczone Ameryki. O ile trzymanie w sekrecie osiągnięć projektu Manhattan jak najbardziej popieram, zwłaszcza gdy w szachu chciano trzymać Stalina i jego bandę, to już jego użycie jest w moim odczuciu zupełnie negatywne. Zrzucenie bomb na właściwie już rozgniecioną Rzeszę, nijak nie wpłynęło na wynik tej potyczki. Sam Himmler, gotów był do bezwarunkowej kapitulacji siłom Aliantów, tylko by ratować to co zostało z jego narodu. W naszej rzeczywistości bomby zrzucono na przegrywającą Japonię, ale nie pokonaną Japonię. Pokaz siły miał uchronić Aliantów przed wykrwawieniem się przy zdobywaniu wysp. Tu pokaz siły nijak nie osiągnął tego celu. Również ignorowanie ostrzeżeń o możliwościach ZSRR i kierownictwa tego kraju, negatywnie pływa na ocenę polityki Roosevelta. Gdyby nie „bunt” Kolhammera, kolejne atomówki niemal na pewno spadły by na Londyn i Canberrę. Ale pomijając kwestie gry na atomówki, bo tu stawki są inne i mogę nie rozumieć do końca tych posunięć, to pozostaje fakt likwidacji Yamamoto, w sytuacji gdy jest (biorąc pod uwagę posiadaną przeze mnie wiedzę i treść książki) najlepszy sojusznik jakiego Alianci mogliby pozyskać, również czasowo zagrana w momencie, gdy Japonia nie miała już wyjścia wzięta między młot i kowadło. A przecież Roosevelt i admirał King znali historię, a mimo to pozwoli by górę wzięły emocje za Hawaje. Zachowanie tych ludzi, siedzących tysiące kilometrów od miejsc walk wzbudza we mnie negatywne uczucia, a przecież to oni powinni na zimno kalkulować sytuację. Jestem co prawda świadom, że gdyby Rosjanie nie przystąpili ponownie do walk, to Yamamoto prawdopodobnie rozniósłby w pył flotę inwazyjną Aliantów, jednak nie mogę go winić za bycie dobrym w swoim fachu, w końcu jest Wielkim Admirałem i jego zadaniem jest pokonanie wrogów, nie ich wybór.

Rozpisałem się, a przecież opisuję najsłabszy tom trylogii. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć, najsłabszy nie znaczy zły, jest tylko słabszy od dwóch poprzednich. Samo zakończenie wojny i wątki z tym związane, jak widać powyżej, prezentują bardzo przyzwoity poziom, nawet jeśli wzbudzają negatywne uczucia. O gorszym odbiorze książki decydują głównie kwestie, których nie ma w książce. Po pierwsze ponad rok przerwy w wydarzeniach. Ja rozumiem, że na frontach powstała stagnacja, gdy każda ze stron próbowała zyskać przewagę na przeciwnikiem, jednak sprawa Hawajów powinna zostać dokładniej opisana, a nie (jak ma to miejsce w trylogii) przeskoczona. Okupacja i odbicie powinno się znaleźć w tym lub poprzednim tomie. I to raczej w tym, bo Wybór celów zakończył się doskonałym cliffhangerem. Nie wiem czy autor nie mam ochoty czy pomysłu na ten porządne rozwinięcie tego wątku, może bał się bardzo trudnego tematu ludobójstwa. Nie wiem jaki był powód, w każdym razie, mocno się zawiodłem brakiem rozwinięcia tego motywu.

Podobny zawód, choć na szczęście znacznie mniejszy, poczułem w sprawie komandora Daniela Black, współczesnego męża reporterki z XXI wieku, Julii Duffy. I nawet nie chodzi o ich problemy małżeńskie, ale o fakt iż zginął między tomami i to jeszcze jakąś bezsensowną śmiercią w wypadku. Cóż mam wrażenie, że to wręcz kpina z czytelnika, zrobić wpierw bohatera, którego czytelnik polubi a potem cichcem go zlikwidować w sposób nic nie wnoszący do fabuły.

Jak pisałem jest to znacznie mniejszy zawód niż te nieszczęsne Hawaje, ale jest to też wina Birminghama, który zrobił wszystko by w Osi czasu nie pojawił się bohater, lub grupa bohaterów z którą czytelnik mógłby i chciałby się utożsamiać. Ten fakt równoważy wszystkie swoje pozytywy i negatywy. Brak takiego przodującego bohatera stał się odczuwalny właśnie w Ostatecznym celu, gdzie momentami, aż się prosiło by stał się nim np. książę Harry, kapitan Halabi z HMS Trident, czy kapitan Willet z HMAS Havoc. Błędne wrażenie, iż taki bohater się pojawi sprawiła pani Duffy, z którą na samym początku obserwujemy desant kawalerii powietrznej. Jednak piszę, że brak takich postaci równoważy swoje negatywy. Właśnie ich brak pozwala spojrzeć na inne problemy opisywane przez autora: rasizm, tłamszenie kobiet, nawet tak unikany przez autora problem jak ludobójstwa, to wszystko staje się ważniejsze, gdy czytelnik nie kibicuje konkretnym postaciom i ich losom w tym całym wojennym zamęcie.

Nim jednak przejdę do podsumowania, pozostanie ostatnia kwestia, którą poruszę ze względu na swój patriotyzm. Polska i jej udział w wojnie. Przy okazji poprzedniego tomu, miałem przyjemność wspomnieć o Dywizjonie 303, który zasłynął się w obronie Wielkiej Brytanii podczas Bitwy o Anglię. Tym razem mam znacznie smutniejsze wieści. Można powiedzieć, że autor wręcz znęcał się na Polską. Myślę, że wpływ na to miały materiały, jakie stały się jawne po upadku Żelaznej Kurtyny, gdzie tereny polski miały się stać atomowym frontem ewentualnej wojny między NATO a państwami Układu Warszawskiego. Zniszczenie Łodzi było pierwszym ciosem zadanym przez Birminghama, kolejnym było skażenie zachodnich terenów, na linii Odry, a później jeszcze na doprawkę zniszczenie Berlina, które choć nie dotyka Polski bezpośrednio, to w połączeniu z Łodzią i chemią uczyniło pewno większą część terenów Polski niezdatnymi do życia. Jednym zdaniem, wyszliśmy na tym gorzej niż w Jałcie. Jednak sam fakt takiego potraktowania tych terenów nie wpływa źle na ocenę całości, ponieważ nie bardzo widzę możliwość innego rozwiązania tych kwestii (może z wyjątkiem Berlina).

Kończąc Trylogię Oś czasu, Ostateczny cel dostaje tylko 4/6, głównie za Hawaje, choć polityka Roosevelta też ma wpływ na obniżenie oceny tomu.

Oś czasu – Wybór celów

Wybór CelówŚrodek trylogii Birminghama o wielonarodowej grupie wojskowych z 2021 roku, którzy wskutek nieudanego eksperymentu lądują w samym środku Drugiej Wojny Światowej, przy okazji niemal doszczętnie niszcząc ofensywne możliwości aliantów na Pacyfiku i to w przeddzień bitwy, która miała być punktem zwrotnym na tym teatrze wojny.

Od akcji z pierwszego tomu mija kilka miesięcy. Jak okazuje się, każda strona otrzymała jakiś podarek z przyszłości, dzięki któremu chcą odmienić losy wojny. Naziści zawarli zawieszenie broni z Sowietami i obecnie przerzucają wojska na zachód, by zdobyć ostatni aliancki przyczółek w Europie, Wyspy Brytyjskie. Tymczasem u samych sowietów cisza, zgodzili się na zawieszenie broni i wygląda jakby nagle wojna przestała ich interesować. Jednocześnie oba totalitarne imperia posiadając całkiem niezłą wiedzę o dalszych losach swoich krajów, przeprowadzają czystki na szeroką skalę. Wśród ofiar tych czystek znajduje się np. generał Rommel, któremu Rzesza zawdzięczała sporo zwycięstw, jest też córka Stalina, która po jego śmierci uciekła na Zachód. W tym samym czasie Imperium Japońskie całkowicie zmienia strategię, wycofując swoje siły z kontynentu azjatyckiego, by jak najszybciej zdobyć przewagę na aliantami na pozostałych frontach, oraz by zdobyć niezbędne do rozwoju zasoby Australii. Pod koniec roku państwa Osi rozpoczynają wielką ofensywę, naziści próbują desantu na Anglię, Japończycy ponownie atakują Hawaje, tym razem nie wycofując się po bombardowaniu, tylko zajmując wyspy.

Podczas gdy państwa Osi i Sowieci zajmują się wewnętrznymi czystkami i rozwojem uzbrojenia, Admirał Kolhammer musi toczyć zupełnie inną wojnę, z rasizmem i strachem przed zmianami. I to nie tylko zmianami natury militarnej, ale także kulturowej. Rząd USA powołuje do istnienia w Kalifornii specjalną Strefę, na terenie której obowiązuje prawo z XXI wieku, strefę w której ma rozpocząć się rewolucja przemysłowa, ale też strofę która ma częściowo ograniczyć rozpływ kultury z przyszłości. Przeciw Kolhammerowi i jego ludziom staje sam szef FBI, Edgar Hoover.

F-86 SabreTak jak pisałem przy pierwszym tomie, przybysze z przyszłości trafili na olbrzymi mur kulturowy. I nie chodzi już tylko kolorowych i kobiety, ale o wpływy jakie wywierają na całe społeczeństwo. Do Strefy i do Sił Pomocniczych napływają ludzie z całych Stanów i są to zarówno biali chętni zysków, jak i cała reszta, dla których wizja braku segregacji rasowych jest szansą na poprawę swojego losu. Ale wszystko to spotyka się oporem sporej części „starej gwardii”. Takich ludzi jak właśnie Hoover, który w ludziach z przyszłości widzi zdziczenie obyczajów, rozwiązłość i komunizmu itp., podczas gdy sam jest homoseksualny i w łóżku wyrabia gorsze rzeczy, niż te które zarzuca ludziom w strefie. A do tego posiada teczki na sporą część polityków i innych wpływowych ludzi. Zamiast szukać wrogów, takich jak ci odpowiedzialni za zamachy bombowe na cele cywilne, FBI pod jego komendą szuka haków na ludzi u władzy. Ale trzeba przyznać ludziom Kolhammera, że nie są do końca tacy niewinni na jakich uchodzą. Oni chcą dostosować realia do znanych sobie ze swoich czasów., ze wszystkim co dobre i co złe. Tworzą odpowiednio tajną organizację, która ma im pomóc w zmianach społeczeństwa (między innymi finansując grupy, które rozpoczęły zmiany w ich świecie) i wymierzaniu sprawiedliwości, gdy wszelkie inne legalne środki zawodzą, a dzięki technologii, którą posiadają, są znacznie skuteczniejsi w swych poczynaniach niż Hoover. Kto wie, czy gdyby FBI nie podchodziło do swoich zadań bardziej rzetelnie, nie pokrzyżowaliby planów ludziom z przyszłości.

A-4 SkyhawkWraz z utworzeniem Strefy w Kalifornii, Alianci zabrali się za rozwój technologii by zyskać przewagę nad wrogiem. O ile w przypadku lotnictwa zmiany nie natrafiają na wielki opór – pokazy z użyciem F-22 i Raptorów dają odpowiedni efekt, by zacząć poważne prace nad silnikami odrzutowymi i helikopterami, tak powstają względnie szybko Hueye, Cobry, A-4 i F-89, które już niedługo zaczną wojować na frontach. Jednak na pozostałych frontach opór jest znacznie większy. Wiąże się on z niedowierzaniem, lobbingiem przemysłowców i kłamstwami z testów broni. Przykładowo, największym problemem Aliantów na Pacyfiku były torpedy, które nie wybuchały. Detonatory magnetyczne miały feler i gdy torpeda weszła za głęboko wysiadały, natomiast detonatory uderzeniowe (zapasowe) zostały żywcem przeniesiony z poprzedniej wolniejszej wersji torped, obecnie ulegały zniszczeniu w momencie uderzenia we wrogą jednostką. Usterka, to złe określenie, wada fabryczna była względnie prosta w naprawie, jednak producent za nic nie chciał się przyznać do błędu, więc nim doszło do wymiany wadliwych części wiele okrętów wroga nie zostało zatopionych. Podobny opór spotkano przy produkcji czołgów i broni ręcznej piechoty. Nim producenci i projektanci przyjęli do wiadomości jakie wady zawiera w sobie np. taki Sherman i jak bardzo jest nieprzygotowany do nowoczesnej walki pancernej, setki jak nie tysiące skorup było już wylanych, a gdy każdy czołg na froncie się liczy, to posyła się i takie trumny jakie są gotowe. Z karabinami byłe nieco lepiej, przybysze z przyszłości zaproponowali najlepsze i najprostsze technicznie rozwiązanie jakie zna świat: AK47, na kontynencie amerykańskim początkowa próba jego wdrożenia spotkała się ze sporym oporem, głównie ze względu na historię owej broni, jednak w Australii gdzie trwały walki obronne przed Japończykami, wprowadzana go do użytku tak szybko, jak schodził z taśm. Dzięki skuteczności jaką tam pokazał, opór u pozostałych sojuszników minął jak kulą odjąć. Także jak można się przekonać, sama wiedza o możliwościach broni, może być nie wystarczająca by przeforsować zmiany tych gorszych ale znanych pomysłów. Gdyby podobną problematykę przenieść do Ciszewskiego, to tłumaczy, czemu u niego nie obserwujemy żadnej zmiany uzbrojenia u współczesnych, nawet najprostszego.

Ostatnim aspektem Wyboru celów jest oczywiści sama wojna, choć jest tu tematem można powiedzieć drugorzędnym. Wpierw może Europa, Hitler odpuścił sobie front wschodni, nawet niby z sowietami bada nowe uzbrojenie. Cała jego uwaga skupiona jest na Anglii, gdzie próbuje za wszelką cenę wygrać. Jednak robi to w sposób nie do końca sensowny (zupełnie jak w normalnej linii czasowej). Nie ma możliwości przeprowadzenia ataku z zaskoczenia, wybrzeży Anglii strzeże HMS Trident (niszczyciel Stealth z XXI wieku), którego rozpoznanie pozwala śledzić ruchy jednostek na setki kilometrów w głąb Francji. Przez tą ruchomą platformę radarową wszelkie siły Luftwaffe spotykają się z oporem nim jeszcze dolecą do Kanału. Natomiast próby zatopienia niszczyciela są chaotyczne i nieskuteczne. Zamiast zebrać porządną ilość Me-262, są one puszczane na rzeź po kilka sztuk i strącane przez silną obronę przeciwlotniczą jaką otoczono Tridenta. Kiedy dochodzi do inwazji na Wyspy, całą akcja kończy się klęską, jakiej Hitler jeszcze nie widział. Flota w ogóle nie dociera do Anglii, główne jednostki zostają zatopione niszczyciel, podczas gdy resztę floty rozgramia Home Fleet. Lotnictwo również ponosi klęskę, nieco mniejszą, bo ze względu na ilość posłanych maszyn część dociera na miejsce, jednak tam niedługo zostają otoczone przez wojska aliantów i wycięte w pień. I tak Rzesza traci swe możliwości ofensywne.

Po drugiej stronie globu, Imperium Japońskie robi wszystko co tylko może, by alianci uznali iż ich celem jest zajęcie Australii i jej zasobów. Wojska obecne na kontynencie mają byś wyjątkowo brutalne, by wzmóc we wrogu poczucie strachu i chęć wzmocnienia obrony Australii kosztem innych miejsc. W tym samym czasie, gdy na północy Australii trwa rzeż, admirał Yamato zajmuje Hawaje. Hidaka, tymczasowy gubernator Hawajów, posyła ultimatum Amerykanom, że jeśli zapomną o wyspach, nic złego nie stanie się mieszkańców, by dodać mocy swoim słowom strzela w skroń reporterce z przyszłości… Alianci przekonują się, co to znaczy walczyć z bezwzględnym wrogiem, który na dodatek się nie poddaje. (Jednak jak to wpływa na ich zachowanie, trzeba poczekać na kolejny tom…)

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o polskich akcentach w książce. Załoga HMS Trident podczas inwazji o osłonę powietrzną w wykonaniu Dywizjonu 303 pod dowództwem kapitana Jana Zumbach, nawet nie tyle prosi ile się domaga, mimo głosów z dowództwa RAFu odradzających takie postępowanie. Dywizjon pozostaje w osłonie niszczyciela nawet po przybyciu zmiany, zostają tak długo jak długo wystarcza im paliwa i amunicji. Jest to miły akcent ze strony autora w stosunku do ludzi, którzy mieli znaczący udział w obronie Wysp, podczas Bitwy o Anglię.

Podsumowując, Wybór celów jest jeszcze lepiej napisany niż Wybór broni. Końcowe akcje militarne i pierwszy pokaz tylko kilku nowych rodzajów uzbrojenia jest właśnie tym czego oczekuje się książek opisujących alternatywną historię. Nawet problemy społeczne na swój sposób przyciągają uwagę czytelnika, szczególnie różne akcje przeciw rasizmowi, które rozpoczynają się znacznie szybciej niż miało to miejsce w pierwotnej linii czasowej. 5/6 to jak najbardziej odpowiednia ocena dla środkowego tomu Osi czasu.