Archiwa tagu: America

Star Carrier – Pierwsze uderzenie

Star Carrier - Pierwsze uderzenie

I oto znalazłem! Cykl „Star Carrier” autorstwa Iana Douglasa (właściwie Wiliama H. Keitha) to typowa powieść militarystyczna, utrzymana w klimacie hard science-fiction, której akcja rozgrywa się daleko w przyszłości.

„Star Carrier” to cykl składający się obecnie z czterech tomów, w Polsce wydanych dzięki wydawnictwu „Drageus Publisching House”. Premiera najnowszego tomu zapowiedziana jest na 12 marca 2014 – czyli niedługo po publikacji tej recenzji.

Autor, William H. Keith, Jr., urodzony w 1950 roku, to amerykański pisarz zajmujący się szeroko pojętym tematem wojny. W swoich licznych cyklach i powieściach porusza m.in. udział maszyn w wojnie, nanotechnologii, rozwoju technologicznego wojska i przemysłu, budowy i działania jednostek wojskowych, taktyk walki, psychologii wroga, śmierci i poświęcenia dla ojczyzny. Keith w swoich licznych powieściach porusza tematykę wojny przyszłości, jaką być może będzie zmuszona kiedyś prowadzić Ziemia. Jego wizja przyszłości jest usiana różnymi katastrofami i zdarzeniami będącymi następstwem ślepych działań ludzkości – scenariuszy, które się jeszcze nie zdarzyły, ale są bardzo możliwe. Autor będąc w wojsku nie służył na pierwszej linii, ale w czasie wojny w Wietnamie stacjonował na jednej z placówek, jako sanitariusz. Jest znawcą broni i hierarchii wojskowej. Napisał ponad 100 powieści i kilkadziesiąt opowiadań.

Akcja powieści rozpoczyna się w odległym systemie Eta Boötis, gdzie istnieje zasiedlona przez ludzi planeta Harris (Eta Boötis IV). Autor rzuca czytelnika od razu w wir zmagań wojennych pomiędzy obcą flotą atakującą osaczonych Marines, a niewielkim ziemskim zgrupowaniem okrętów wojennych dowodzonym przez Admirała Koeniga. Ekspedycja pod wodzą Koeniga atakuje wrogą flotę z zaskoczenia, a w wyniku długiego starcia udaje się zadać znaczne straty oraz przepędzić wroga. Długa i krwawa bitwa zajmuje dokładnie połowę powieści. Autor napisał ją w formie raportów, każdy z nich zaczyna się od przedstawienia miejsca akcji, położenia oraz czasu, w którym się rozgrywa. Dlatego mamy rzadką okazję śledzić losy bitew z dokładnym oznaczeniem czasowym, co pozwala zobrazować sobie działanie jednostek na mapie taktycznej. Prawdopodobnie taki był zamiar autora, aby opisując kolejne podrozdziały stworzyć wizję mapy taktycznej obszaru z zaznaczonymi na nich punkcikami świetlnymi – tak, jak zresztą opisuje to w kilku miejscach.

Początkowo taki sposób prezentacji danych przytłacza, zwłaszcza, że w większości powieści sposób prezentacji miejsca i akcji są raczej uproszczone i, w przypadku scifi, ograniczone do orbity planety. Tutaj akcja rozgrywa się wszędzie. Może dziać się na orbicie planety, w pasie Kuipera, w systemie wewnętrznym, zewnętrznym, na obrzeżach tegoż systemu, a wróg może poruszać swoją flotę nie tylko w dwóch wymiarach, ale również atakuje z zenitu lub nadiru.

Autor poradził sobie z tym zadaniem wyśmienicie. Przede wszystkim przeniósł akcję do myśliwców, które wykonują lwią część zadania i mogą przemierzać przestrzeń szybciej niż potężne fortece. Na dodatek przenoszą z sobą niezwykle niszczycielski arsenał. Większe jednostki wkraczają do akcji tylko w ostateczności. Choć dysponują potężnymi działami, rolę głównej broni we wszechświecie „Star Carriera” odgrywają rakiety z głowicami nuklearnymi. Już od pierwszego rozdziału obserwujemy potężną bitwę na orbicie mało znaczącej planety, ale obraz tej bitwy został nakreślony tak idealnie, że trudno odmówić jej uroku. Osadzona na wielu płaszczyznach akcja wielowątkowej misji trwającej godziny czyta się jednym tchem. Co ciekawe, autor podkreśla dysproporcje pomiędzy obiema flotami tak donośnie, że nie trudno wyłonić na pierwszy rzut oka zwycięzcy, tym bardziej, że w opisach sytuacji geopolitycznej daje do zrozumienia, kto rządzi w galaktyce. Niemniej, szybko daje znać czytelnikowi, że odmienne od siebie armie, wyposażenie i w końcu filozofia wojenna potrafią zmienić obraz nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji.

Military science-fiction to gatunek, który nie każdemu może pasować. Utwory takie wymuszają całkowite skupienie, ponieważ pomięcie nawet najdrobniejszego szczegółu może ukazać się katastrofalne w skutkach dla zrozumienia fabuły. Autor przedstawia w powieści bardzo dokładnie zabawki, jakimi zamierza się bawić. Mamy tutaj nie tylko obraz floty i konkretnych jednostek, ale także opis technologii i urządzeń zainstalowanych na statkach. Na porządku dziennym jest dokładne opisanie budowy i działania wyrzutni rakiet, zanim te zostaną wystrzelone w stronę wroga. To samo tyczy się technologii podróży, czyli napędów zainstalowanych na statkach. Wiemy dokładnie jak działają, mimo, że do pełnego zrozumienia przyda się wiedza z zakresu fizyki. To z kolei kolejny ciekawy atrybut powieści – hard science fiction, jakie Keith nam zaserwował, czyli wielki nacisk na to, aby prawa fizyki zostały zastosowane w należyty sposób. Żadna ze stron nie otrzyma niespodziewanie bliżej niewytłumaczonej przewagi pomijającej podstawowe mechanizmy fizyki. To właśnie sprawia, że powieść jest o wiele bardziej realistyczna od typowych historii znanych choćby ze „Star Treka” czy „Gwiezdnych Wojen”. Nie wspominając już oczywiście o wędrujących wszędzie wszędobylskich humanoidalnych rasach. Dodatkowo autor posługuje się terminologią znaną z lekcji fizyki, zatem nie trzeba być wielkim orłem, aby zrozumieć wielokrotnie przytaczane pojęcia prędkości światła (c), jednostki astronomicznej (AU – w książce JA), czy przyśpieszenia ziemskiego (g).

Autor postawił na dwie postacie, którym nie szczędzi opisu. Są to admirał Alexander Koenig oraz pilot starhawka, były nielegał, i przez to nielubiany wśród kolegów, porucznik Trevor Gray, będącym POV (Person of View) za pomocą którego poznajemy świat przyszłości. Trevor przedstawia bardziej przyziemne aspekty życia ludzi. Dzięki jego przemyśleniom poznajemy świat istniejący poza wojskiem i marynarką. A także jego osobiste problemy spowodowane ingerencją technologii w życie. Jego wspomnienia rzucają wiele światła na Ziemię XXV wieku, którą dotknęły liczne kataklizmy.

Admirał Koenig prezentuje głównie punkt wojskowy. W licznych rozmyślaniach przedstawia obecny stan polityczny, liczebność floty i jej możliwości. Od niego dowiadujemy się, że ziemska flota liczy około pół tysiąca statków, ale tylko sześć potężnych lotniskowców.

Pojawia się oczywiście szereg postaci drugoplanowych, które mają bardziej rozbudowane wejścia, ale obecnie trudno jest coś na ich temat napisać. Jedną z nich jest komandor Allyn – CAG myśliwców na Ameryce.

Ciekawym zabiegiem jest przedstawienie punktu widzenia obcych. Mamy tutaj możliwość zajrzenia w umysł Tacticiana Zdecydowanego Kwiatu Lotosu, czyli przywódcy obcej floty. Przedstawienie obcej razy w sposób odmienny niż przyjętego ogólnie w scifi humanoida na wzór ludzi jest naprawdę intrygujące.

Ze wszystkich powyższych autorowi najgorzej wyszło tworzenie postaci. Koenig przyciąga uwagę, ponieważ jest głównym źródłem informacji o flocie, a także on podejmuje wiążące decyzje. Jednak jego życie prywatne jest bardzo mdłe i w zasadzie ubogie. Trevor Grey miejscami naprawdę przynudza swoimi problemami. Natomiast obcy Kwiat Lotosu – no cóż – nie da się ukryć, że to jedna z lepiej napisanych postaci, ale w końcu nie humanoid, więc i tak sam w sobie jest oryginalny. Mam nadzieję, że w dalszej części cyklu autor przyłoży się bardziej. Pozostali to tylko cienie, które przewijają się w tle. Na szczęście to nie oni stanowią tutaj główną oś fabularną.

Nie da się pominąć nawiązania do islamskich ekstremistów, którym autor poświęca chwilę. W tym kontekście, że nieporozumienia na tle religijnym były w efekcie przyczyną zniszczenia całych miast i wybuchu wielu wojen. Nie da się nie zauważyć pewnego nawiązania do postępującej powoli islamizacji świata, chyba najbardziej widocznego w Europie. Autor porusza ten problem, jako jeden z ważniejszych, który nawet w XXV wieku nie zostały rozwiązany. Wskazuje palcem religie, jako skostniałe instytucje niepotrafiące dostosować się do ewolucji świata.

„Star Carrier” to ciekawie zapowiadający się cykl military SF. Pomimo, że powieść nie jest wolna od wad, idealnie wpisuje się w pustkę, jaką zostawił po obie Lem, Dick czy Asimow. Jako pozycja z gatunku hard science fiction nie przytłacza skomplikowaną terminologią, dlatego z pewnością zadowoli każdego fana. Autor może nie ma daru do pisania postaci, za to zdecydowanie dobrze wypada mu kreowanie dystopijnego świata przyszłości. Świetne opisy historii gatunku ludzkiego przeplatane z epickimi bitwami sprawiły, że stałem się zagorzałym fanem tego cyklu już po pierwszym tomie.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.