Archiwa tagu: final countdown

The Final Countdown (1980)

The Final CountdownOstatnio na blogu głównie książki lądowały, więc trzeba to zmienić. Pod koniec zeszłego roku przeczytałem trylogię Birminghama, Oś czasu, trylogię której fabula w pewien sposób przypomina film – istnieją spore szanse, że Końcowe odliczane (bądź jak kto woli oryginalne polskie tłumaczenia Jeszcze raz Pearl Harbor) było jedną z inspiracji Birminghama do napisania swojej alternatywnej wersji wydarzeń Drugiej Wojny Światowej.

USS Nimitz, pierwszy atomowy lotniskowiec Stanów Zjednoczonych odbywa manewry w pobliżu Pearl Harbor. Nagle nad okrętem pojawia się dziwny sztorm, ogłuszając na chwilę załogę. Gdy ta dochodzi do siebie, stwierdza iż na radarach nic nie widać, w radiu też nic nie ma, jedynie na jednej z częstotliwość ktoś nadaje wiadomość w starym kodzie używanym przed WWII. Alarmowa drużyna F-14 wysłana na rekonesans odnajduje w powietrzu dwa japońskie myśliwce Zero z okresu drugiej wojny światowej. Po krótkiej walce manewrowej, Zero zostają zestrzelone. Dokładniejszy zwiad stwierdza obecność dużej floty w Pearl Harbor, wśród nich między innymi USS Arizona, a na oceanie zostaje odnaleziona jeszcze większe zgrupowanie jednostek, Japońska flota zmierzająca na Pearl. Jest 6 grudnia 1941 roku, przeddzień ataku który zmusił Stany Zjednoczone do przystąpienia do Drugiej Wojny Światowej. Kapitan Yelland staje przed trudną decyzją, czy zapobiec atakowi, czy zmienić losy świata…

Jak widać powyżej, fabuła filmu prezentuje się dosyć prosto, choć wbrew pozorom ma bardzo skomplikowane założenia, co widać nawet w kilku cytatach z filmu, gdy po znalezieniu i rozpoznaniu japońskiej floty następuje krótka wymiana zdań między Laskym a kapitanem Yellandem:

– Ciągle uważa pan, że to sen?
– To koszmar.

I w trakcie rozważań pierwszego oficera:

(…) To okręt wojenny marynarki Stanów Zjednoczonych! A przynajmniej był. Albo będzie. (…)

USS NimitzJak widać położenie w jakim znalazł się okręt, a raczej decyzje, które musi podjąć kapitan nie są łatwe. Ma okazję powstrzymać jedną z największych tragedii jakie dotknęły Amerykę, a jednocześnie może to wywołać olbrzymie reperkusje. 6 grudnia 1941 roku Japonia i Stany były względem siebie neutralne, więc gdyby Yelland zniszczył flotę wroga to on odpowiadał by za rozpoczęcie wojny, nie Japończycy. Więc to USA zostało by agresorem dla kart historii, mimo iż to Japonia szykowała się do ataku, ale pewno znaleźli by się później i tacy historycy, co by twierdzili inaczej, że np. USS Nimitz mógłby skutecznie zagrać jako straszak na wroga. Kolejnym problem było zwierzchnictwo na Yellandem, który był tylko kapitanem, ale żaden z jego zwierzchników dnia wczorajszego jeszcze nie zajmuje swoich stanowisk. Czy teraz Roosevelt będzie mu wydawał rozkazy? Ale kto z miejscowych mu uwierzy, senatorowi z tego okresu, przez radio nie uwierzyli, a Yamamoto zaatakuje o świcie następnego dnia. Sytuacja do prostych nie należy, jednak wszyscy wiemy jak się w filmie kończy, Yelland decyduje się na atak uprzedzający, do którego jednak ani scenarzysta ani reżyser nie dopuszczają, a szkoda bo jak można przeczytać w książkach w których pisarze tworzą alternatywne wersje wydarzeń, takie scenariusze są niemal zawsze interesującą lekturą.

F-14 vs ZeroNiestety film ten poza niedopisaną fabułą ma do zaoferowania widzowi tylko jedną rzecz, ujęcia okrętu i samolotów. Efekty specjalne właściwie w nim nie istnieją, ale nie szkodzi to filmowi, ponieważ zdjęcia kręcono na prawdziwym lotniskowcu, przy współudziale załogi owej jednostki. I tych kilka zdjęć wartych jest zobaczenia, zarówno startujących maszyn, jak lądujących. Szczególnie interesująca jest scena lądowania bez haka hamującego samolot. Warta zobaczenia jest również krótka walka manewrowa (tzw dogfight) między F-14 Tomcat a japońskimi Zero (co prawda w filmie grają je zbliżone wyglądem i przemalowane AT-6 Texans, ale większość nigdy tego nie zauważy). Należy przy tym zaznaczyć, że film kręcono pod koniec lat siedemdziesiątych, nie ma tu komputerowo naniesionych samolotów, odrzutowe F-14 i tłokowe AT-6 naprawdę manewrowały koło siebie. W dzisiejszych czasach nikt już nie kręci takich scen…

Jeśli zaś chodzi o pozostałe strony filmu, to nic już dodać się się nie da. Gra aktorska jest średnia, ani Kirk Douglas, ani Martin Sheen nie wykazali się specjalnie grą aktorską w filmie, nie wzbudzili większych emocji w widzach, ale też nie zniechęcili ich do siebie. Sporo ujęć zawiera błędy montażowe, jak zmiana numerów jednostek, czy odwrotna kolejność startu i kołowania, ale błędy to nie wpływają negatywnie na odbiór, choć szczerze powiedziawszy, gdy w ostatnim czasem przenoszono obraz na nośniki HD, to mogli się producenci postarać i poprawiać takie błahostki, 30 lat temu było to trudniejsze zadanie, ale dziś to przecież tylko chwila pracy dla jakiegoś grafika…

Pewno teraz sporo osób się zastanawia, dlaczego warto by zobaczyć ten film (jeśli ktoś jeszcze nie widział). A warto ponieważ film odcisnął piętno w światowej SF, niemal na pewno był inspiracją dla Osi czasu, wspomina o nim nawet Marcin Ciszewski w swoim cyklu WWW. Może zainspiruje jeszcze kogoś, kto postawi sobie pytanie, co by było gdyby Yelland nie zawrócił samolotów, gdyby jednak zmienił historię. Gdybym miał oceniać sam film, za to jaki jest, to za mimo ujęć na lotniskowcu i walki manewrowej nie mógłbym mu dać więcej niż 3,5/6, jednak biorąc pod uwagę pytania jakie powstają w głowie po seansie film zasługuje na 4/6. I polecam seans filmu, zwłaszcza gdy ktoś planuje siąść do lektur wyżej wymienionych książek.