Archiwa tagu: ringo

Darmowe e-booki SF

free e-booksBędzie to wpis zbiorczy, dla kilku tematów związanych z darmowymi ebookami w sieci.

Jakiś czas temu, na różnych serwisach, zauważyłem że wydawnictwo Baen (z którym związani są między innymi David Weber oraz John Ringo) promuje swoje ebooki zarówno w swojej księgarni jak i w innych (na pewno na amazonie), wśród których znaleźć można kilka darmowych tomów jak Bedlam Boyz, Ellen Guon czy Star Soldiers, Andre Nortona. Jest wśród nich też pierwszy tom Honor Harrington Webera – Placówka Basilisk (wszystkie w oryginale) i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt iż kolejne tomy są już w „normalnych” cenach. Tymczasem większość książek serii jak i w ogóle wydawnictwa Baen jest dostępna w internecie od lat na stronach Piątego Imperium (do którego kilkukrotnie linkowałem na blogu). I to pojawia się pewien problem. Pod koniec zeszłego roku (2012) Wydawnictwo Baen grzecznie poprosiło administratora strony The Fifth Imperium by zdjął książki ze strony. Zapewne ma to związek z promowaniem swojej księgarni jak i ogólnie ebooków przez Baen, jednak nie wiadomo czy w przyszłości wydawca będzie nadal pozwalał na udostępnianie za darmo swoich materiałów. Więc jeśli ktoś chce poczytać oryginale i w spokoju Honor Harrington, czy inne książki tego wydawnictwa – np. opisywany wcześniej Looking Glass Ringo – to na stronie The Fifth Imperium nadal dostępne są pełne obrazy płyt CD z książkami, wystarczy pobrać plik .zip (lub .iso), rozpakować i czytać. Nie ma już dostępu online do treści.

Inną ciekawą inicjatywą jest zbiór linków do książek sf i fantasy dostępnych w internecie za darmo na blogu Zaginiony Almanach. Obecnie jest tam optycznie więcej fantasy niż fantastyki, ale wśród nazwisk znajdziemy i Asimova i Dukaja. Jak widzę są też teksty po francusku jak i nawet hebrajsku (dla mnie ze względu na barierę językową jednak niedostępne). Autor obiecuje uzupełniać katalog, więc myślę, że każdy może znaleźć tam coś dla siebie.

Cykl Looking Glass

Vorpal BladeDo tej pory starałem się opisywać książki z osobna, ale głównym powodem takiego postępowania był fakt, że jeszcze nie znałem (nie przeczytałem) kolejnych części (choć wiele zaległych książek czeka by w końcu napisać i o nich kilka słów) . Często jednak serie są na tyle krótkie i na tyle szybko się je czyta, że łatwiej przeczytać całość a dopiero potem ocenić. I taką jest serią jest Looking Glass Johna Ringo i Travisa S. Taylora. Składa się z czterech książek choć początkowo miała to być pojedyncza powieść, ale przez lata Ringo i Taylor dopisali kolejne części i mam szczerą nadzieję, że jeszcze kiedyś dopiszą kolejne, mimo iż ostatni… ale może nie będę opisywał końca w pierwszym akapicie.

W Polsce ukazała się do tej pory jedna książka serii „Into the Looking Glass” i dostała tytuł „W lustrze”, co moim zdaniem jest mylnie nadanym tytułem. W drugim tomie, kiedy ma dojść do nadania nazwy pierwszemu Ziemskiemu okrętowi kosmicznemu, nazwa portali zostaje wytłumaczona. Ponieważ w nadaniu nazwy uczestniczyli kosmici, zadumali się oni nad ludzką filozofią i byli zdziwieni, iż ludzie nie nazwali portali lustrami (z angielskiego mirrors), gdyż to one przypominają, a właśnie zwierciadłami. Może i moja propozycja też nie jest najlepsza, ale myślę bardziej oddaje sens założeń autorów, niż oficjalne tłumaczenie.

W tym miejscu powinienem choć po części przybliżyć fabułę, ale muszę wpierw wspomnieć o bardzo istotnej części książek o technobełkocie. Dla większości moich czytelników pojęcie na pewno znane, jednak pozostałym należy się małe wytłumaczenie. Technobełkot to opis świata, zdarzenia, urządzeń stosujący znaną lub nieznaną współcześnie naukę, ale robiący to w sposób jak najbardziej wiarygodny ale często niezrozumiały dla zwykłego czytelnika. Za najbardziej utechnobełkoczone medium należy Star Trek, ale myślę że gdyby Looking Glass pociągnąć jeszcze z kilka książek, to Star Trek straci swą szalę pierwszeństwa. Za całą tą fizyczną otoczką stoi właśnie Travis S. Taylor, doktor i magister w tylu specjalnościach, że właściwie nie mam miejsca na ich wypisywanie. ;) Zupełnie przy okazji należy dodać, że dr Taylor posłużył za wzór dla jednej z głównych postaci serii dr Williama Weavera.

Into the Looking GlassInto the Looking Glass

Ale wróćmy do treści. Na Uniwersytecie Centralnej Florydy dochodzi do eksplozji wstępnie szacowanej na 60 kiloton. Władze podejrzewają wypadek nuklearny na uniwersytecie, ale siły wysłane na miejsce w celu zbadania okolicy nie stwierdzają promieniowania, co więcej w epicentrum znajdują czarną kulę z której wypadają dwa dziwne, przerośnięte pająki. Sprowadzony na miejsce dr Weaver stwierdza, że anomalia to wynik eksperymentu nad bozonami Higgsa, anomalią są portale łączące różne punktu we wszechświecie. Dokładnie różne planety, na których ktoś pracował nad podobnymi cząstkami. Wśród kilku bram znajdują się takie, które łączą do planet na których jest inteligentne życie. Jedną z takich ras okazuje się Dreen, Najprościej byłoby mi opisać ich jako biologiczną odmianę Borga, ale pewno wielu czytelników nie zna na tyle dobrze Star Treka, by taki opis wystarczył. Dreen to ekspansyjna rasa, która zdobywa nowe tereny przemieniając podbijane ekosystemy na swoją podobiznę. A wszelkie biologiczne formy pochłania by stworzyć więcej swoich. Taki los miał też spotkać Ziemię i jej mieszkańców, ale ludzi stawiają zbrojny opór, wykorzystując do tego wszelką znaną sobie broń, w tym nowe najnowsze zabawki – mechy bojowe – Wywerny.

Vorpal Blade

USS Nebraska SSBN 739Kiedy widmo zniszczenia Ziemi zostaje oddalone – portale prowadzące do światów Dreenów są zdestabilizowane – ludzkość może zająć się własną kolonizacją i rozwojem. Ale od jeńców pojmanych w trakcie destabilizowania portali, ludzie dowiadują się, że Dreen ma również możliwość lotów międzygwiezdnych, a przez to może rozprzestrzeniać się bardziej konwencjonalnie. Choć taki sposób jest wolniejszy, to jego jest nieuniknione.
Ziemianie wraz sojusznikami budują pierwszy okręt międzygwiezdny Alliance Space Ship Vorpal Blade – za nazwę odpowiedzialni głównie byli sojusznicy, rasa Adar, z którą kontakt nawiązano przez jedno ze zwierciadeł w mniej więcej tym samym czasie co na Ziemię nastąpiła pierwsza inwazja Dreen. Vorpal Blade powstał na bazie ziemskiego okrętu podwodnego SSBN Nebraska, podwodnego okrętu klasy Ohio, przenoszącego rakiety balistyczne. Jego pierwszą międzygwiezdną misją ma być zbadanie okolic Układu Słonecznego. Jedną z pierwszych planet z życiem jest planeta na której jakaś rasa kilka milionów lat wcześniej zaczęła swoją odmianę terraformacji, ale zdaje się jej nie dokończyła. Większość stworzeń na planecie to coś jak skrzyżowanie ośmiornicy z krabem, zarówno roślinożerne jak i drapieżniki, które postanawiają skosztować niespodziewanych gości. Mocno poturbowany spotkaniem tych dziwnych istot Vorpal Blade postanawia kontynuować zwiad. Kolejnym światem, jaki znajduje załoga pierwszego międzygwiezdnego okrętu jest planeta prawie dwumetrowych szynszyli, ze społeczeństwa będącego u progu odrodzenia. Ale atakowanych przez Demony. Po krótkim pobycie na planecie Vorpal Blade wraz z załogą staje się celem dla owych Demonów. By przetrwać okręt wytacza cały swój arsenał…

Manxome FoeManxome Foe

Po pierwszej udanej misji międzygwiezdnej i po spędzeniu pół roku w stoczni na odbudowie po tej samej misji, Vorpal Blade jest gotowy ponownie wyruszyć w kosmos, by odkrywać nieznane. Tymczasem zostaje utracony kontakt z placówką archeologiczną położoną 514 lat świetlnych od Ziemi, w pobliżu Pasa Oriona. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za zniszczenie placówki odpowiadają Dreen, więc sojusz wysyła swój najlepszy a zarazem jedyny okręt by sprawdził co się stało. Po dotarciu na miejsce Vorpal Blade rozpoczyna przeczesywanie okolicznych układów by znaleźć odpowiedzialnych za atak na placówkę. W trakcie poszukiwań bohaterowie natrafiają na flotę Hexosehr, na resztę z niegdyś wspaniałej rasy, obecnie uciekające przed Dreen. Vorpal Blade razem z kilkoma ostatnimi jednostkami floty wojennej Hexosehr staje naprzeciw nadciągającym siłom Dreen…

Claws that Catch

Claws that CatchCzwarta i obecnie ostatnie książka z serii, zachodzą w niej olbrzymie zmiany. Podczas swoje drugiej misji Vorpal Blade został niemal zniszczony, jednak Hexosehr w zamian za uratowanie swojej floty odbudowali ziemski okręt. Większość załogi zostaje wymieniona, w ramach rotacji załóg, by nowi mogli zdobyć doświadczenie. Hexosehr informuje swoich nowych sojuszników, że w trakcie ucieczki przed Dreen, natrafili na opuszczone instalacje w których może znajdować się technologia pomocna w walce z Dreen. Vorpal Blade wyrusza na poszukiwania, w trakcie których odnajduje nietypowy układ razem olbrzymią starożytną instalacją. W trakcie badania obiektu do układu przybywa flota Dreen. Ludzie po raz kolejny muszą stawić odpór przeważającym siłom wroga…

Jak to bywa u Ringo, książki czyta się lekko i przyjemnie – no może z wyjątkiem technobełkotu, który czyta się ciężko i wielokrotnie, próbując zrozumieć te wszystkie kwarki, neutrina, pola WARP, napędy nierealności itd. itp. We wszystkich książkach naukowy wstęp buduje napięcie do finałowej walki, z niewielkim wyjątkiem pierwszej, gdzie walki piechoty i naukowe wytłumaczenia są w miarę równo przemieszane, ale finałowa walka zasługuje na swoje miano. Fabuła pierwszego tomu prowadzi do wielkiej bitwy piechoty, w drugim tomie w finale mamy głównie walkę zmechanizowanej piechoty z dodatkiem niewielkiej bitwy kosmicznej, w trzecim tomie mamy kosmiczną bitwę z niewielkim dodatkiem walk marines, a w ostatnim tomie wielka kosmiczna bitwa z marginalnym użyciem marines. A w każdej bitwie ginie sporo bohaterów, których poznajemy w trakcie lektury. Bitwy rozpisane jak to u Ringo w interesujący i trzymający w napięciu sposób z dużym odsetkiem strat. Opisu walk piechociarzy, nawet w zbrojach wspomagających uczyć go nie trzeba, a wręcz od niego można się ich uczyć, natomiast w opisach walk flot nadal ustępuje Weberowi, czy Campbellowi, choć porównując jego książki na przestrzeni dekady, widać poprawę i w tym zakresie powoli zbliża się do najlepszych.

Ale poza walkami dużym plusem Ringo jak zwykle jest humor, którego w jego książkach nigdy nie brakuje. W pierwszym tomie za rozluźnieniem klimatu stoją tzw rednecki, którzy przybywają, pod jeden z portali z którego napływają siły Dreen, z artylerią, której zazdrości im lokalna Gwardia Narodowa (a raczej zazdrościłaby, który jeszcze istniała). W kolejnych tomach to głównie humor marynarki i marines, choć jest zabawny, czasem wymaga jednak jakiejś znajomości rytuałów w tych formacjach – jak choćby chowanie drzwi do kajuty XO w trakcie jego pierwszego rejsu na tym stanowisku. Ale są dwa momenty warte odnotowania, pierwszy to medyczny test przed lotem, szczegółowo przytaczać go nie będę, bo to cały rozdział książki. Ogólnie test polega na sprawdzeniu czy dany osobnik to on, czy coś mu się stało podczas lotu, do badań wykorzystuje się substancje powodujące interesujące skutki uboczne, przez kilka dni obiekt badań ma objawy podobne do zatrucia pokarmowego – a jeden z bohaterów dostaje go w dzień przed startem. Innym już typowo wojskowym dowcipem wartym zapamiętania, jest szukanie środka dezynfekującego o bardzo technicznej nazwie I Dee Ten T, szczególnie jeśli ofierze naopowiada się jakiś bajek o szkodliwość płynu w przypadku np. rozlania, a potem przegoni przez cały okręt. Nie brzmi zabawnie, prawda? Ale gdy nazwę zapiszemy poprawnie: ID10T, to zmienia postać rzeczy. Jak już wspominam o specjalnym płynie I Dee Ten T, to akronim nazw okrętów floty sojuszu przeciw Dreen, to ASS (z ang. dupa), wpływ na nazwę miała rasa obcych, która ponoć nie do końca pojmuje dziwne poczucie humoru ludzi. ASS Vorpal Blade można by bardzo luźno przetłumaczyć na DUPA Zadzierżna Klinga.

Był już technobełkot, był humor, to teraz bohaterowie, a tu trzeba przyznać Ringo ładnie się popisał. Np. niemal niewiarygodny, genialny i wysportowany profesorek, okazuje się mieć odpowiednika w rzeczywistości. Ale siłą książek nie są tylko główni bohaterowie, jak Two Gun, który przydomek dostał za sposób posługiwania się dwoma pistoletami, zwłaszcza jak zatraci się w ferworze walki. Wyobraźcie sobie marine w zbroi z dwoma skróconymi Barrettami sieje spustoszenie w atakujących stworach o kształcie kraba z kończynami ośmiornicy. To nie tylko piękna i piekielnie znudzona lingwistka, która by nie umrzeć z nudów maluje rury na okręcie, utrzymuje pozytywne wrażenie, ale głównie drugoplanowi bohaterowie. Jak kapitan Spectre, były pilot myśliwców, który by ostrzec rosyjskie Akule przed zbliżającym się niebezpieczeństwem (sobą w Vorpal Blade), gra na pełny regulator Final Countdown. Stary bosman, który przeżył na morzu nie jeden sztorm i którego nic nie jest wstanie wyprowadzić z równowagi – dosłownie, który niezależnie co się dzieje pije kawę z otwartego kubka, nieważne co się dzieje z okrętem, z której strony jest akurat podłoga, on zawsze twardo stoi na nogach i popija łyk kawy. Albo pewien technik z maszynowni, który co misję traci jakąś kończynę, ale ciągle wraca po więcej. To właśnie bogactwo drugoplanowych bohaterów tworzy klimat o którym chce się czytać, nawet jeśli niektórzy z nich aż biją stereotypami…

Interesująco stworzone są też rasy obcych, o ile o pierwszych sojusznika ludzi, Adarach wiele powiedzieć się nie da. Są dosyć podobni do ludzi, tylko ich religia i nauka są ze sobą nierozerwalnie połączone. O wrogach poza Dreen też wiele powiedzieć się nie da, bo jednych z nich (Mree, podobnych do przerośniętych kotów) dosyć szybko eliminujemy z gry, drugich widać tylko przez kilka scen. O tyle o kolejnych rasach można by pisać całe elaboraty. Hexosehr, rasa u której pierwszą rzucającą się różnicą od ludzi jest brak oczu, a przez to nie widzą jak my, a raczej używa czegoś na wzór sonaru. Cheerick, przerośnięte szynszyle, kultura skrajności, z niezrozumiałego powodu cofnięta w rozwoju do średniowiecza, ale posiadająca zdolność produkowania biologicznych armii, na swój sposób zbliżonych do Dreen. Mało tego, posiadająca latające deski – doskonalsze odmiany tej znanej z „Powrotu do Przyszłości”. No i w końcu Dreen, która w pierwsza fali inwazji rozprzestrzenia jakiś mech, z którego potem hoduje swoje armie. Pochłania całe istoty biologiczne a potem tworzy swój ekosystem. Tworzy kolektywy, numeruje je, wykorzystuje niektóre osobniki jako komputery dla swojej inteligencji. Po prostu biologiczna odmiana Borg. Nawet podobnie działa, gotowa poświęcić swoje jednostki dla dobra ogółu rasy.

Jednakże książki nie ustrzegły się minusów. Znaczącym jest zastąpienie wyrazów wulgarnych fuck i shit na grapp i maulk. Jest to szczególnie irytujące, ponieważ w pierwszej książce takich podmian nie ma. Nie jest to oczywiście wielki minus, bo bardzo szybko widać jaki wyraz został zastąpiony, ale co autorzy chcieli tym osiągnąć, tego nie wiem. Pewnym negatywnym niuansem są odniesienia do innych dzieł, które mogłyby być interesującymi aluzjami, gdyby dać im szansę. Kiedy Adar przekazuje ludziom artefakt po wymarłej cywilizacji, artefakt w kształcie małego czarnego prostopadłościanu, zamiast podać jego wymiary 1:4:9 w tekście, Ringo porównuje go bez ogródek do monolitu z Odysei Kosmicznej. Ja wiem, że podanie tych kilku liczb mogłoby ograniczyć ilość odbiorców, którzy zrozumieją aluzję, ale w końcu Ringo czytają fani SF, którzy takie rzeczy potrafią recytować wyrwani z głębokiego snu. Pada w książce też kilka cytatów ze Star Treka np. „Śmiało podążać tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek…”, ale zawsze ktoś mówi skąd ten cytat. Aż dziw, że nikt nie podał skąd pochodzi cytat o kursie: „Druga gwiazda na prawo i prosto, aż do rana” (Piotruś Pan).

Za to osobnym problemem jest fabuła czwartego tomu, autorzy bardzo mocno popuścili wodze swoje fantazji. Olbrzymia starożytna instalacja, która wpływa na otoczenie gwiazdy i 4 olbrzymich planet gazowych, krążących na tej samej orbicie. Instalacja która okazuje się kosmiczną filharmonią… I nie byłoby w tym nic złego, ale zostaje użyta jako broń i to przez bohaterkę, która wychodzi na omnipotentną istotę – częściowo można to tłumaczyć prawdopodobnym opętaniem przez obcą istotę, ale ze strony czytelnika stwierdzam, że jest to przekombinowanie tematu. Strefę Anime uprzejmie przemilczę. Problem dla mnie jest też przyjęcie, skąd bohaterowie wzięli broń biologiczną na Dreen. Pająkopodobne stworzenia odżywiające się tylko biologiczną formą Dreen, a próba odżywiania się czymkolwiek innym sprawia im ból. Samo ich istnienie czy tempo rozwoju nie jest specjalnie zaskakujące. Nie mam problemu uwierzyć że Nitch (jedna z podbitych ras) w trakcie obrony stworzyła tą skuteczną broń. Problemem jest ich obecność na pokładzie Vorpal Blade, to że zabrali je z jakiejś przypadkowej asteroidy jest mało prawdopodobne, ale wciąż realne, tylko skąd one na pokładzie Vorpal Blade II, który został zbudowany od zera przez Hexosehr już po przygodzie z asteroidą? Ale na obecność Gatunku 8139 (bo tak określa ich Dreen – tak na marginesie ludzie dla niego to 27264) na pokładzie Dwójki można przymknąć oko (możliwe, że znalazły się tam inaczej niż podejrzewają bohaterowie, co by plusowało na korzyść pisarza – w końcu omylni bohaterowie), ponieważ jest on interesującym punktem zwrotnym wojny z Dreen, dającym realną szansę na obronę, bez stosowania ładunków wybuchowych liczonych w megatonach. Jakby tego było mało w książce mamy jeszcze jedno oderwanie od rzeczywistości: Tiny, kot Savannah imieniem Titanus, przemycony na pokład przez lingwistkę. „Kotek” który został maskotką wszystkich, nawet osobników innych ras przebywających na pokładzie…

Ostatnią rzeczą o której wspomnę przed podsumowaniem są tytuły książek. Trzy z nich są fragmentami wiersza Jabberwocky, Lewisa Carrolla z książki „Po drugiej stronie lustra” (drugiej części przygód „Alicji w Krainie Czarów”). Wiersz ten, jak można przeczytać na Wikipedii, jest wierszem absurdalnym, posiadającym wiele słów wymyślonych przez autora, których znaczenia są czasem wytłumaczone w dalszej części powieści. Jego przekład na inne języki jest z tego powodu bardzo trudny, więc jeśli ktoś się kiedyś podejmie dalszego tłumaczenia książek, będzie miał nie lada orzech do zgryzienia.

No i nadeszła pora podsumowania, więc czytelniku jeśli dotarłeś aż tu, bądź stwierdziłeś za /b/ tl;dr i przeskoczyłeś do samego końca, to (werble)… Seria oczywiście warta przeczytania, pierwszy tom jest bardzo dobrym otwarciem dla kolejnych, mimo że w trackie jego pisania nie było w planach kontynuacji. Kolejna dwa, będące najlepszą częścią tej serii, są tym bardziej warte poświęcenia im kilku godzin. A ostatni tom, no cóż warto go przeczytać, szczególnie gdyby któryś z pisarzy planował kontynuować serię, ale jest zdecydowanie najsłabszą księgą serii i przez swoje momentami pokręcone pomysły mógł się źle przyjąć, przez co od kilku lat nie ma kolejnej książki…
Into the Looking Glass 4,5/6
Vorpal Blade 4,5/6
(byłoby nawet 5, gdybym potrafił zrozumieć lub sprawdzić całą techniczną stronę książki)
Manxome Foe 4,5/6
(podobnie jak wyżej)
Claws that Catch 4/6

Gdyby ktoś był zainteresowany książkami, to w wersji oryginalnej są one dostępne za darmo na stronach wydawnictwa BAEN: Into the Looking Glass; Vorpal Blade; Manxome Foe; Claws that Catch.

Aktualizacja: Zmiana polityki wydawnictwa wpłynęła na dostępność książki online. Nadal jest dostępna, ale trzeba pobrać obecnie całą płytę z strony, a nie sam tekst książki. KLIK

The Last Centurion

The Last CenturionJohn Ringo, autor Ostatniego Centuriona, wychodzi na mojego ulubionego pisarza SF ostatniej dekady, wyprzedzając Davida Webera, który choć tworzy doskonałe światy, to brakuje mu mu lekkości tekstu Ringo. Tym razem John napisał książkę, która nie do końca podpada pod SF, bliżej jej do sensacyjnego thrillera z udziałem amerykańskiej piechoty.

Wpierw nieco fantastyki naukowej, którą można znaleźć w książce. Mamy bliżej nieokreślona przyszłość, główny bohater, zwany Bandit Six, zasiada przed komputerem i spisuje w formie pamiętnika wydarzenia, których był uczestnikiem w latach 2019-2022. W latach kiedy świat nawiedziły przynajmniej dwa kataklizmy. Pierwszy to epidemia ptasiej grypy: gdzieś w centralnych Chinach pojawia się ognisko wirusa H5N1, który przenosi się z człowieka na człowieka i w krótkim czasie dziesiątkuje ludność świata. Drugim kataklizmem okazuje się mała epoka lodowcowa. Aktywność słońca maleje, wiatr słoneczny słabnie, na ziemię dociera więcej kosmicznego promieniowa, to zaś prowadzi do zwiększenia się ilości chmur, a to z kolei ochładza Ziemię. Ludzkość, która ledwo zaczyna się zbierać po ciosie zadanym przez jakąś tam grypę, dostaje kolejny kopniak od natury, najpierw trudną zimą a potem klęska głodu…

Kiedy wybucha epidemia grypy, główny bohater znajduje się w Iranie, gdzie USA wraz sojusznikami w ramach ONZ przeprowadza „działania policyjne”. Wszystkie kraje w tej kryzysowej sytuacja ściągają swoje wojska do macierzystych krajów, nie inaczej robi USA. Ale poza ludźmi jest jeszcze sprzęt, a nikt nie chce by wpadł on w niepowołane ręce. Z rozrzuconych baz tworzy się pojedynczą i wyznacza niewielki oddział do jej pilnowania. Za logistykę (jak i sprzęt warty około miliarda dolarów) kompanii pozostawionej w Iranie odpowiada nie kto inny, jak główny bohater: kapitan Bandit Six. Dosyć szybko składem zaczynają interesować się lokalne sił walczące o władzę, kapitan nie mając szans na odparcie ataku niszczy bazę a następnie robi powtórkę Marszu Dziesięciu Tysięcy sprzed 2,5 tysięcy lat, próbując dotrzeć w rejony kontrolowane przez sojuszników. Po drodze do przemieszczających się żołnierzy przyłączają się dziennikarze. Wraz z nimi Bandyta tworzy nowy rodzaj reality show – Centurioni (o przemarszu jego oddziału) i zmienia losy świata staczając potyczki w Iranie, Iraku i Turcji…

Ostatni Centurion to czysty polityczny tekst propagandowy, niestety ze względu na bardzo pokręconą sytuację polityczną w naszym kraju, ciężko przenieść to na nasze realia. Ringo nie zostawia suchej nitki na Demokratach (amerykańska lewica). Obrywają za wszystko od relacji międzyludzkich, przez zarządzanie po stosunek do ekologii (gdyby ktoś nie kojarzył, demokraci to: Al Gore, globalne ocieplenie, ekologiczne uprawy). Czy dostają cięgi słusznie? To zostawię ocenie czytającym. Jednak Ringo zwraca w paru miejscach uwagę, że nie wszystko jest takie jak się wydaje.

Weźmy na ten przykład rolnictwo, w książce jest „krótki” (UWAGA, to tak naprawdę spory fragment książki i dosyć ważny dla fabuły) wykład na temat jego obecnego wyglądu i strachu „zielonych” przed chemią, modyfikowaną żywnością, itp. I jak się okazuje, rolnictwo w dzisiejszych czasach nie jest już takie proste i zielone jak za dawnych epok. A tu wskutek demokratycznej prezydent całość sypie szybciej niż kostki domina. Galopujące ceny, nacjonalizacja kolejnych części gospodarki, niedobory surowców. No i problem ze specjalistami (grypa i głód przetrzebił ich liczebność). Nacjonalizacja, czyli przejęcie przedsiębiorstw przez państwo nie zawsze jest skuteczne, z reguły by przejąć władzę w takiej instytucji (czy też farmie) trzeba zmienić zarząd, bo poprzedni przecież nam nie odpowiadał. A nowy nie zawsze wie co i jak działa. A w rolnictwie nie wystarczy tylko rzucić nasiona na ziemię i czekać aż wyrosną. Potrzebny jest odpowiedni klimat (a ten się zmienił), nawóz, pestycydy do zwalczania szkodników i chwastów – a „zieloni” są u władzy, sztuczne = zło… i tak klęska głodu powiększa się.

Książka została napisana w 2008 roku, kiedy świat obiegła panika przed ptasią grypą. Jak wiemy dla nas skończyło się tylko na panice, śmiertelność była mniejsza niż przy normalnej grypie. Państwa wydały miliony na szczepionki (no Polska nie, bo nie miało pieniędzy…), które zostały niewykorzystane. Ale Ringo przedstawił sytuację skrajną, kiedy epidemia wybucha i nic nie jest wstanie jej powstrzymać. A raczej powstrzymać może ją sporo, ale wyjątkowe procedury stosowano albo za późno (wirus już się przemieścił), albo za krótko (kwarantanny krótsze niż okres inkubacji wirusa). Czarny scenariusz ukazany w książce jest na tyle realny, że gdyby podobną propagandę zastosować w realnym świecie, to uderzyłaby ona w społeczeństwo o wiele mocniej i zamiast medialnej paniki mielibyśmy bardziej normalną reakcję społeczeństwa, władz oraz myślę, że ktoś przeanalizowałby istniejące awaryjne scenariusze na wypadek podobnych kryzysów.

No ale zostawmy już tło, w końcu najważniejszym tematem książki jest główny bohater, kapitan piechoty armii stanów zjednoczonych, porzucony gdzieś na Bliskim Wchodzie, razem ze sprzętem wojskowym wartym dobry miliard dolarów i bez wystarczających środków do skutecznej ochrony bazy. No to może złe określenie, bo środki ma i może w nich przebierać: setki czołgów, transporterów, broni strzeleckiej, amunicji i min, a to wszystko bardziej liczone na tony niż na sztuki. Ale nie ma ludzi by to wszystko obstawić i użyć. A zainteresowanie bazą jest spore – bo kto by nie chciał dozbroić sobie swojej armii najnowocześniejszym sprzętem? I wreszcie następuje to, na co czytelnik czekał przez dobre pół książki. Walka o bazę kończąca się jej widowiskowym wysadzeniem. Teraz kiedy bohater nie ma już czego bronić, może rozpocząć przemarsz do przyjaznych terenów, ale (zawsze musi być jakieś ale, które komplikuje sytuację) Izrael (najbliższy sojuszniczy teren) nie zgadza się na przyjęcie towarzyszących Amerykanom Nepalczyków, więc kolejnym przyjaznym terenem jest Grecja. I tak następuje powtórka Marszu dziesięciu tysięcy, który jest pełny potyczek, zupełnie jak w oryginale. Na tyle filmowych, że po drodze powstaje serial, który z miejsca dostaje się na szczyty rankingów oglądalności.

Właściwie jedna potyczka z tego marszu warta jest dodatkowego wspomnienia. Kiedy grupa przebija się przez Bagdad, gdzie USA zostawiło w rękach „sojuszniczych” swój sprzęt z całego Iraku, okoliczne siły okazały się niezbyt przyjazne dla przejeżdżających gości i próbowały ich „zatrzymać”. Przednia szpica bohaterów przez „pomyłkę” wjeżdża w środek lokalnej bazy, w samym środku apelu i urządza sobie strzelnicę. Dzięki temu USA (pod postacią bohatera i jego podkomendnych) zabezpiecza (niszczy) sporo swojego sprzętu, który znajdował się w nieodpowiednich rękach. Nie jest to oczywiście najważniejsza potyczka w książce, nie jest też najdokładniej opisaną, ale za to raport pobitewny zawiera właśnie esencję Ringo. Krótki i treściwy, pełen oczywistych stwierdzeń, ale napisanych w taki sposób, że po każdej kolejnej linijce kąciki ust podnoszą się do coraz większego uśmiechu.

Jak pisałem na początku im więcej czytam Ringo, tym bardziej lubię tego pisarza. Jego lekki styl pełen humoru i walk piechoty (z reguły Marines) czyta się po prostu znakomicie. Podobnie jest z Ostatnim Centurionem, np. kiedy monolog bohatera przerywany jest przez nieliczne stawki jego żony, które nie wnoszą do książki nic poza właśnie humorem, wcale nie ma się ochoty krzyczeć po co tu one, tylko dlaczego ich tak mało. Jest to kolejna książka, którą polecam przeczytać, przy czym ostrzegam, przebrnięcie przez długie opisy sytuacji globalnej po epidemii i zmian klimatu może początkowo zniechęcać, ale w końcu czytelnik zostaje wynagrodzony tym co fani space oper i militarnej fantastyki lubią najbardziej – walkami (tylko że tym razem zupełnie bez SF). Za długi i nudny opis świata odejmuję pół punktu, ale za przywracam je za wspomnienie o Polsce (zawsze to miło, gdy kraj w którym sie mieszka jest zauważony, nawet jeśli to tylko jedno zdaniem) 4,5/6.

Na koniec mała ciekawostka, Polska załapała się na jeden akapit. Stwierdza, że mamy niski poziom imigrantów, wysokie zaufanie względem sąsiadów i dobry system dystrybucji szczepionek – to ostatnie wydaje się być dosyć zaskakującym hasłem, biorąc pod uwagę, jak wyglądały u nas realia przy ptasiej grypie oraz fakt, że przez większą część książki narzekał na państwową służbę zdrowia – a dzięki sumie tych założeń przeszliśmy przez epidemię dosyć łagodnie.

Dla tych którzy są zainteresowani książką, jest ona dostępna za darmo w internecie, na stronach wydawnictwa BAEN.

Aktualizacja: Zmiana polityki wydawnictwa wpłynęła na dostępność książki online. Nadal jest dostępna, ale trzeba pobrać obecnie całą płytę z strony, a nie sam tekst książki. KLIK