Archiwa tagu: star carrier

Cykl Star Carrier

Star Carrier - Pierwsze uderzenieJakiś czas temu dzięki uprzejmości Sebastiana z popkulturka.eu miałem możliwość zapoznania się z najnowszą serią Iana Douglasa Star Carrier. Seria opowiada o losach marynarzy i pilotów myśliwców skupionych na lotniskowcu międzygwiezdnym USNA America, jak również towarzyszącym jej okrętom, w ich heroicznej walce o przetrwanie Ziemian.

Fabuła serii nie jest jakaś zaskakująca, jak to bywa w space operach. Ludzie rozpoczęli podbój kosmosu, w międzyczasie przeszli przez wyniszczającą wojnę – nazwijmy ją domową, bo brali w niej udział tylko ludzie, później trafili na obcych, potem kolejnych. I wreszcie stanęli przed ultimatum, albo przestaną się rozwijać i przyłączą się do Imperium, albo znikną z kart gwiezdnej historii. Ludzie z początku nie traktują jakoś poważnie ultimatum, między jego wystawieniem a jakąś formą jego realizacji mijają dekady. Ale z czasem zagrożenie staje się coraz bardziej realne i tu właśnie pojawia się lotniskowiec i Trevor „Piachu” Gray . No i w sumie to co najważniejsze, kosmiczne walki w tym również bratobójcze walki w wojnie domowej ludzkości.

Pozostawię w tyle fabułę i przejdę to tego co mi się w serii podoba i tego wręcz irytuje. A zacznę od tych gorszych spraw, by potem pokazując plusy pomóc o nich zapomnieć i jednak pozwolić ludziom sięgnąć po tę serię. ;)

Star Carrier - Środek ciężkościNajbardziej irytującym aspektem serii jest powtarzalność tekstów przez autora. Nie jest to jakiś wyjątek wśród autorów, ma to oczywiście za zadanie zwiększenie objętości tomu, ale dobre podejście do tego zagadnienia jest ważne. Weźmy takiego Webera, u którego często początek tomu to niemal kalka z poprzedniego, ale najczęściej z punktu widzenia innego bohatera. Natomiast Douglas ma tendencję powtarzać całe fragmenty, w sumie tylko po to by przypomnieć czytelnikowi podstawowe i niezbyt istotne tła bohaterów czy historii. Np. nie trzeba co tom przypominać, że główny bohater jest z ruin i że był „prymitywem” (czyli człowiek bez dostępu do nowoczesnej technologi), to jest wystarczy raz napisać i będzie się pamiętać. Tak samo jak nie ma sensu przypominać, że główny bohater zmienił doktrynę walki w kosmosie. Ok, w drugim tomie, gdzie zmiana doktryny zaszła wręcz trzeba, ale w trzecim, czwartym i piątym, gdzie stanowi już normę? Czytelnik nie mógł tego zapomnieć w kilka tomów, to nie 10 letni serial z 200 lub więcej odcinkami, gdzie widz może zapomnieć wydarzenia z jednego odcinka. Wyobrażacie sobie by twórcy SG-1 co odcinek przypominali jak Teal’c zdradził fałszywych bogów i przyłączył się do Ziemian? Albo by w Star Trek Voyager co odcinek przypominali jak Voyager dostał się na drugi koniec galaktyki? A tu jednak Douglas na to serwuje co tom. Przez co można często przeskakiwać całe akapity i zupełnie nic się traci z fabuły.

Innym problemem są obcy, z jednej strony duży plus za ich różnorodność, ich odmienność. Obcy którzy myślą inaczej, inaczej się komunikują, mają inne podejście do życia. Ale mimo to technologicznie nie ustępują ludziom, nie rozwijają się. Ich taktyka, niby inna, a jednak wszystko i tak sprowadza się do tego, kto silniej uderzy i szybciej. Autor niby ratuje się tu strachem przed rozwojem panów galaktyki, ale wydaje się to nie możliwe by wszystko stawało na etapie ledwo ponad zdobycie własnego układu gwiezdnego. W trakcie pokoju, nawet jeśli jest się ograniczonym powinno się jednak spodziewać większego rozwoju.
Niby mamy różne rasy, różne potrzeby, a jakoś nie potrafią koegzystować. Są do tego zmuszani przez właśnie panów imperium. Z jednej strony to minus, którego autor przez 5 tomów nawet nie zaczął tłumaczyć, ale pozostawiam mu tu cienką nic zaufania, że jednak postara się to odpowiednio poprowadzić.

Kolejnym minusem jest taktyka walki w kosmosie. Użycie myśliwców i prędkości pod świetlnych jest świetne, ale z drugiej unikają proste aspekty tych walki, choćby to wprowadzenie piasku, który blisko prędkości C jest tak niszczycielski, ze zadziwia tak rzadkie jego używanie oraz fakt, że druga strona nie ma odpowiednika w swoim arsenale. Do tego, ja osobiście przy wojnie na wyniszczenie, jaką toczą ludzie w tej serii, nie wahałbym się na używanie tej broni w każdym starciu. A tu autor unika walk z jego użyciem za wszelką cenę, wręcz szukając nawet argumentów przeciw jego stosowaniu.
Star Carrier OsobliwośćRazem z rozwojem broni, jest problem z rozwojem technologicznym Ziemian. Po 3 tomie mamy przerwę w wydarzeniach na naście lat. Z jednej strony mamy przeskok technologiczny, latamy szybciej, lepiej, lepiej walczymy, ale nie ma uzasadnienia to w wydarzeniach w książkach. Brakuje informacji dlaczego nastąpił postęp. Nie wiem przejęta technologia, przełom naukowy, cokolwiek. A tu nic nie ma, po prostu tysiące lat świetlnych zamiast rok lata się dni. Nie mówię nie takim zmianom, ale dajmy czytelnikowi powód dlaczego. Weber w swojej wojnie w Honorverse ma całą całe dywizje badaczy, ukryte kompleksy i przełomy wprowadza stopniowo. Co więcej stare często występuje równo z nowym i to nowe musi się dostosowywać. Tu tego brakło. I jest to duży minus, bo gdyby zamiast 1/3 nie ważnych powtórzeń autor dał przykład tego rozwoju, przebudowy statków to czwarty tom byłby dwukrotnie lepszy niż jest.

Przedostatnim minusem jest tunel czasoprzestrzenny przenoszący wydarzenia blisko miliard lat wstecz. Tunel – OK. Podróż w czasie – OK. Ale dlaczego jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Czemu zmiana wydarzeń w przeszłości w żaden sposób nie zmienia teraźniejszości? Dlaczego kosmici rządzą miliard lat temu, kierują wydarzeniami w teraźniejszości, a jednak w żaden sposób nie wykorzystują tę przewagi. Wydaje mi się, że ten pomysł genialne wyglądał na szkicu. Imperium galaktyczne, którego granice rozciągają się nie tylko w przestrzeni ale i w czasie. Ale próba rozbudowy tego na kartach powieści się nie powiodła. Pytanie czy autor będzie wstanie to pociągnąć czy też będzie próbował to zatuszować wprowadzając nowych obcych?

Ostatni aspekt, który mnie razi to sztuczna inteligencja. W pierwszych tomach pomysł autora o ich ograniczeniach, o pomocy ludziom tam gdzie już ludzki mózg nie daje rady odpowiednio szybko przetwarzać informacji (jak walki w kosmosie) czy wręcz ludzkie ciało nie wytrzymuje (sondy, czy autopilot). Naprawdę nie można złego słowa powiedzieć. Mamy sztuczną inteligencję, ale nie opuszcza ona sztywnych ram bycia maszyną. Pomaga ludziom robić wszystko szybciej, lepiej dokładniej, a jednocześnie nie ma ona znamion samostanowienia. I nagle na scenę wkracza Konstantin. Sztuczna inteligencja na księżycu, która nie tylko jest samoświadoma, to jeszcze zaczyna tworzyć plan rządzenia ludzkością. Wszystko co było było wcześniej mówione, niszczy taka jednak AI. Tworzy nową religię, a ludzie to kupują, tworzy plan walki, wirusy. Wszystko to czego ludzie się obawiali, wszystko przed czym autor przestrzegał w pierwszych tomach nagle zaczyna istnieć w tym świecie. I co więcej nikt nie widzi w tym żadnych problemów. Bardzo przepraszam, ale skąd ta zmiana? Co dalej Bolo czy inne automatyczne myśliwce? Ludzkość boi się mitycznego imperium, ale istnieje ryzyko że ich własna wersja SkyNetu ich wkrótce ograniczy.

Nie są to oczywiście wszystkie bolączki serii, ale te które jednak się pamięta po czytaniu. Przejdźmy teraz do aspektów, które plusują w serii, będzie co prawda krócej niż z minusami, acz plusy mocne.

Star Carrier OtchłańPo pierwsze walki kosmiczne. Przenoszenie myśliwców w przez lotniskowce, zrzucanie ich minuty świetlne od celu, rozpędzanie się do blisko C. A następnie lot w ciemno na przeciwnika, nim światło dotrze do niego i go ostrzeże o nadciągającym zagrożeniu. Świetny motyw, świetnie wykorzystany. Motyw totalnie nienadający się do filmów czy telewizji, więc właściwie nie znany. Ale naprawdę o takich walkach można czytać. Najpierw atak małych lekkich i szybkich myśliwców. Prosta broń, która dzięki prędkości osiąga zabójczą skuteczność. A potem ewentualnie klasyczne walki dużych okrętów, które docierają na pole walki z opóźnieniem związanym z wolniejszymi przyśpieszeniami. Motyw, który autor najlepiej wykorzystał w pierwszym i piątym tomie. W pierwszym bo nowość w podejściu do walki, w piątym, bo następuje tu bratobójcza walki ziemian, a więc walka bez jakiś niespodziewanych zagrań, które muszą obrócić bieg wydarzeń na korzyść bohaterów.
Kolejny plus serii to przewijające się aspekty 400 letniej historii ludzkości. Wojny domowe, nowe podziały, nowe sojusze. Do tego całość na tyle nieszczegółowo opisana oraz posiadająca dostatecznie podłoże w dzisiejszych wydarzeniach, że jest jak najbardziej prawdopodobna. Izolacja Hegemonii Chińskiej, czy Teokracji Islamskiej. Czy sojusz Północnej Ameryki z Unią Europejską. Do tego Rosja niby razem z Zachodem, a jednak wciąż osobno. Wszystko możliwe, szczególnie jak spojrzymy na to co się ciągle dzieje w XXI wieku.

Za to pojawienie się Białej Konwencji mówiącej o ograniczeniach religijnych. Zgadzam się, że religia jest pewnym problemem w historii. Że fanatycy przyczyniają się do wojny czy problemów społecznych. Ale nie wierzę, że ludzkość pozwoliła by sobie stłumić poglądy religijne prawem, do tego stopnia, że mówienie o religii stałoby się przestępstwem. Nie wyobrażam sobie, by ktoś dał radę takie prawo przeforsować, ani tym bardziej je egzekwować. Oczywiście technologia, która pojawia się w serii, mogłaby pozwolić na taką kontrolę, ale kto by się zgodził na jej posiadanie. Przecież Orwell i jego rok 1984 powinien był ludzkość przed tym uprzedzić.

Star Carrier - Ciemna materiaKolejnym aspektem plusującym książki są peryferia i ta część ludzkości, która z wyboru lub konieczności wyrzekła się technologii, a jednocześnie nie jest jej totalnym przeciwnikiem. Duży plus, że jednostki z peryferiów są właściwie naszymi odpowiednikami (naszymi, czyli ludzkości z początku XXI wieku). Dzięki nim możemy obserwować zmiany jakie zachodzą w społeczeństwie przez te setki lat. Mamy punkt odniesienia. Dzięki temu autor nie musi wprowadzać np. zahibernowego bohatera, który nam te zmiany będzie pokazywał (jak zrobił to Hemry, w Zaginionej Flocie).

Na koniec pozytywnych rzeczy w książkach, kilka smaczków. Pierwszy z nich tyczy się napędu stosowanego w serii. Jest to napęd Alcubierre’a. Polegający na zaginaniu przestrzeni wokoło obiektu. Rzadko stosowany napęd w space operach, ale jest on mocno inspirowany serialem Star Trek.

Kolejny smaczek, to lokalizacja planety Wolkan. Niemal identycznej planety do Ziemi, gdzie nie ma potrzeby terraformingu by ludzkość mogła tam żyć. Jej lokalizacja jest identyczna z tą serialową – 16 lat świetlnych od Ziemi w układzie 40 Eridani.. Jest to miłe puszczania oczka do fanów.

No i krótkie podsumowanie pierwszych pięciu tomów:
Pierwsze uderzenie – 4/6 za powiew nowości w space operze.
Środek ciężkości – 4/6 za utrzymanie tego powiewu świeżości.
Osobliwość – 3/6 za przekombinowanie obcych, za mieszanie podróżą w czasie.
Otchłań – 4/6 za powrót na dobre tory, bez jakiś imperiów rozciągających się w czasie, za walki, za nowych obcych.
Ciemna Materia – 3,5/6 i tu choć wojna domowa ciągnie w górę, tak w prowadzenie obcych, dla których jesteśmy jak jakiś błahy owad, które się nie widzi do samego końca aż się go zdepcze jest motywem ciągnącym ocenę w dół. Więcej prawdopodobna konieczność przyśpieszonego rozwoju z możliwością sojuszu z wrogiem, który chce obecnie naszej eksterminacji, która najpewniej nastąpi w następnych tomach też nie ciągle oceny w górę (acz mam nadzieję, że się mylę).
Więc czy mogę polecić serię? Nie jest to seria, mimo początkowego wrażenia, która pomysłami będzie znacznie wyróżniać na tle innych kosmicznych oper. Acz ma sporo wartych uwagi pomysłów. Ciekawych i interesujących obcych, jest też uniwersalny translator, na szczęście mocno kulejący. Problemy zaczynają się gdy autor zaczyna wprowadzać zbyt potężnych kosmitów. Ale to jest problem który dotyka wszystkich (Ori, Q, Borg, Replikatory), a mamy tu jeszcze początkową sytuację, gdzie autor może się obronić, odpowiednio prowadząc historię, a nie zmieniając niepokonanych żałosne namiastki tego co pokazano na początku. Więc wciąż warto sięgnąć po serię.

Star Carrier – Ciemna materia

Star Carrier - Ciemna materiaToudi: Nie tak dawno premierę miał piąty tom cyklu o Ziemskim lotniskowcu America. Dzięki uprzejmości Sebastiana, czytelnicy forum mają okazję zapoznać się z recenzją tego najnowszego tomu. Dwa pierwsze również dostępne są w zasobach poletka, po kolejne zapraszam na stronę autora. Sam cykl ma swoje wzloty i upadki, pozostaje mi wkrótce zaprosić czytelników do własnego tekstu o cyklu. A teraz oddaję głos koledze.

Sporo się działo w poprzednim tomie, jednak przez cztery miesiące zapomniałem równie dużo. Na szczęście dzięki specyficznemu pisaniu powieści dało się szybko odrobić straty. Autor wtrąca często drobne streszczenia fabuły, aby uzasadnić takie a nie inne działanie bohaterów lub wytłumaczyć skomplikowaną sytuację polityczną czy też na froncie. Taktyka taka często powtarza się w przypadku opisów sprzętu, statków i konkretnych sytuacji. Nie powiem, aby to była zła rzecz, ale gdyby czytać powieści jedną po drugiej można doświadczyć Déjà vu. Podczas czytania tomu V w kilku miejscach miałem ochotę przekartkować kilka stron, nie dlatego, że akcja akurat zwolniła, ale właśnie dlatego, że dany temat autor już przerabiał – na dodatek na początku tej książki. Gdyby skrócić powieść o streszczenia, mogłaby ona mieć o 100 stron mniej.

W poprzednim tomie „Otchłań” autor przeskoczył z akcją do przodu o dwadzieścia lat. Dowiedzieliśmy się, że Imperium Sh’daar nie zrezygnowało z poskromienia rasy ludzkiej i przygotowało mały rewanż. Tymczasem niedaleko Ziemi pojawiła się nowa osobliwość, która świadczy o udziale zupełnie innej obcej i bardzo potężnej rasy.

Piąty tom cyklu „Star Carrier” rozpoczyna się od badania tajemniczej otchłani, którą autor przedstawił w poprzednim tomie. Ale to wcale nie tajemniczy obcy stojący za anomalią są głównymi aktorami tej powieści. Ian Douglas wprowadza do cyklu nową rasę, niebędącą dotychczas stroną w konflikcie, za to okazują się niezwykle groźną dla Ziemian. Problem stanowi nie tylko odmienna fizjonomia obcych, brak możliwości porozumienia się z nowym gatunkiem, ale również zrozumienie inteligentnego gatunku o naturze czysto drapieżnej. Grdoch wcale nie zamierzają kontaktować się z ludźmi, a tym bardziej nie chcą porzucać terenów łownych.

Piąta część cyklu zalicza lekki spadek. Po pierwsze nastawiłem się na kontynuację wątku z nową cywilizacją, która w niedalekiej okolicy Ziemi „buduje” swoją osobliwość – raczej nie jest to przypadek. Co prawda o tym wątku wiele się mówi w powieści, ale są to czyste rozważania natury teoretycznej. Zamiast tego flota Ziemi skupia się na wewnętrznej wojnie, a później na finałowej rozgrywce z nowo napotkaną rasą Grdoch. Być może taki krok został podyktowany chęcią odetchnięcia od ciągłych spięć z Imperium Sh’daar, ale osobiście nie uważam, aby został on już wypalony – w temacie Sh’daar oraz ur-Sh’daar zostało jeszcze wiele do powiedzenia, a zamknięcie tematu w kolejnej powieści nie wydaje się być prawdopodobne z powodu zbyt wielu otwartych wątków.

Niemniej wydaje się, że wprowadzenie Grdoch, którzy niemal zdominowali cały tom, miało być otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju. Nowa obca rasa stanowi wielkie wyzwanie dla ludzi, nie tylko dlatego, że wydaje się być bardziej zaawansowana, ale także ze względu na kompatybilność genetyczną, pozwalającą Grdoch korzystać ze światów podobnych Ziemi, a także konsumować jego zasoby. Są zatem naturalnym zagrożeniem dla rodzinnego świata ludzi i bliźniaczo podobnej planety Vulcan (tu całkiem zabawne nawiązanie do Star Treka).

Dużą zaletą tego tomu jest ukazanie wewnętrznych problemów Ziemi. Wcześniej autor jedynie go zarysował opisując pobieżnie strukturę Konfederacji oraz sytuację pomniejszych państw. Skupił się oczywiście głównie na funkcjonowaniu poszerzonej wersji USA – czyli USNA. Tym razem Douglas pogłębia pęknięcia w ziemskim sojuszu i doprowadza do jego rozpadu na dwie konkurujące ze sobą frakcje. Historia tego krótkiego konfliktu przypomina nieco wszystkie filmy akcji ostatnich dekad – niestety prezentując taki sam poziom merytoryczny. Z tymże miejsce złych Rosjan lub Chińczyków zajmuje pazerna Genewa, chcąca przejąć kontrolę nad wszystkimi zasobami wojskowymi i potajemnie skapitulować przed potężnymi Sh’daar, co w rezultacie oznacza oddanie prawa do samostanowienia, zrezygnowania z kształtowania własnego losu, przekształcenia Ziemi w dominium zależne od obcych. Oczywiście USA nie mogą na to pozwolić z pobudek czysto patriotycznych. Wywiązuje się krótka wojenka, która przenosi się na orbitę Ziemi, a niedługo także w głąb systemu. Najbardziej bawią zmagania autora polegające na odwróceniu sojuszy – tym razem Stany zawierają abstrakcyjny sojusz z Rosją, Chinami i Teokracją Islamska przeciwko podłej Federacji Europejskiej. W tym miejscu poniosło autora i to nieźle, ale z drugiej strony trudno przewidzieć, co przyniesie tak odległa przyszłość. Rzecz jasna Amerykanie zawsze wygrywają – tym razem również za pomocą naiwnego fortelu (na Ziemi) i standardowo pokazowi zmasowanej siły (na orbicie Vulcana). Duch wolności zawsze przetrwa!

Wtłoczenie zbyt wielu wątków do tej książki i rozwiązanie ich w naiwny sposób to największa wada powieści. Gdy dorzucimy do tego nową, całkowicie obcą rasę Grdoch, stylizowaną na drapieżców z ich niesamowicie zbieżnym podobieństwem do ziemskiego ekosystemu wyjdzie komiczny epizod tego dobrego cyklu sf. Nie rażą już nawet płaskie wizerunki większości postaci bez konkretnego systemu wartości. Tym razem czar dobrego hard science fiction ustąpił ogromnemu zdumieniu, które pojawiło się u mnie już niemal na początku powieści, pomimo że duch cyklu ciągle był obecny to nie mogłem przestać się dziwić nowym rozwiązaniom autora.

Pomimo wielu rozczarowań „Ciemna materia” broni się aspektem naukowym i nawet (czego często nie przyznaję) teologicznym. Douglas rozwija różne teorie naukowe i prezentuje w dość uproszczonej wersji tak, aby każdy czytelnik mógł zrozumieć. Wielokrotnie nawiązuje do pracy Einsteina i Hawkinga, ukazując możliwe sposoby stosowania teorii do rozwoju technologii przyszłości. Z kolei w aspekcie teologicznych skupia się na teoriach rozwoju wierzeń w bóstwa, które mogły stworzyć wszechświat – zwanych tutaj Gwiezdnymi Bogami.

Mam nadzieję, że więcej na ten temat pojawi się w kolejnym tomie przy okazji poznawania Obcych z Rozety. Autor zostawił niezły smaczek na końcu książki w formie epilogu.

Jedna z grup głoszących silną zasadę antropiczną, to znaczy teorię, że wszechświat został zaprojektowany w taki sposób, sugerowała, że skrajnie zaawansowani technologicznie obcy mogli stworzyć ten wszechświat wraz z przyjaznymi życiu stałymi, prawdopodobnie w momencie, gdy ich wszechświat zaczynał umierać.
Jeśli Obcy z Rozety byli tak potężni…
Alexander Koenig, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, nagle poczuł się bardzo malutki.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Star Carrier – Środek ciężkości

Star Carrier - Środek ciężkościJak to jest podstawić sobie za cel osiągnięcie czegoś właściwie niemożliwego? Kiedy zdrowa ocena możliwości jednoznacznie przekreśla sens prowadzenia takiego przedsięwzięcia rezygnujesz? Taka opcja nie wchodzi w grę, gdy na szali leży przyszłość całego gatunku ludzkiego.

Muszę to powiedzieć oficjalnie – podczas czytania pierwszego tomu doznałem niesamowitego uczucia spełnienia. Takiego, jakie doświadcza się tylko w momentach wielkiego uniesienia, kilka razy w życiu. Tom I cyklu „Star Carrier” był dla mnie momentem przełomowym, a cały cykl z pewnością trafi na specjalną półeczkę, którą zaczynam już heblować i pozłacać. Ten niepozornie wyglądający tomik skrywał bardzo dobrze napisaną opowieść o ludziach i ich walce o przetrwanie w obliczu przytłaczającej potęgi zarówno militarnej jaki i kulturowej. Wydaje się, jakby cała galaktyka, miliardy zamieszkanych światów, wszystko to było przeciwko Ziemi, i chciało jej kompletnego unicestwienia.

Środek ciężkości” wznawia opowieść Iana Douglasa kilka miesięcy po wydarzeniach z tomu I. Tym razem ludzie decydują się podjąć działania mające na celu oddalenie groźby zniszczenia Ziemi i zdobyć więcej czasu na przemyślenie strategii. Autor zdecydował się uderzyć z kopyta i pchnąć akcję daleko od domu, nadając jej większej dynamiki niż poprzednio. Drugie uderzenie, zwane tutaj „Środkiem ciężkości” opowiada o próbie przeniesienia walki na teren wroga, co zgodnie ze śmiałym planem Admirała Koeniga powinno się udać, choć sam tak naprawdę nie wie czego spodziewać się na obszarach tak dalece odległym od Ziemi.

Zasadnicze zmiany w fabule to pojawienie się większej ilości opisów nieznanego świata. W powieści pojawia się, jak poprzednio, obca rasa Turuschów latających na przystosowanych do tego celu asteroidach, ale dodatkowo autor stworzył kolejne rasy, a każda straszniejsza i potężniejsza od poprzedniej. Każda z wizji jest tak inna od pozostałych, że można tylko zazdrościć wyobraźni autorowi, który z taką gracją opisuje wygląda i zachowania obcych tworząc skomplikowany szkic psychologiczny. Douglas wyraźnie opiera się na danych znanych nauce. Nie tworzy obcych jak w „Treku” czy „Gwiezdnych Wojnach” na podobieństwo człowieka. Na podstawie hipotez naukowców rozwija populacje i technologię istot, które dla człowieka są całkowita zagadką do tego stopnia, że nawet nie wie od czego zacząć próby komunikacji. Innym elementem, którego w powieści jest dużo więcej, to zawiła i podstępna polityka. Świat polityki został pobieżnie opisany w pierwszym tomie, tutaj mamy jednak dokładnie rozbudowaną i opisaną hierarchię cywilną, która kieruje wojskiem. Jest trochę tak jak w życiu, że dla polityków ważniejszy jest wizerunek i możliwość uratowania własnego tyłka. Dlatego dzielą się oni na frakcje, z których wielu jest skłonnych poświęcić postęp technologiczny czy nawet istnienie zewnętrznych kolonii ( i życie kolonistów) dla zapewnienia spokoju ze strony tajemniczych Sh’daar.

Tak jak poprzednio bohater skupia się na dwóch głównych bohaterach – Admirale Aleksandrze Koenigu oraz pilocie myśliwca Trevorze Gray’u. Ich postacie doczekały się sporej rozbudowy, dowiadujemy się o nich ciekawych rzeczy z przeszłości. Możemy prześledzić ich kariery od początku, zwłaszcza admirała, której początki były dość nieciekawe z uwagi na misje w jakich brał udział gdy był szeregowym pilotem. Ze strony Gray’a dowiadujemy się o jego problemach z byłą już żoną oraz jak to się stało, że w ogóle trafił do marynarki. Pozostałe postacie okazują się być drugoplanowe nie tylko z uwagi na charakter pisania powieści. Stanową tło do wydarzeń, które budują główne postacie.

W drugim tomie jest więcej obcych ras, zupełnie nietypowych i w scifi raczej niespotykanych. Na wielką uwagę zasługuje sposób przedstawienia tych ras, ich filozofii działania, psychologii, myślenia, reakcji i zachowaniu. Poza wspomnianymi wcześniej Turuschenami (Gweh – poznajemy ciekawą historię ewolucji tego gatunku), dowiadujemy się o niezwykle oryginalnej rasie worków wypełnionych gazem, a żyjących w atmosferze gazowych gigantów – H’rulka. Ponadto rasa administratorów i naukowców Jivad, strażników fizoli Nungiirtok, oraz tajemniczych wojowników Soru. Dodając znanych od pierwszego tomu kupców Agletsch, zauważymy że, autor pomyślał o wszystkim tworząc swój rozbudowany wszechświat na podobieństwo „Star Wars” gdzie nawet obcy i ludzie mogą odwiedzać te same kantyny (tak, celowo nawiązałem do Mos Eisley), z tą małą uwagą, że jego obcy są bardziej zróżnicowani, nie mówiąc o tym, że bardziej prawdopodobni do spotkania, niż humanoidalne kobiety-gady z piersiami.

Gdzieś pomiędzy wierszami autor wdaje się w filozoficzne rozważania nad przyszłością ludzkości. Kilka razy przewija się wątek sensu istnienia ludzkości w oparciu o rozwijaną technologię oraz jego braku w przypadku odebrania owej technologii ludziom. Pojawia się określenie „osobliwości technologicznej”, a ludzie są na dobrej drodze do osiągnięcia jej całkiem niedługo. To właśnie zaniepokoiło Sh’daar na tyle, że zagrozili wojną rasie ludzkiej, chcąc trzymać ją na etapie technologicznym daleko poniżej swojego. Przypomniało mi to nieco obecną sytuację na świecie, i nie wątpię, że autor tym właśnie się kierował pisząc powieść. Imperium Sh’daar to właśnie Stany Zjednoczone będące u szczytu swojej potęgi. Pilnujące, aby nikt inny nie dorównał, lub nie zachwiał ich pozycją. Identyczna sytuacja miała miejsce w XIX wieku, gdy na morzach panowało Imperium Brytyjskie. Zatem czy możemy wyciągnąć już wnioski odnośnie zakończenia cyklu Douglasa? Oczywiście, że nie. Czuję w kościach, że rozwiązanie problemu nie będzie takie proste, a autor jeszcze nie raz nas zaskoczy.

„Środek ciężkości” to także idealnie wyważona powieść, która łączy w sobie wszystkie możliwe gatunki i przykłady zastosowane w popkulturze. Warto by nadmienić takie przykłady jak „Gwiezdne Wojny”, „Star Trek”, „Odyseja kosmiczna 2001”, „Obcy”. Generalnie powieść nie tylko dorównuje poprzednikowi, ale nawet nieznacznie go przeskakuje rozbudowanymi relacjami bohaterów, wprowadzeniem nowych ras jak i szalejącą bitwą kosmiczną. Warsztat pisarski autora zasługuje na pełen podziw. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że ma w swoim dorobku już ponad sto książek. W udany sposób łączy wiedzę z zakresu wojskowości, polityki, a te łączy w udany sposób z fikcją i nauką.

Cykl „Star Carrier” to seria godna polecenia, tak bardzo realna i porywająca, że nie da się przejść koło niej obojętnie. Po przeczytaniu „Środka ciężkości”, zapewne będziecie chcieli więcej i więcej – Tak-nie?


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.

Star Carrier – Pierwsze uderzenie

Star Carrier - Pierwsze uderzenie

I oto znalazłem! Cykl „Star Carrier” autorstwa Iana Douglasa (właściwie Wiliama H. Keitha) to typowa powieść militarystyczna, utrzymana w klimacie hard science-fiction, której akcja rozgrywa się daleko w przyszłości.

„Star Carrier” to cykl składający się obecnie z czterech tomów, w Polsce wydanych dzięki wydawnictwu „Drageus Publisching House”. Premiera najnowszego tomu zapowiedziana jest na 12 marca 2014 – czyli niedługo po publikacji tej recenzji.

Autor, William H. Keith, Jr., urodzony w 1950 roku, to amerykański pisarz zajmujący się szeroko pojętym tematem wojny. W swoich licznych cyklach i powieściach porusza m.in. udział maszyn w wojnie, nanotechnologii, rozwoju technologicznego wojska i przemysłu, budowy i działania jednostek wojskowych, taktyk walki, psychologii wroga, śmierci i poświęcenia dla ojczyzny. Keith w swoich licznych powieściach porusza tematykę wojny przyszłości, jaką być może będzie zmuszona kiedyś prowadzić Ziemia. Jego wizja przyszłości jest usiana różnymi katastrofami i zdarzeniami będącymi następstwem ślepych działań ludzkości – scenariuszy, które się jeszcze nie zdarzyły, ale są bardzo możliwe. Autor będąc w wojsku nie służył na pierwszej linii, ale w czasie wojny w Wietnamie stacjonował na jednej z placówek, jako sanitariusz. Jest znawcą broni i hierarchii wojskowej. Napisał ponad 100 powieści i kilkadziesiąt opowiadań.

Akcja powieści rozpoczyna się w odległym systemie Eta Boötis, gdzie istnieje zasiedlona przez ludzi planeta Harris (Eta Boötis IV). Autor rzuca czytelnika od razu w wir zmagań wojennych pomiędzy obcą flotą atakującą osaczonych Marines, a niewielkim ziemskim zgrupowaniem okrętów wojennych dowodzonym przez Admirała Koeniga. Ekspedycja pod wodzą Koeniga atakuje wrogą flotę z zaskoczenia, a w wyniku długiego starcia udaje się zadać znaczne straty oraz przepędzić wroga. Długa i krwawa bitwa zajmuje dokładnie połowę powieści. Autor napisał ją w formie raportów, każdy z nich zaczyna się od przedstawienia miejsca akcji, położenia oraz czasu, w którym się rozgrywa. Dlatego mamy rzadką okazję śledzić losy bitew z dokładnym oznaczeniem czasowym, co pozwala zobrazować sobie działanie jednostek na mapie taktycznej. Prawdopodobnie taki był zamiar autora, aby opisując kolejne podrozdziały stworzyć wizję mapy taktycznej obszaru z zaznaczonymi na nich punkcikami świetlnymi – tak, jak zresztą opisuje to w kilku miejscach.

Początkowo taki sposób prezentacji danych przytłacza, zwłaszcza, że w większości powieści sposób prezentacji miejsca i akcji są raczej uproszczone i, w przypadku scifi, ograniczone do orbity planety. Tutaj akcja rozgrywa się wszędzie. Może dziać się na orbicie planety, w pasie Kuipera, w systemie wewnętrznym, zewnętrznym, na obrzeżach tegoż systemu, a wróg może poruszać swoją flotę nie tylko w dwóch wymiarach, ale również atakuje z zenitu lub nadiru.

Autor poradził sobie z tym zadaniem wyśmienicie. Przede wszystkim przeniósł akcję do myśliwców, które wykonują lwią część zadania i mogą przemierzać przestrzeń szybciej niż potężne fortece. Na dodatek przenoszą z sobą niezwykle niszczycielski arsenał. Większe jednostki wkraczają do akcji tylko w ostateczności. Choć dysponują potężnymi działami, rolę głównej broni we wszechświecie „Star Carriera” odgrywają rakiety z głowicami nuklearnymi. Już od pierwszego rozdziału obserwujemy potężną bitwę na orbicie mało znaczącej planety, ale obraz tej bitwy został nakreślony tak idealnie, że trudno odmówić jej uroku. Osadzona na wielu płaszczyznach akcja wielowątkowej misji trwającej godziny czyta się jednym tchem. Co ciekawe, autor podkreśla dysproporcje pomiędzy obiema flotami tak donośnie, że nie trudno wyłonić na pierwszy rzut oka zwycięzcy, tym bardziej, że w opisach sytuacji geopolitycznej daje do zrozumienia, kto rządzi w galaktyce. Niemniej, szybko daje znać czytelnikowi, że odmienne od siebie armie, wyposażenie i w końcu filozofia wojenna potrafią zmienić obraz nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji.

Military science-fiction to gatunek, który nie każdemu może pasować. Utwory takie wymuszają całkowite skupienie, ponieważ pomięcie nawet najdrobniejszego szczegółu może ukazać się katastrofalne w skutkach dla zrozumienia fabuły. Autor przedstawia w powieści bardzo dokładnie zabawki, jakimi zamierza się bawić. Mamy tutaj nie tylko obraz floty i konkretnych jednostek, ale także opis technologii i urządzeń zainstalowanych na statkach. Na porządku dziennym jest dokładne opisanie budowy i działania wyrzutni rakiet, zanim te zostaną wystrzelone w stronę wroga. To samo tyczy się technologii podróży, czyli napędów zainstalowanych na statkach. Wiemy dokładnie jak działają, mimo, że do pełnego zrozumienia przyda się wiedza z zakresu fizyki. To z kolei kolejny ciekawy atrybut powieści – hard science fiction, jakie Keith nam zaserwował, czyli wielki nacisk na to, aby prawa fizyki zostały zastosowane w należyty sposób. Żadna ze stron nie otrzyma niespodziewanie bliżej niewytłumaczonej przewagi pomijającej podstawowe mechanizmy fizyki. To właśnie sprawia, że powieść jest o wiele bardziej realistyczna od typowych historii znanych choćby ze „Star Treka” czy „Gwiezdnych Wojen”. Nie wspominając już oczywiście o wędrujących wszędzie wszędobylskich humanoidalnych rasach. Dodatkowo autor posługuje się terminologią znaną z lekcji fizyki, zatem nie trzeba być wielkim orłem, aby zrozumieć wielokrotnie przytaczane pojęcia prędkości światła (c), jednostki astronomicznej (AU – w książce JA), czy przyśpieszenia ziemskiego (g).

Autor postawił na dwie postacie, którym nie szczędzi opisu. Są to admirał Alexander Koenig oraz pilot starhawka, były nielegał, i przez to nielubiany wśród kolegów, porucznik Trevor Gray, będącym POV (Person of View) za pomocą którego poznajemy świat przyszłości. Trevor przedstawia bardziej przyziemne aspekty życia ludzi. Dzięki jego przemyśleniom poznajemy świat istniejący poza wojskiem i marynarką. A także jego osobiste problemy spowodowane ingerencją technologii w życie. Jego wspomnienia rzucają wiele światła na Ziemię XXV wieku, którą dotknęły liczne kataklizmy.

Admirał Koenig prezentuje głównie punkt wojskowy. W licznych rozmyślaniach przedstawia obecny stan polityczny, liczebność floty i jej możliwości. Od niego dowiadujemy się, że ziemska flota liczy około pół tysiąca statków, ale tylko sześć potężnych lotniskowców.

Pojawia się oczywiście szereg postaci drugoplanowych, które mają bardziej rozbudowane wejścia, ale obecnie trudno jest coś na ich temat napisać. Jedną z nich jest komandor Allyn – CAG myśliwców na Ameryce.

Ciekawym zabiegiem jest przedstawienie punktu widzenia obcych. Mamy tutaj możliwość zajrzenia w umysł Tacticiana Zdecydowanego Kwiatu Lotosu, czyli przywódcy obcej floty. Przedstawienie obcej razy w sposób odmienny niż przyjętego ogólnie w scifi humanoida na wzór ludzi jest naprawdę intrygujące.

Ze wszystkich powyższych autorowi najgorzej wyszło tworzenie postaci. Koenig przyciąga uwagę, ponieważ jest głównym źródłem informacji o flocie, a także on podejmuje wiążące decyzje. Jednak jego życie prywatne jest bardzo mdłe i w zasadzie ubogie. Trevor Grey miejscami naprawdę przynudza swoimi problemami. Natomiast obcy Kwiat Lotosu – no cóż – nie da się ukryć, że to jedna z lepiej napisanych postaci, ale w końcu nie humanoid, więc i tak sam w sobie jest oryginalny. Mam nadzieję, że w dalszej części cyklu autor przyłoży się bardziej. Pozostali to tylko cienie, które przewijają się w tle. Na szczęście to nie oni stanowią tutaj główną oś fabularną.

Nie da się pominąć nawiązania do islamskich ekstremistów, którym autor poświęca chwilę. W tym kontekście, że nieporozumienia na tle religijnym były w efekcie przyczyną zniszczenia całych miast i wybuchu wielu wojen. Nie da się nie zauważyć pewnego nawiązania do postępującej powoli islamizacji świata, chyba najbardziej widocznego w Europie. Autor porusza ten problem, jako jeden z ważniejszych, który nawet w XXV wieku nie zostały rozwiązany. Wskazuje palcem religie, jako skostniałe instytucje niepotrafiące dostosować się do ewolucji świata.

„Star Carrier” to ciekawie zapowiadający się cykl military SF. Pomimo, że powieść nie jest wolna od wad, idealnie wpisuje się w pustkę, jaką zostawił po obie Lem, Dick czy Asimow. Jako pozycja z gatunku hard science fiction nie przytłacza skomplikowaną terminologią, dlatego z pewnością zadowoli każdego fana. Autor może nie ma daru do pisania postaci, za to zdecydowanie dobrze wypada mu kreowanie dystopijnego świata przyszłości. Świetne opisy historii gatunku ludzkiego przeplatane z epickimi bitwami sprawiły, że stałem się zagorzałym fanem tego cyklu już po pierwszym tomie.


Toudi: Wraz z autorem powyższego tekstu zapraszam na jego osobisty blog: popkulturka.eu.
Blog popkulturka to dom dla dobrych książek, filmów i seriali. Ukierunkowany na popkulturę, ale na półkach znajdują się również klasyki, powieści historyczne, scifi, fantasy, literatura faktu.